...

...
M.

środa, 20 listopada 2013

Cienie i blaski życia... babysitterki ;)

            Baby – dziecko, sit – siedzieć. Siedzieć z dzieckiem. Osoba, która siedzi z dzieckiem. Kto mądry wymyślił to słowo?! Powinna być babyrunnerka… ;P. Chyba rzadko zdarza się siedzieć, kiedy ma się pod opieką dziecko… Zależy jeszcze od wieku i osobowości, ale ogólnie dzieci nie siedzą spokojnie… I w sumie dobrze, bo to normalne, że dzieci są ciekawe świata. Że raczkują, chodzą, potem biegają. I że w zasadzie to zdrowo , że wykazują takie zainteresowania… Ale bieganie za takimi Ciekawskimi Świata bywa męczące ;)
            Lubię dzieciaki. Szczególnie obce, na chwilę i w celach zarobkowych ;] Bo dopiero, kiedy zaczęłam bawić maluchy, przekonałam się na własnej skórze, że opieka nad dzieckiem jest baaardzo wymagająca. To poświęcenie się w 100% . To 24 h na dobę troski, uwagi, cierpliwości i spokoju.
            Kiedy zaczynałam pracę jako niania, myślałam, że przeczytane książki o dzieciach i studia pedagogiczne pomogą mi i świetnie dam sobie radę. Ale nikt nie powiedział, że teoria z praktyką mają bardzo niewiele wspólnego ;)
            Czasami na nic zdawały się wyuczone porady i oklepane frazesy. Niekiedy musiałam postępować wbrew sobie, bo musiałam stosować się do zaleceń rodziców. Bywało, że nie wiedząc jak się zachować, postępowałam zgodnie z intuicją. Mogłabym się rozpisywać nad każdym aspektem roli niani. Ale teraz wyliczę tylko cienie i blaski bycia opiekunką dziecięcą ;) W tej części skupię się na cieniach. Ale raczej w zabawny sposób. Same śmieszne wydarzenia, które można podpiąć pod kategorie „Niespodziewane wyzwania”. I podzielę je na części, bo trochę tego jest ;].

            Niefortunne zabawne wydarzenia, których się nie spodziewałam, a które mi się zdarzyły :

  1. Obsmarkane plecy. Moje niestety. Nie, nie mam nosa z tyłu głowy i nie – nie miałam glutów na plecach na własne życzenie ;P. Moja podopieczna, niespełna 4 –letnia dziewczyneczka  wygłupiała się ze mną na dywanie. Dzieci lubią jak się je łaskocze, gilga, naciąga itp. Lubią też „pierdzenie” w brzuch czy inną część ciała. Wiecie chyba jak to się robi? Przytyka się usta do czyjegoś ciała i prycha. Wypuszczane powietrze wydaje odgłos, przypominający puszczanie bąka ;) Młoda chciała mi tak „pierdnąć” w plecy. Okej – pozwoliłam jej na to, więc odsłoniła mi koszulkę i przytuliła buźkę do pleców. Pech chciał, że miała katar. W momencie, gdy przytknęła nosek do mojego ciała, kichnęła, a ja poczułam coś mokrego na plecach… Uwierzcie mi, trudno jest samemu wytrzeć sobie smarki z pleców… Idąc z odsłoniętą połową ciała do łazienki, modliłam się, by w tym momencie nie nadszedł tatuś albo babcia dziecka i nie zobaczyli roznegliżowanej niani. Z kipami na plecach ;P. No cóż… ;]      
  2. Haft na dżinsach. Ehh… Nie…. Żaden motyw roślinny, żaden wyhaftowany kwiatuszek czy motylek. Haft czyli zwrócony soczek marchewkowy prosto na moje świeżo uprane, jasne dżinsy. Jeeezu… Akurat wtedy nie bawiłam, tylko odwiedzałam bawiącą kilkumiesięcznego smyka siostrę. Trzymałam go na kolanach tyłem do siebie, bo wiedziałam, że młody specjalizuje się w rzyganiu na odległość. Ani nim nie kołysałam, ani nie narabiałam… A jednak… Poczułam zdradzieckie ciepło na udzie, jakby ktoś wylał mi na nie zupę i usłyszałam złośliwy rechot mojej siostry… A mały nieszczęśnik uśmiechnął się do mnie słodko… Hmm… Nie muszę chyba mówić, że bycie obrzyganą to nic miłego… ;/ Dodatkowo nie mogłam iść od razu do domu, bo był mroźny styczeń. Na dworze był siarczysty mróz, chyba koło 20 stopni na minusie… Siostra stwierdziła, że muszę poczekać, aż trochę wyschnę, bo odmrożę sobie skórę. Wytarłam więc z grubsza tego „dziecięcego pawika” i czekałam, bawiąc się z dzieciorkiem. Siedząc z nim na dywanie wśród klocków. W dżinsach przyozdobionych plamą po niemowlęcych wymiocinach… A później szłam do domu, zakrywając plamę torebką ;P. Na szczęście spodnie się doprały, nie pozostawiając śladu po wypadku. I był to jednorazowy incydent, dzięki Bogu ;P.                                      
  3. Obśliniona bluzka. Noo, tu już nie ma się czym podniecać. Tylko ślina. Zwyczajna, mokra, lepka, dziecięca ślinka. Akurat Młody ma fazę na plucie, także w zależności od tego, gdzie uda mu się skierować nabój ślinowy, tam mam plamę. Proste ;) Niemowlęce ślinienie jest o tyle kontrolowane, że można założyć dziecku śliniaczek. No i jesteśmy narażeni jedynie na strużkę śliny, a nie na możliwość oplucia…
  4. Wylizany policzek. Jak widać, nie trzeba mieć w domu pieska, by zostać polizanym po buzi. Mój trzyletni podopieczny też lubi sobie czasem poudawać psiaka. Pół biedy kiedy szczeka bądź naśladuje chliptanie z miseczki. Gorzej, kiedy zaczyna mnie lizać. Gryźć też mu się zdarza. „Ałaaa, nie gryź!” – syczę, a on mówi słodko : „ Jestem pieskiem. Hau, hau!” i przejeżdża swoim „pieskowym” jęzorkiem po moich policzkach… Uroczo, no nie? ;]
  5. Tęcza na koszulce. Niestety w postaci tęczowych plam. Z czekolady, lodów truskawkowych, soczku pomarańczowego, zupki jarzynowej, sosu pomidorowego, trawy, błota… Wymieniać dalej? ^^ Po pewnym czasie ubierałam sprawdzony strój roboczy, w sensie komplet znoszonych ciuchów, gdy szłam na „służbę”, bo szkoda mi było zaplamionych ubrań. A czasami plamy są nieuniknione. Bo dzieci lubią się brudzić ;) Bo brudne dziecko to szczęśliwe dziecko. Niestety brudna niania jest mniej szczęśliwa, dlatego za niedługo sprawię sobie służbowy uniformek. W kolorze tęczy, żeby nie było widać kolorowych kleksów ;P.
  6. Piasek we włosach i ustach po zabawie w piaskownicy…. Noo… Nie jest tak źle. Można go wytrzepać z głowy. Można wypluć, gdy zaczyna zgrzytać między zębami. Jestem przyzwyczajona do piasku, bo szynszyle kąpią się w piaskowym pyle. Pewnego dnia, gdy leżałam na podłodze na wznak, mój pomysłowy Borysiasty wskoczył mi na odsłonięty brzuch i nasypał mi piachu do pępka ;) Nie boję się więc odrobiny piasku na głowie ;) Phi, taka tam odrobinka piasku, która sypie się z głowy jak łupież  ;).
  7. Podglądacz toaletowy. No cóż… Mogę się poczuć jak w Big Brotherze… Moi młodociani prawie zawsze towarzyszą mi podczas sikania. Z tymi maluchami to nawet wolę mieć otwarte drzwi, żeby mieć na nich oko. Czas spędzony na kibelku + mycie rąk + wycieranie ich w ręcznik to mnóstwo czasu, który maluch może spożytkować na robienie czegoś zakazanego… Niestety kiedy muszę brać ze sobą do łazienki trzylatka, słucham pytań z cyklu „ Ja mam pisioraka, a tyyy?”.
  8. Jedzenie ze mną (tzn. za mnie). Bywa, że owocki, które przynoszę ze sobą do konsumowania, zostają zjadane w większości przez dzieciaki. Moja woda również smakuje im bardziej niż wszystkie Jupiki, Pysie i Kubusie razem wzięte. Na szczęście, kiedy przynosiłam ze sobą warzywny obiadek (^^), dzieciaki uciekały, bojąc się, że będę kazała im jeść zielonego brokuła ;P.
  9. Płacz na mój widok. Eh… Kiedyś młody (3 lata) rozpłakał się na mój widok. Poczułam się jak Najgorsza Niania Roku, Dręczycielka i Sadystka w jednym ;) Ani go nie biję, ani nawet nie krzyczę, a on ryczał jak mnie zobaczył. Boże ;P Na szczęście nie chodziło o mnie, tylko o to, że Mały bał się, że niania (czyli ja) będzie z nim siedziała w domu i przestanie chodzić do przedszkola. A w przedszkolu są fajni koledzy i ekstra zabawki ;) Ufff… Może nie jestem taką złą opiekunką ;)
  10. Gaszenie światła w łazience podczas kąpieli. Kiedy leżę w wannie, rozkoszując się myślą, że dzieciak, którego bawię, leży grzecznie, czyściutki i pachnący pod pościelką z Ben 10, a nagle gaśnie mi światło… Dochodzę wtedy do wniosku, że ten słodki łobuziak jednak wcale nie śpi, a ja jestem w wannie w ciemnej łazience… Wrr…  Mediacje przez drzwi nic nie dają. Prośby, groźby i próby przekupstwa nie skutkują, a wychodzenie z łazienki w ręczniku i zaświecenie światła byłoby bez sensu, bo kiedy wróciłabym do wanny, dzieciak ponownie zgasiłby światło (kontakt był na korytarzu).
            Wtedy warto użyć latarki w telefonie i wmawiając sobie, że blady blask światła, promieniujący z komórki, nadaje kąpieli „romantycznego” i „klimatycznego” nastroju, a wylegiwanie się w pachnącej pianie będzie na tyle relaksujące, że po wyjściu z zaparowanej łazienki nie udusimy młodocianego ręcznikiem…



PS Na dziś tyle. Żeby nie było, że się rozwlekam, żeby nie było, że opisuję głupoty dnia codziennego ;P. W zanadrzu mam jeszcze trochę cieni i blasków, więc rozpoczynam Cykl Opowieści Niani.

http://www.hamptonsbabysitters.com/join-our-team/
 


1 komentarz: