...

...
M.

wtorek, 21 stycznia 2014

Historia z pieprzykiem... (czyli Smerfuś z grzechotką ^^)



                 Jak to się stało? Właściwie całkiem zwyczajnie… Lato było dość gorące. Nosiłam kuse sukienki i krótkie spodenki… Może wtedy byłabym w stanie coś zauważyć. Jednak albo byłam tak zaabsorbowana innymi sprawami, że nie zwracałam na nic uwagi albo po prostu odezwała się moja roztrzepana natura i nic nie zauważyłam ;). Jesienią zaś nie mam zwyczaju chodzić w krótkich szortach ;) No, chyba, że tych od piżamy.
Nadeszła zima. Pewnego pięknego dnia leżałam sobie z moim chłopakiem na łóżku. Wystarczyło parę słów i jeden gest, by wzbudził we mnie...  niepokój. Dlaczego? Nagle rzucił przeciągłe spojrzenie w kierunku dolnej partii mojego tułowia. Następnie dotknął mojego uda iii… Tak właśnie zaczęła się historia z pieprzykiem… Tzn. właściwie ze znamieniem ;].
            Eh, myśleliście, że będą jakieś kosmate wynaturzenia? Niee. Niestety, to nie to. Dziś będzie o pieprzykach i znamionach ;). Oj, przecież wiecie, że jestem specjalistką od wprowadzania czytelników w błąd, wymyślając pokrętne tytuły tekstów ;P. Jeśli spodziewaliście się „50 twarzy panny M.”, to możecie przestać czytać ;P.
***
            Nie jestem zbyt popieprzona. Tzn. tak przenośnie – i owszem, ale pieprzyków u mnie ze świecą szukać. Jeden na stopie, jeden na obojczyku. O, i jeszcze jeden na policzku. Taki jasny. Ciut niedorobiony   ;) Za to od urodzenia mam znamię. I to dość okazałe. Jest to naczyniak, przypominający rozgniecioną na miazgę malinę. Początkowo, kiedy byłam niemowlęciem - był nieduży i krwistoczerwony. Przynajmniej tak twierdzi moja mama (mam dobrą pamięć, ale okres noworodkowo – niemowlęcy jakoś mi umknął … ;]). Stopniowo, wraz z upływem czasu, naczyniak robił się coraz bledszy. Za to rósł razem ze mną.
            W sumie moje znamię jest dość sprytnie ukryte. Przeciętny śmiertelnik nie jest w stanie go dostrzec ;). Chyba, że na basenie albo wtedy, kiedy mam na sobie spodenki. I to bardzo krótkie. Wszystko dlatego, że malinowy naczyniak wykwitł na moim udzie. Choć prawdę mówiąc, znamię umiejscowione jest z boku uda. Między nim, a prawym „półdupkiem”, żeby to (dok)ładnie określić ;). Nie jest ono dla mnie jakoś specjalnie kłopotliwe. Nie powinnam narażać go na promienie słoneczne, co nie jest zbyt trudne. Na ogół nie paraduję z odkrytym tyłkiem ;P. Kiedyś mój instruktor pływania na basenie spytał podejrzliwie, co to jest. Nie wiem doprawdy, co on sobie pomyślał. Że rodzice mnie katują, czy że chłopak robi mi nieprzyzwoicie duże (trzycentymetrowe) malinki na ciele?… ;D
            Dotychczas znamię po prostu sobie było. Właściwie cieszyłam się, że je mam, bo zawsze to jakiś znak szczególny. Nieszkodliwe, nieszpecące. Za to o ciekawym kształcie. Bo dla mnie moje znamię nie jest rozgniecionym owocem. Ooo, wypraszam sobie! Mi przypomina ono Smerfa. A dokładniej – Smerfusia. Z grzechotką w małej, smerfusiowatej łapce ;]. Wygląda tak, kiedy patrzy się z mojej perspektywy (a muszę się trochę nagimnastykować, by je tak pooglądać). Koleżanka ostatnio popukała się w głowię, kiedy powiedziałam jej, co przypomina mi owo znamię. „Weź ty się lepiej nie przyznawaj, co w nim widzisz, bo pomyślą, że jesteś… nietego”. Nie wiem, co miałoby oznaczać to „nietego”. Przecież to jest Smerfuś, jak nic! Obrysowałam go kiedyś długopisem, żeby pokazać rodzince, że nie mam żadnych zwidów, ale rysunek wyszedł mi trochę kulfoniasty… Na zdjęciu też jakoś słabo się prezentuje. W każdym razie – musicie uwierzyć mi na słowo. Znamię przypomina Smerfusia z grzechotką i już ;].
            Żeby nie odbiec zbytnio od tematu… Mój chłopak zwrócił uwagę, że znamię jest jakieś nadmiernie wypukłe. Wcześniej, wraz z utratą barwy, robiło się płaskie, jakby naczyniak się wchłaniał. Zastanowiło mnie to. Przejechałam ręką po moim haemangion (z łaciny ;P). Rzeczywiście. Wybrzuszone jak kobitka w ciąży ;) . Hmm… Na początku nie podniecałam się tym zbytnio. Ot – taka tam niespodzianka. Efekt 3 D. Dopiero jakiś czas później znamię znów o sobie przypomniało. Swędzeniem i lekkim bólem przy dotyku. Zaczęłam myśleć... Tak – czasem mi się to zdarza ;). Stwierdziłam, że wybiorę się do dermatologa. „Co mi szkodzi?” – pomyślałam.
            Jak pomyślałam, tak też zrobiłam. Pojechałam do Ustrzyk iii… wylądowałam na poczekalni ze szczęśliwie wylosowanym numerkiem „20”. Dlaczego był szczęśliwy? Bo ostatni. Kolejne sierotki, które przychodziły do przychodni, nie załapały się już na kartonik z pięknie wyrysowaną cyferką. Teraz, po fakcie wiem, że spokojnie mogłam wybrać się na basen podczas czekania na swoją kolej. Miałam spakowany plecak z ręcznikiem i strojem, bo planowałam iść na pływalnię po wizycie. Jednak nie chciałam ryzykować utraty miejsca i czatowałam pod drzwiami gabinetu, żeby nie przepuścić kolejki. Czatowanie przedłużyło się i siedziałam tam bite trzy godziny ;] 
             Na szczęście byłam przygotowana na czekanie. Miałam książkę, wodę do picia, jakieś owoce. Z głodu, pragnienia i z nudów nie padłam. I jeszcze miałam okazję pobawić się w skojarzenia. Bardzo głupie i śmieszne, bo z osobnikiem płci męskiej. Ale nie, nie. To był pięcioletni okaz. Mali chłopcy nie mają takich skojarzeń jak duzi, choć też kombinują jak koń pod górę z pustym wozem ;) Ja się pośmiałam, mama Młodego miała spokój, bo przestał marudzić, że się nudzi.
            Wreszcie nadeszła moja kolej. Całe szczęście, bo zdążyłam już przeczytać książkę i zjeść owocowe zapasy. Zaczęłam nawet z uwagą wczytywać się w opisy chorób skórnych i z zafascynowaniem oglądać zdjęcia łojotokowego zapalenia skóry i trądziku różowatego… Pani doktor przeprowadziła wywiad, potem mnie pooglądała. Następnie podotykała i pomacała. Tzn. mojego naczyniaka, nie mnie ;). Stwierdziła, że mój znaczek nieboraczek nie powinien być zmianą nowotworową. Zaleciła jednak, żebym dała je pooglądać (podotykać i pomacać zapewne też ;D) chirurgowi naczyniowemu. Dostałam skierowanko, więc spokojna wróciłam do domu. Kiedy obczaiłam, że klinika, zajmująca się daną specjalnością, znajduje się tam, gdzie mój Wydział Pedagogiczny w Rzeszowie, byłam w siódmym niebie. Blisko, tanio, szybko. No cóż… Może nie do końca szybko… ;D.
            Zadzwoniłam na rejestrację, posłuchałam uroczej melodyjki podczas oczekiwania na połączenie. Pogawędziłam z niezbyt miłą i niezbyt sympatyczną panią rejestratorką, umawiając się na…  styczeń. Ale za rok ;). Nie wiem, czy dożyję, ale postaram się ;P. Prywatnie mogłam iść już kolejnego dnia. Jednak jako biedna studentka, nie mam ochoty płacić 120 zł za wizytę… Do wszystkich specjalistów zawsze chodziłam prywatnie… Czy to stomatolog, czy alergolog i laryngolog. Dlaczego mam zawsze płacić za coś, co niby mi się należy? Tak więc poczekam. Chyba, że coś niepokojącego będzie się działo z moim Smerfikiem ;P. Wtedy umówię się prywatnie…
            Tak więc, jeśli macie znamiona, pieprzyki albo inne dziadostwa, lepiej umawiajcie się profilaktycznie już dziś, nawet, jeśli nie dzieję się z nimi nic niepokojącego. Możliwe, że jeśli będziecie chcieli dać je komuś mądremu do obejrzenia, okaże się, że musicie czekać kilka lat na wizytę ;P. A warto kontrolować zmiany skórne. Nie zawsze są nowotworami, ale chyba nie zaszkodzi tego sprawdzić, prawda? ;)

PS Najśmieszniejsze jest to, że zaczynam się obawiać, czy moje skierowanie nie straci ważności za rok. Albo czy tusz, którym pisała Pani Doktor nie wyblaknie od upływu czasu ;P. No i dylemat – gdzie schować ten nieszczęsny świstek papieru, żebym go nie zgubiła przez rok? Z tego wszystkiego, mój naczyniach aż oklapł. Pewnie z wrażenia ;P.

http://smurfs-forever.deviantart.com/gallery/25025758

2 komentarze:

  1. Trafiłam tu ze strony konkursowej. Bardzo fajny blog. Rzeczywiście masz lekkie pióro. To cenna umiejętność. Tak trzymać.

    OdpowiedzUsuń
  2. :D Dziękuję... ;) Bardzo miło mi to słyszeć ;)

    OdpowiedzUsuń