...

...
M.

środa, 6 listopada 2013

Seria Niefotrunnych Zdarzeń ;)



            Czy ja kiedykolwiek twierdziłam, że lubię letnie prysznice? Czy chwaliłam się, że leję się naprzemiennie gorącą i zimną wodą? Czy narzekałam na wrzątek, lejący się z kurka w moim mieszkanku? Czy skarżyłam się na parujące włosy? Cofam, cofam, cofam! Backspace!!!
            Dziś miałam wolną chwilę między zajęciami, a japońskim, więc jak to ja – wykorzystałam czas jak się da. Na pierwszy ogień – ćwiczenia. Killerek. No, nie powiem. Trochę się zmęczyłam. Czerwień mojej twarzy była najlepszym tego potwierdzeniem. Ale to nic. Powzdychałam, postękałam (pozdrawiam przechodniów na ul. Ks Jałowego, którzy przechodzili pod moim otwartym oknem. Jestem tylko fanką ćwiczeń Ewy Chodakowskiej, nie nimfomanką ;P), odsapnęłam przy laptopku. Pisząc oczywiście ;] Oczywiście same wzniosłe i ważne rzeczy… Stwierdziłam, że ochłonęłam nieco i wyglądam w miarę jak człowiek, więc jeśli spotkam którąś z dziewczyn na korytarzu, to się nie przestraszą. Zabrałam ręczniki i heja – do kąpieli. Przygotowałam pachnący żelik pod prysznic. Trawa cytrynowa z „rozpieszczającymi perełkami”. Więc zaczęłam rozpieszczanie. Już dawno zrezygnowałam z napełniania wanny wodą, bo albo stopy mi siniały z zimna, albo podskakiwałam w kucki, bo była za gorąca. 
Puszczam wodę, puszczam… Trochę za chłodna, ale, ale… Już robi się przyjemnie ciepła. Więc zlewam się z radością, prawie jak słoń, który z rozkoszną miną unosi majestatycznie swą miękką trąbę i spuszcza na siebie strumień wody. Polałam się już cała, więc metodycznie namydlam całe ciało. Żel rzeczywiście pachnie cudnie. Drobinki faktycznie rozpieszczają. Nakładam orzeźwiający szampon. Włosy toną w pianie. „Och, jak przyjemnie” – chcę powiedzieć. Ale nie mówię, bo wiem, że nie wolno. Dlaczego?
Kiedyś, będąc na odkrytym basenie w Brzozowie, zachęcona radosnymi piskami, weszłam do… Hm… Jak by to opisać? Do takiej okrągłej bali, gdzie robi się fale ;P Ludzie stają naprzeciw siebie i skacząc, wywołują fale. Ci stojący z drugiej strony też muszą podskoczyć, żeby ich nie zalało. Weszłam tam i cieszę. Hop, hop, hop. Jak na skakance ;) Tylko bardziej mokro. Uchachana wołam „Ale fajnie!!!” i w tej chwili gość stojący vis a vis robi TAKĄ falę, że mnie podtapia. Próbuję zaczerpnąć powietrza, ale łykam tylko więcej wody. Krztuszę się potrójnie, a może i poczwórnie. Wreszcie łapię się kurczowo ściany całej tej „bali”. Wiszę na niej jak Simba, kiedy uciekał przed stadem antylop. Kojarzycie tę scenę? No właśnie... Tylko, że Simba nie pluł wtedy i nie łapał powietrza jak złota rybka wyjęta z wody. Ale okej. Pokaszlałam o mało nie wypluwając płuc. Oczy prawie wyszły mi na wierch. Ale jakoś doszłam do siebie. Jakiś miły starszy pan spytał, czy dobrze się czuję. Skinęłam twierdząco głową i wychrypiałam „taaak”, słabym głosikiem. GośćKtóryMiToZrobił z szelmowskim uśmieszkiem pyta: „I co, dalej fajnie?”. Popatrzyłam na niego morderczym wzrokiem. Uniosłam dumnie podbródek. „Fajnie” - mówię na przekór Złośliwcowi. Ale od tego momentu trzymałam ręce po bokach tak, bym koniuszkami palców zdołała zaczepić o ściankę. Skakałam beztrosko, a jak czułam, że idzie duża fala, wyskakiwałam na ściankę jak foczka na oblodzony brzeg…
            To tylko taka mała dygresja… Wracając do łazienkowych harców… Pomyślałam „Ach, jak przyjemnie”. I teraz już wiem, że myśli też mają moc sprawczą! Myśleć TEŻ nie wolno! A przynajmniej nie powinno się. Stwierdziłam, że chętnie spłuczę już z siebie tę pachnącą piankę. Puszczam wodę. Zimna, zimna, zimna. Kurde, co jest – lodowata! Przecież miała się stopniowo ogrzewać! Czekam, szczękając zębami i licząc na to, że za chwilę z rur puści się wrzątek. Niestety. Wrzątku ani widu ani słychu. Puściłam jeszcze trochę wody, ale po chwili zwątpiłam. Stwierdziłam, że wyjdzie nam horrendalny rachunek za wodę. Polałam się więc zimną wodą. Tzn. na początku była tylko zimna. Potem stopniowo lodowaciała. Zmyłam z głowy piankową czapkę, z roztkliwieniem wspominając, jak przyjemny i rozgrzewający wrzątek sprawiał, iż moja czuprynka aż parowała ze szczęścia… Ach, jak ja wtedy marzyłam o tym ukropie… Jednak człowiek ma to do siebie, że szybko się przyzwyczaja. W końcu przestały mi przeszkadzać strumienie zimnej wody, spływające po karku. Spłukałam się na szybko, wyskoczyłam z wanny. Zawinęłam się w duży ręcznik, z małego zrobiłam turban na głowę. Wyleciałam z łazienki, jakby mnie goniło stado kosmatych pająków i śmignęłam boso do pokoju. 
Jak ciepło! Jak miło! Wycieram się ręcznikiem. Trę, trę, trę, aż trzeszczy. Ubieram miękkie, cieplusie pantofelki. W granatowo – białe paski z kokardką. Jak milutko grzeją zziębnięte stópki! Zarzucam na siebie polarkowy szlafroczek. Jaki milusi. Jaki mięciusi. Na to kocyk, w kolorowe groszki. Odpalam suszarkę. Jaki przyjemny strumień ciepła! Już czuję jak rozgrzewa przymarznięte cebulki włosów…  Patrzę na siebie – wyglądam jak przebieraniec. Paski, kropki, serduszka… Jakbym miała czapkę w gwiazdki, to z pewnością też bym ją przywdziała na głowę.  Żałuję nawet, że nie mam w szufladzie majtek z golfem, bo byłabym skłonna i je ubrać.To jest dopiero akcja - desperacja! ^^. Ubieram się. Wysuszona, ogrzana i zadowolona, siadam do laptopa. Stuk, stuk w klawiaturę. Jest mi ciepło. Jest mi dobrze. Zajęta pisaniem nie myślę o przyziemnych sprawach.
            Na ziemię sprowadza mnie dopiero głośny protest pustego żołądka. No tak – śniadanie może i było obfite, ale o 7 rano. Odchodzę więc od komputera. Wyciągam czarno biały garnek w kropki. W nim warzywne leczo. Sama robiłam. Kolorowe papryki, mięsiste pomidory. Mam jeszcze ugotowany brązowy ryż. Przełykam głośno ślinkę. Mniam, mniam. Postawiłam garnek na gazie, otwieram pudełeczko zapałek. Puste. Poza dwiema spalonymi zapałeczkami. No nic, szukam zapałek. Po szafkach, półkach, szufladach. W spiżarce też nie ma. Miotam się między meblami. Lipa. W akcie desperacji pukam do sąsiadek – też studentek. Może mają zapałki… Cisza. Nie ma nikogo. Wrrr… Wracam do mieszkania. Wygrzebuję z szafki gotową zupkę w proszku. Niby warzywna, niby wegetariańska. Z zielonego sklepu. Gotuję wodę w czajniku. Elektrycznym. Wysypuję połowę makaronu do miseczki. Patrzę na niego podejrzliwie. Opróżniam woreczek z przyprawami. Hmm… Wege, nie wege, mi to trąci sztucznością... Kręcąc nosem, zalewam zupkę. Niosę miskę na stół. Mieszam, mieszam. Robiąc minę, jak Simba (^^), którego Timon poczęstował robakiem, siorbię pierwszą łyżkę. Cedzę ją przez zęby. E, dobre! Wiosłuję łyżką. Hoho! Co z tego, że smakuje jak warzywny rosołek z kostki. Ale za to jaki makaronik! Jak przyjemnie ciepła ciecz spływa przez przełyk do wygłodniałego żołądka. Pycha, po prostu pycha! Wybacz Mamo – Świetna Kucharko. Wybacz Ciociu Specjalistko Od Zup. Zajadam zupkę PrawieJakChińską i smakuje mi, jak nie wiem co. Wytrąbiłam całą miskę. No, nic. Pójdę po te nieszczęsne zapałki. Sklep w sumie niedaleko. Na zewnątrz leje jak z cebra, ale co tam. Futrzasty kaptur na głowę, portfel, klucze, komórka – jestem zorganizowana jak nigdy. Biegnę do "Zielonego Jabłuszka" po zapałki. Kupuję na zapas całą, wielką pakę dziesięciu pudełeczek. Wracam do mieszkania. Podgrzewam leczo, mieszając je drewnianą łyżką. Hm, hm… Jaka zieloniutka cukinia! Jaka pomarańczowa papryczka! I żółta… Rewelacja ;]. Mieszam, mieszam. Powinno zakipieć, bo garnek z obiadkiem stoi już od dwóch dni w lodówce… Bąbelki są? Są. Przelewam jedzenie do miseczki. Kolorowe, aromatyczne, jesienne danie. Chwytam za łyżkę. Pycha – niebo w gębie. Jędrne warzywa, dobrze dobrane przyprawy. Danie smacznie wygląda, jest kolorowe jak jesienne liście. Zjadam kilka łyżek i stwierdzam, że już nie mogę. Brzuch zapełniony zupką. Z torebki. Ale to nic... Będzie obiad na jutro ;)
            Z tego wszystkiego aż się bałam jechać na japoński. Czy wykorzystałam już limit pecha na dziś? A może lodowata woda i brak zapałek to dopiero początek Niefortunnej Serii Zdarzeń? Ale nic – zabieram parasolkę w barwne motyle i gonię na MKS. Oczywiście muszę trochę poczekać, bo korek. Stoję w miejscu i tuptam nogami. Przyjechał. Ufff… 
            Siedzę sobie wygodnie. Cieplusio, milusio. Odpalam muzykę przez słuchawki. Jestem zadowolona, syta, uśmiechnięta. W połowie drogi na Zalesie dzwoni mój telefon. Kolega, który niedawno wrócił zza granicy. Rozmawiamy, śmiejemy, choć jakość rozmowy w miejskiej komunikacji jest średnia. W końcu mówię do znajomego, że fajnie byłoby się spotkać i pytam, kiedy przyjedzie do Leska. Prosi, żeby powtórzyć, bo coś zakłóca. Powtarzam : „ Kiedy będziesz w Lesku?”. Dalej nie rozumie. Prosi o replay. „Kiedy pofatygujesz się do Leska?”. „Coś mi przerywa, możesz jeszcze raz…?”. „Kiedy zobaczymy się w Lesku?” – mówię, śmiejąc się. „Wiesz, wyszedłem właśnie z basenu, bo tu coś zasięgu nie było. Możesz powiedzieć jeszcze raz? Teraz na pewno usłyszę”. Kiedy po raz n-ty pytam, kiedy odwiedzi moje rodzinne miasto, jestem prawie w 100% pewna, że połowa pasażerów już wie, gdzie mieszkam… :P. Gadamy jeszcze przez chwilę, śmiejemy się. Reszta drogi upływa spokojnie. Na japoński docieram na czas. Jest miło, przyjemnie, zabawnie. Odprężam się. Wracam do mieszkania, rozbieram się, zaczynam robić sobie kolację. Przychodzi właściciel z narzędziami. Obiecał nam naprawić kurki. Jem kisiel morelowy, jabłka i pomarańczę. Reszta dnia upływa mi nadzwyczaj spokojnie. Spokojny, przewidywalny wieczór.
Mam nadzieję, że po wysłaniu tego wpisu w świat, nic się nie zmieni i że od tej chwile będę miała tylko szczęście.
 
Teraz tak sobie myślę, jak to niewiele człowiekowi  potrzeba do szczęścia. I jak się można sfrustrować, kiedy zabraknie podstawowych udogodnień. Bo co to jest - ciepła woda i zapałki za parę groszy? Ale jak tego braknie, dopiero wtedy docenia się, jak przyjemna jest gorąca kąpiel z bąbelkami i jak wspaniale smakuje ciepły domowy obiadek.

PS A Wam wszystkim życzę, żebyście zawsze mieli ciepłą wodę w kranie ;) Szczególnie, kiedy macie na sobie niespłukany żel (najlepiej taki rozpieszczający ;P) i pianę na głowie. I jeszcze życzę, żeby nigdy nie zabrakło Wam zapałek, kiedy język ucieka Wam za przeproszeniem do du… ;] 

http://www.obrazki.jeja.pl/10805,zmarzniety-garfield.html




http://www.tapeta-zapalki-serduszko.na-pulpit.com/

2 komentarze:

  1. Ośmielę się powiedzieć, że nie było wcale tak źle (ale przyjemnie też nie było;)
    Już jakiś czas temu zauważyłam, że muszę uważać na to co mówię i czego bym chciała, bo dużo rzeczy zaczyna się niebezpiecznie spełniać...troszkę inaczej to działa niż u Ciebie, ale konsekwencje też bywają..ciekawe;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Heh, no wiem, wiem ;] Trzeba uważać o czym się marzy, bo może się spełnić ;] Pozdrawiam ;* I dziękuję za komentarz, Dobra Duszo ;P

    OdpowiedzUsuń