...

...
M.

niedziela, 24 listopada 2013

Cisza... ;)



            Pewnie jesteście ciekawi, co u mnie słychać… A jak nie, to i tak to napiszę ;P. 
Przyjaciółka powiedziała mi, że nie wpasowuję się popularną tematykę blogów. Że ostatnimi czasy królują  blogi lifestylowe, kulinarne i modowe  ;] Mój blog niestety nie jest ani o modzie, ani o urodzie ;P. Fakt, że od pewnego czasu zaczynam coraz więcej pisać o sobie i mój blog jest trochę „pamiętnikowaty”, ale wychodzę z założenia, że kto nie chce, nie musi go czytać ;P.
            Ten tydzień był bardzo ambitny. Środę i czwartek miałam wolne, ale i tak spędziłam te dni na pisaniu  referatu. Na nieszczęsną konferencję o rodzinie. Wybrałam temat nieletnich rodziców i ogólnie pisało mi się całkiem dobrze, ale…
  1. Zdecydowanie najgorsze są ostatnie strony. Człowiek nie ma co ma pisać, więc pisze trochę z przymusu i każda linijka ciągnie się jak przydeptana guma balonowa…
  2. Nie dopilnowałam właściwych odległości między wierszami. Po ustawieniu 1,5 odstępu, okazało się, że mam o 5 stron za dużo ;P. Więc po co było się męczyć i na siłę dopisywać tekst? ;)
  3. Przypisy, akapity, bibliografie, kropki, poprawki… Takie małe szczególiki, a jakże upierdliwe…
  4. W czwartek mój laptop odmówił współpracy… Najpierw wyświetlił się komunikat, że jest przegrzany, a po chwili wyłączył się z cichym pyknięciem. Próby reanimacji na nic się zdały. Obdzwoniłam kolejno członków mojej rodziny, żeby zająć sobie czas (ale byli zadowoleni, że o nich pamiętam… :D), potem zaczęłam ręcznie pisać artykuł. Na koniec, musiałam pożyczyć laptopa od współlokatorki i większość dnia spędziłam na „kosmetyce”(patrz punkt 3). Aha. I jeszcze musiałam zrobić prezentację multimedialną. Czyli wyszukać same ładne i ciekawe fotki, by nie zanudzić odbiorców...
  5. Żeby było śmieszniej, już zaczynam się powoli stresować środową konferencją. Co innego łazić po bibliotekach, a potem spędzać godziny, pisząc w domowych pieleszach. To jest trochę męczące, ale przyjemne i satysfakcjonujące (tzn. dla takich świrków jak ja, które wiecznie stukają w klawiaturę ;P). Konferencja to już jest stres. Nie wiem, w co się ubrać. Nie wiem, jakie wziąć buty. I obawiam się, że moje struny głosowe ( i ręce zresztą też) zaczną drżeć w niekontrolowany sposób, kiedy zacznę odczytywać swoje wypociny… ;D. W co ja się znowu wpakowałam…?
             W piątek wracałam do domu. Jak co tydzień, bo przecież moje „dzieci” płaczą. Szynszyl się zbuntował i bezustannie kąsa moją rodzicielkę po dłoniach.W. też przecież by się zapłakał, gdyby nie miał mu kto poprawiać nastroju gadaniem od rzeczy i śmianiem się bez powodu ;P. Albo marudzeniem i strzelaniem fochy, bo to też potrafię robić, kiedy zajdzie mi za skórę... ;].
Niestety fairytale gone bad –mój Strażak skończył szkółkę, więc zostaje mi turlanie się autobusem. Nie chcę absolutnie narzekać, bo choć jestem trochę rozpieszczona (^^), to przecież jeździłam wcześniej autobusami. Chociażby na studia do Sanoka (dopóki tatuś nie zaczął mi dawać samochodu… ;] ;]) czy na Śląsk ( i to dopiero była trasa ;D). Chodzi tylko o to, że podróż autem to jednak jest komfort i wygoda. Po pierwsze – nie musiałam naciągać się z walizami. Chłopak zabrał mi bagaże, załadował do auta, przywiózł pod dom, wytargał klamoty… A teraz? Zanim wytałabię tę walizeczkę z kamienicy, już się zdążę zasapać. Potem idę chodnikiem, ciągnąć ją za sobą na kółeczkach. Kółka turkoczą na całą okolicę, jakby chciały zakomunikować całemu światu :„Hej, to ja! Wracam do domu!”. Krawężniki także nie są mile widziane, kiedy ciągnie się za sobą walizeczkę. Muszę ją podnosić, przenosić i uważać, żeby się nie wywróciła. Na przejściach trzeba  się śpieszyć, żeby zdążyć przeciągnąć cały swój ekwipunek, zanim światło zmieni się na czerwone. Ponieważ zakładam już rękawiczki (niby takie bez palców, ale rękawiczki ;D), ciągle mam w głowie taką wizję; uchwyt walizki wyślizguje mi się z rąk i turkusowa walizeczka z całą jej zawartością toczy się w tył, a ja za nią gonię… ;] Mam nadzieję, że nie mam daru jasnowidzenia i że nigdy nie przydarzy mi się taka historia... ;)
          Na dworcu – pędem do kasy. Bilet trzeba kupić szybciej, bo wtedy jest szansa na miejsce siedzące. Potem tuptanie z zimna na odpowiednim stanowisku. Jest już tam tłumek ludzi, więc teoretycznie dobrze, bo będzie cieplej. Ale nie :P Bo przecież tyle ludzi to konkurenci do zajmowania wolnych siedzeń ;P. Więc zanim zdołałam ulokować moją pękatą walizunię w bagażniku (nie obeszło się bez męskiej pomocy…), większość miejsc była był zajęta. Ale bycie małym też ma swoje zalety. Prześmignęłam się między ludziskami i machając kierowcy bilecikiem, usiadłam koło koleżanki. Uff… Siedzę. Ulga ;)
             Nie zdążyliśmy wyjechać z Rz-wa, kiedy zaczęłam wpadać w swój Podróżny Trans. Ostatnio kołysanie autobusu przypomniało mi, że cierpiałam na chorobę loko, więc tym razem miałam swoje superanckie opaseczki. Dawniej używałam plasterków, ale są nieekonomiczne, bo jednorazowe. Będąc w Katowicach nabyłam w aptece opaski, które wyglądają jak szare frotki. Jedynie co je od nich odróżnia to mała kulka pośrodku, którą należy umiejscowić w odpowiednim miejscu na nadgarstku. Opaski działają na zasadzie akupresury. Nie wiem czy to efekt placebo, czy faktycznie działają. Grunt, że kiedy je mam, dobrze się czuję ;) 
Kimałam sobie słodko, jak zwykle w dziwacznych poskręcano – powyciąganych pozycjach. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia i stali w przejściu aż do Sanoka. W sumie nie przeszkadzał mi ten tłum. Było trochę duszno, ale uchyliliśmy okno. Czasami czułam specyficzne smyranie, jak ktoś przeciskał się między fotelami, ale po kilku osobnikach, którzy koło mnie przechodzili, przestałam zwracać na nich uwagę ;) Większość osób wysiadła w Sanoku. „Wreszcie będzie luźniej” – zdążyłam pomyśleć, zanim do autobusu wkroczyła banda uczniaków. Aha…
           W Lesku miałam problem, żeby wyciągnąć swoje bagaże. Ciągnęłam i ciągnęłam, zanim walizka wyskoczyła spod stosu innych tobołków. I znów szłam, targając za sobą uroczy bagaż. Ulica pusta i cicha. I tylko było słychać moje turkotanie po kostce brukowej ;) W domu wszamałam na szybko obiad (nabawię się wrzodów, jak będę tak jeść ciągle na chybcika...), który był gotowany także na szybko ;P. Pojechałam na warsztaty pisarskie do PWSZ- tu i spędziłam urocze 3 godzinki, knując intrygę kryminalną ;P. Nasza sensacyjna twórczość powoli się kończy. 12 grudnia będziemy mieli spotkanie w Bibliotece w Sanoku, gdzie dostaniemy dyplomiki. Muszę przyznać, że spędziłam bardzo miły czas podczas tych zajęć translatorsko - pisarskich. No i miałam okazję sprawdzić się w pisaniu czegoś innego niż bajka czy felieton. Wprawdzie moja bohaterka nie byłaby "moja", gdyby nie miała ironicznego poczucie humoru. Opisy też mam charakterystyczne. W mojej twórczości nawet zwłoki dryfują beztrosko na wodzie... ;P

        W niedzielny poranek wzięłam mojego sierściucha na spacer. W sumie to był taki mini spacer, bo po 7 rano w szary, ponury dzień, ciężko jest się zmobilizować do dłuższej przebieżki. Stałam w bramie, przytupując nogami z zimna i szczękając zębami do wtóru, a Pedro buszował w trawie.
Kiedy jestem w Rzeszowie, muszę ustawiać telefon na wibracje, bo będąc w Galerii czy na mieście, nie jestem w stanie usłyszeć dzwonka. Ruch uliczny, hałas etc. Przyjeżdżając do Leska, wydaje mi się, że będzie tu panowała cisza i spokój. Dziś zdziwiła mnie kakofonia dźwięków w mojej poczciwej, podmiejskiej okolicy o tak wczesnej porze. Oprócz Pedra, który rył nosem w ziemi, parskając i prychając, słyszałam całą gamę najrozmaitszych głosów. I to nie tylko w mojej głowie ;P. Ptaki, ptaszki i ptaszynki rozbierzmiewały śpiewnymi trelami. Jak na mój gust świergoliły tak, jakby się awanturowały, ale brzmiało to całkiem ładnie ;) (Szkoda, że ludzie nie kłócą się tak śpiewnie. A może zacznę odtąd czepiać się i narzekać tylko do melodii? Hmm... Dobiorę odpowiedni repertuar i będę się kłócić śpiewająco ;P).  Gdzieś w oddali huczała dostojnie sowa. Kot sąsiada zawodził smętnie za żywopłotem, jakby… był marzec ;]. Psy ze schroniska szczekały i wyły, jak w „101 dalmatyńczykach”, kiedy to cała okolica rozbrzmiała szczękiem i jazgotem psiaków, by zaalarmować świat o zaginięciu szczeniaków.
Zanim zdążyłam wsłuchać się w te odgłosy, mój kundelek przybiegł na podwórko, więc zatrzasnęłam bramkę i wróciłam do domku. Ciepłego, miłego, przytulnego ;) I cichego ;) Oprócz szumienia laptopa, odgłosów krzątaniny rodziców (WTF?! W niedzielę, o tej porze?!), chrobotu naczyń, które ktoś przekłada i licznych dźwięków wydawanych przez mojego szynszylastego, który rozrabia w pokoju… Chyba nigdy nie ma takiej idealnej, głuche ciszy. Zawsze słychać, jakieś cichutkie dźwięki, prawda? A jak już zapadnie taka śmiertelna i złowroga cisza, to strach się bać ;P.
Chociaż mi przydałaby się czasami taka cisza. Niestety milknę głównie, kiedy mam zły dzień, coś mi się dzieje albo jestem chora ;P. W pozostałych przypadkach mówię, gadam, świergolę i nawijam jak katarynka ;P.

PS I pomyśleć tylko, że planowałam w dzisiejszym odcinku szepnąć słówko na temat mojego kosmato - futrzastego szaraczka, zwanego Borysem. No nic, może następnym razem się to uda... ^^.  



http://www.politicosdosuldabahia.com.br/v1/2013/10/24/itabuna-a-bancada-do-silencio-na-camara-de-vereadores/

1 komentarz:

  1. To, co planujemy, a to, co "się pisze", to czasami dwie różne rzeczy;)
    Ehh...i właśnie dlatego cieszę się, że a) wracając z Krakowa zawsze mogę liczyć na miejsce siedzące, a kiedy jest znajomy kierowca, to również na załadowanie walizki do bagażnika b) w tym roku już nie muszę targać walizki i jeżdżę z plecakiem. Wolność;)

    OdpowiedzUsuń