...

...
M.

niedziela, 30 marca 2014

Macierzyńsko zrealizowana... ;P



Wiem, wiem. Najpierw codziennie dodaję wpisy, a później nie odzywam się przed tydzień ;) Cała ja.
Tak więc w telegraficznym (yhm…) skrócie…

1.      Z radością stwierdzam, że po ostatnim bieganiu nie doznałam żadnych niemiłych konsekwencji w postaci zakwasów, bólów czy zastania mięśni. Rano wstałam z łóżka jak nowo narodzona, z nową energią i zapałem ;). Czyli jednak mogę biegać jak wariat ;P. Chwilowe palenie w płucach szybko ustępuje endorfinom i dobremu nastrojowi ;P.

2.      W środę wybrałyśmy się z dziewczynami z grupy na Targi Pracy. Spacerek na Rejtana był całkiem miły. Było ciepło, słonecznie. Rozmowa też toczyła się bardzo przyjemnie. Wydaje mi się, że dość szybko zintegrowałyśmy się z grupą. A takie wspólne spacerki pozwalają jeszcze lepiej się zapoznać ;D. W sumie gadałyśmy o takich głupotach, jak to tylko baby potrafią (np. o porodach – choć nie było wśród nas takiej, która rodziła ;P).

        Na Targach zainkasowałam masę długopisów. Akurat ostatnio cierpiałam na ich deficyt. Oprócz tego, że uwielbiam pisać na laptopiku, często wypisuję długopisy, robiąc odręczne notatki i prowadząc kalendarz. Starałam się jednak nie wyżebrywać chamsko gadżetów. Najpierw kulturalnie szłam i pytałam o daną firmę, brałam ulotki i wizytówki, rozmawiałam z przedstawicielami firmy, a później chętnie przyjmowałam ofiarowane mi gadżetki ;] Grunt to właściwe podejście… ;P. Uśmiech, zainteresowanie na twarzy i już długopisy sypią się do torebki, jak cukierki z dziurawego opakowania ;P.

3.      Później udałam się z koleżanką na polowanie. Ubraniowe ;P. Za złotówkę, więc można było brać, co wpadło w oko ;) Zaprosiłam E. do siebie i wysączyłyśmy herbatkę w moim mieszkanku. Poszłam z nią nawet na wykłady z filozofii, choć urwałam się przed końcem, żeby zdążyć na japoński.

4.      Na japońskim było oczywiście jak zwykle bardzo miło. Ostatnio śniło mi się, że dostałam dwóję z odpowiedzi u Yuko ;D. Na szczęście sen nie był proroczy ;P. Miło mi też, że parę osób z grupy zagląda na mojego bloga ;D. Zawsze to mam nowych czytelników ;]. Pozdrawiam Was kwitnąco, jak wiśnie w Nihon ;P.

5.      Wieczorem znów biegałam. Tym razem sama, bo dziewczyny miały dzień przerwy. Oprócz tego, że nastraszyłam jedną spacerowiczkę, kiedy do niej nadbiegałam, było całkiem spokojnie. W ramach zadośćuczynienia urządziłam sobie z nią miłą pogawędkę i nawet pożyczyłam od niej  chusteczkę do nosa ;D. Niestety wciąż zapominam, że wysiłek na powietrzu wiąże się ze wzmożonym wydzielaniem smarków...

6.      W czwartek sprzątałam mieszkanie i robiłam wielki afisz pt. „Szanujmy pracę  innych”. Jego treść jest mniej więcej tak ironiczna i dosadna jak wszystkie moje wpisy, więc jak się domyślacie, nie czaiłam się zbytnio ;P. Wymalowałam piękne czerwone wykrzykniki i powiesiłam kartkę na lodówce. Szkoda, że zapomniałam, że nie wolno nikomu obrabiać tyłka i tym samym pokazałam, że też wcale nie jestem święta ;P. Z jednej strony powiedziałam to, co mi leżało na sercu, z drugiej czuję się mniej grzecznie niż zwykle... ;]

7.      Kiedy pytałam mamy, jak mój szynszylasty, odpowiadała, że już wszystko okej. Że nie ślini się, że je itd. Więc kiedy przyjechałam do domu i poszłam do pokoju na inspekcję, wkurzyłam się niemiłosiernie. Borysiasty był zaśliniony jak ząbkujące niemowlę, półki były upstrzone efektownymi plamami ze śliny, a w miseczce było niezjedzone jedzenie. Od razu znalazłam numer telefonu do weta od małych zwierząt i…

8.      ...W piątek do południa skoczyłam z tatkiem do Sanoka. Borys pół drogi siedział wtulony między moją szyję, kaptur a ucho, a później urządzał sobie spacerki po kolanach. Utrzymanie go przypomina czasem siłowanie się ze śliskim kawałkiem mydła ;] Na poczekalni też kręcił się i wiercił jak fryga. Wizyta była nieprzyjemna i dla niego, i dla mnie. Nie, nie poszło o finanse. Przygotowałam się na jakiś mega wydatek, a zapłaciłam 15 zł. Gorzej, że miałam serce w krtani i gulę w żołądku. Borys miał robiony przegląd ząbków. Jak zobaczyłam ten przyrząd do rozwierania małej, szynszylej szczęki, o mało nie dostałam zawału. Poczułam tylko jak pot spływa mi po… No. W każdym razie stresowałam się bardziej, niż kiedy sama mam jakiś zabieg ;P. Musiałam mocno trzymać Młodego, bo wyrywał się jak piskorz. Choć rzekomo takie oględziny nie są bolesne, to jednak nie należą też do przyjemnych. Summa summarum, Borysiasty miał za długiego tylnego zęba, więc pani wet musiała go z deczka spiłować. Po wszystkim Młody był tak otumaniony, że wtulał się we mnie, jakby chciał się przyssać. Strasznie mi go było szkoda. Dzieciom i zwierzakom ciężko jest wyjaśnić, że czasem robi się coś nieprzyjemnego, tylko i wyłącznie dla ich dobra… W drodze powrotnej mój tato stwierdził, że Borys od razu żwawiej rusza wąsikami ;D ;P

9.       Później pojechałam do Brzozowskiego Retra na spotkanie grupowe z dziewczynami ze studiów licencjackich. Było oczywiście mega sympatycznie ;P. Początkowo bałam się, że nie przekrzyczymy telewizora, który huczał na ścianie. Moje obawy były jednak nieuzasadnione. Udało się nam trajkotać zdecydowanie głośniej niż muzyka w TV ;P. Bzyczałyśmy wręcz jak rój rozjuszonych pszczół ;P. Porobiłyśmy sobie nawet grupowe słit focie. Na większości szczerzyłam się radośnie jak dziecko na widok nowej zabawki. Niestety na fb zostało wrzucone zdjęcie, na którym po całej serii uśmieszków, krzywię się z bólu szczeki ;P. Słodko... ;]

10.   Zapomniałam wspomnieć, że zaleceniem pani wet było kupienie dla mojego gryzońka słoiczków z jedzeniem dla dzieci... ;P. Póki co, może jeszcze mieć problemy z jedzeniem, więc kazała dokarmiać go Gerberkami. Hm… Połowę pierwszego deserku dawałam mu na palcu. Szkoda, że nie miałam dziecięcego śliniaczka... Ja byłam upaćkana jabłkami z jagodami, Borys miał fioletowy pyszczek i łapki, zużyłam pół opakowania chusteczek, żeby doczyścić jego i siebie, a resztę deseru musiałam wyjeść sama... Ale nie narzekam, bo mus z owoców jest przecież pyszny ;P. Później karmienie szło już całkiem zręcznie. Borys jadł sam z nakrętki i łyżeczki. Szybko się to moje dziecko uczy samodzielności :D ;D.  Następnie Młody zabrał mi kawałek jabłka i wtryniał je pod łóżkiem, a dziś wskoczył na klatkę i dorwał się "normalnej" karmy. Rozsypał ją i je, jakby nie widział żarcia od tygodni. Próby przesypania karmy do miseczki spotkały się z jego protestem i gwałtownym fuczeniem ;) Okej. Niech wsuwa z podłogi, skoro tak woli ;P.
      Biedak. Mogłam wcześniej jechać z nim do tego Sanoka. Ale nie, bo wszyscy mówili mi, że tylko panikuję ;P. No cóż. Przeszłam już ząbkowanie, karmienie Gerberkami, nieprzespane noce, zmartwienia, chodzenie po lekarzach i bunt dwulatka (w sumie Borysowi stuknął już dziesiąty roczek, no ale ;P). Teraz tylko doszlifować zmianę pieluch i mogę śmiało... czuć się zrealizowana jako mamuśka ;P. Niech nikt nie waży mi się wspomnieć, żebym zmajstrowała sobie dzidziusia, bo pochlastam/zasztyletuję/zamorduję ze szczególny okrucieństwem. Ten pomysł oczywiście ;P.

11.  W sobotę byłam na urodzinach u znajomej dziewczynki z zespołem Downa. Oprócz znajomych (czyli rodzinki S.) było kilka jej koleżanek. W sumie zastanawiam się, jak to jest, że ludzie zdrowi nie cieszą się życiem tak, jak osoby upośledzone, niejednokrotnie obarczone licznymi problemami zdrowotnymi. Dziewczyny bawiły się jak szalone (co tam, że post... Grunt, że miały swoje pięć minut ;D), a człowiekowi aż się rogal pojawiał na twarzy, kiedy na nie patrzył. Oczywiście bawiłam się też w nianię i biegałam za swoimi ulubionymi Dziewuchami. Wczoraj dla odmiany, bawiłam się z nimi kucykami Pony i kartami z Kubusiem Puchatkiem ;)

12.  Później spotkałam się z moim chłopakiem i o mały włos nie pokłóciliśmy się o głupotę ;P. To jest to, że czasami kobiety i mężczyźni nadają na baardzo różnych falach. I te fale nijak nie mogą się zbiec… Jedno niedopowiedzenie, drugie niedopowiedzenie – i tak rodzi się problem. Na szczęście jest jeszcze rozmowa. I godzenie się ;]

13.  Dziś mój W. ma służbę, a ja usiłuję się ogarnąć. Wczoraj pięknie posprzątany pokój, dziś ponownie zmienił się w rewir Boryska, który szaleje i rozrabia. Nie mogę się nacieszyć widokiem tego diabelskiego błysku w oczkach, tego chochlikowatego, rozbieganego spojrzenia i pobudzonego zachowania ;P. Pozwalam mu rozsypywać karmę i piasek i psocić, jak na szynszylka przystało. W końcu tyle siedział za grzecznie, że teraz może sobie podokazywać ;)

 Muszę jeszcze się spakować, poukładać ciuchy z prania, pouczyć się na angielski, zrobić ostatnie zakupy, poćwiczyć, pohulahopić, wykąpać się i umyć głowę, zrobić i zjeść jakiś obiadek, pokazać mamie, jak podawać Borysiastemu probiotyk na apetyt, uporządkować ten wpis, znaleźć jakiś adekwatny obrazek, zrobić milion poprawek i będę gotowa do wyjazdu na studia ;P.


PS I jak zwykle, śmiem twierdzić, że na studiach znajdę więcej czasu na pisanie, niż w domciu ;] 


http://wszystkooszynszylach.blogspot.com/2009_12_01_archive.html
Ostatnio mam problem ze znalezieniem dobrego tytułu i dobrego obrazka. Ostatecznie dodaję bobaska. Szynszylowego, żeby nie było, że zmieniłam zdanie w sprawie dzieci ^^.

wtorek, 25 marca 2014

Galopem 2, czyli bieganie+spacerowanie=żulowanie ^^




Okej.
Okej, okej, okej. 
          Co za wieczór! ;D. Uf. O dziwo nie dyszę i nie sapię. Jestem tylko spocona jak mysz (kto kiedyś widział spoconą mysz?!) i czerwona jak pomidor. Albo jak burak. Pomidor ma przecież odcień karminowy, a ja jestem raczej buraczkowa… W każdym razie - wyglądam  średnio atrakcyjnie. Wszystko dlatego, że… Dziś biegałam! ;D Hip, hip, hurra! Teraz pora na fanfary. Odsypcie mnie jeszcze deszczem confetti, obdarzcie gromkim „wooow!” i możemy zaczynać ;) Co? Oczywiście relację z mojej jakże przecudnej przebieżki ;D
         Zaczęło się od… siedzenia. No tak. Pół dnia na zajęciach. Angielski. Statystyka. Zamiast seminarium robiłam na mieszkaniu projekt z koleżanką. Muszę jej tu oficjalnie bardzo mocno podziękować za pomoc, wyrozumiałość i koleżeństwo ;* I za ozdobienie mojego zeszytu do Pomiaru Efektywności Kształcenia masą zielonych serduszek ;D. 
Po zajęciach też głównie siedziałam. Pisałam, czytałam, czytałam, pisałam…Ćwiczyłam wtedy oczywiście. Ale tylko szare komórki ;P. I sprawność palców.
         W końcu stwierdziłam – koniec dobrego. Założyłam adidasy i wybiegłam. Z domu, na początek ;P
Najpierw postanowiłam rozglądnąć się po parku, który mam za kamieniczką. Może znajdę jakiegoś entuzjastę wieczornych przebieżek? Rozglądałam się wkoło jak detektyw. Hm. Jakaś starsza pani z pieskiem. Starszy pan. Też z pieskiem. Chłopaczek na rowerze. Chłopaczek bez roweru…
Żadnego biegacza. Biegaczki ani tyle. No nic. Pobiegnę na Dąbrowskiego. Ostatnio widziałam tam stado biegających. Tzn. nie dosłownie. Nie biegli jak rozszalałe nosorożce ani przepłoszone konie ;D. Po prostu widziałam dużo osób, które biegały. Niestety było to tydzień  temu. Dziś jak na złość nie biegał nikt. NIKT, powtarzam, jakby ktoś nie usłyszał.


 
http://www.blogfit.pl/bieganie/
           Biegłam więc sobie sama. Oho. Już wiem, co teraz będzie. Moja mama, która przeczyta ten wpis jutro rano, pewnie od razu chwyci za komórkę i zacznie mnie rugać. „Jak to sama?! W dużym mieście? Chcesz, żeby cię ktoś zamordował? A wcześniej zgwałcił?!”. Spokojnie, mamo. Zawczasu Cię uspokoję, żebyś mnie jutro rano nie obudziła ;P. Wydaje mi się, że jutrzejszy poranek będzie dla mnie ciężki, więc nie potrzebuję Twoich lamentów przed telefon… ;D. To, że nikt nie biegał, nie znaczy, że miasto było opustoszałe jak na końcu świata. Ludzie chodzili, jeździli rowerami, spacerowali pod rączkę… Było ich jak mrówków ;]. Także się nie martw, kochana ;P.
          Mimo to samotne bieganie było przygnębiające. Zaczęłam nawet żałować, że nie ma ze mną mojego piesa. Kiedy z nim biegałam, narzekałam, że mnie spowalnia i że dyszy, wywieszając z sympatycznej mordki swój różowy jęzorek. Ale za to mogłam się schylić i pomiziać jego zmechacone uszka albo popatrzeć w błyszczące, wierne oczka i od razu było mi raźniej...
No ale nic. Pedro jest w domu i nic na to nie poradzę...
Biegnę. Biegnę, biegnę. 
          Cały czas intensywnie wypatrywałam oczy za jakimiś biegającymi. Prawie jakbym zainstalowała sobie w gałach radar na wzmożone wymachiwanie dolnymi kończynami ;P. Nagle spostrzegłam dwie osóbki, których sportowe buty śmigały radośnie po drugiej stronie ulicy. Oczywiście chciałam natychmiast do nich biec. Niestety przeszkodziła mi w tym Policja, która jechała akurat drogą. Zawisłam z nogą nad chodnikiem. Zachwiałam się lekko i wróciłam na swój tor. Eh. W końcu znalazłam zebrę. Znaczy się przejście dla pieszych. Poczekałam na zielone. To też trochę potrwało. Phi! Też coś! Jako właścicielka zielonego bloga, powinnam mieć patent na zielone. Na mój widok sygnalizator powinien zmieniać barwę jak kameleon! No, ale cóż… Niestety nie mam takiej mocy ;P.
        Udało mi się w końcu przejść na drugą stronę. Ulga. Ale dziewczyny zdążyły mi już zniknąć z pola widzenia… ;/ Troszkę zbiło mnie to z pantałyku, ale okej. 
Biegnę. Biegnę, biegnę…
Chwila. Czy to nie te dwie biegaczki idą sobie przede mną spacerkiem?  Tak, to one! Jee! Ale fajnie! Wreszcie będę mieć towarzystwo. Zaczęłam maszerować. „Zaraz je dogonię. Przecież tylko spacerują” – pomyślałam. Nagle patrzę – kurde… Poderwały się do biegu. Westchnęłam jak astmatyczka. Pomyślałam „ Pie*****, nie biegnę…



 
http://www.fit-and-sexy.pl/2013/10/powody-dla-ktorych-warto-biegac.html


...
Ale przecież jestem zakapiorem... Przecież się nie poddaję...
No i oczywiście pobiegłam za nimi ;P. Musiałam dość mocno przebierać moimi krótkimi nóżkami, żeby je złapać. W końcu mi się to udało. Udało mi się nawet je zaczepić, zapoznać i spytać, czy mogę do nich dołączyć i nie wyzionęłam przy tym ducha ;D.
          Po chwili spacerku, zaczęłyśmy znów biec. Uh. Uh, uh, uh. Jednak siedem kółeczek wkoło stadionu nie dało mi dobrego przygotowania do tych dwóch maratonistek ;P. Biec biegłam, ale myślałam tylko o tym, żeby się zatrzymać. Dziewczyny miały taki system – 9 minut biegu, minuta spaceru. Podczas tych dziewięciu minut, przez moją głowę przebiegło milion myśli. Jedna mniej mądra od drugiej.
           Paliło mnie w płucach. Paliła mnie twarz, która była czerwona jakby mózg miał mi zaraz eksplodować. Czułam nieznośne gorąco i tępe pulsowanie w głowie. Nogi o dziwo wcale mnie nie bolały. Ani łydki, ani uda. Ani nawet stopy. Trochę bolały mnie cycki, które skakały, jakby miały ochotę wyskoczyć i polecieć na Bora Bora. W kolejce do skakania ustawiły się oba płuca. I serce, oczywiście też ;P.
Bolał mnie jeszcze brzuch. I to tak piekielnie. Podejrzewam, że źle oddychałam :D. No cóż. Skupianie się na oddechu, kiedy wnętrzności płoną mi żywym ogniem, nie jest takie proste…
         Najpierw żołądek ścisnął mi się jak orzeszek. Po chwili rozluźnił się. Na chwilę, bo za dwie sekundy znów poczułam skurcz. Zupełnie, jakby moje narządy wewnętrzne urządziły sobie gimnastykę.
Zjedliście kiedyś żywą żmiję? Ja też nie, ale chyba wiem, jakie to uczucie. Jelita wiły mi się w brzuchu jak wąż. I to taki miotający się w konwulsjach ;P. Raz na czas żmija kąsała. Wtedy czułam takie ukłucia, jakby ktoś robił mi milion małych zastrzyków w trzewia… Średnio miłe uczucie. 
          Spytałam nowo poznanej koleżanki, ile zostało do przerwy. „Półtora minuty”- usłyszałam odpowiedź. Uf. Jak dobrze. 
Biegnę, biegnę.
Wypuszczam z siebie ze świstem powietrze, jak babcia, której zabrano inhalator ;P. 
Biegnę, biegnę. 
Kurde, no?! Ile może trwać półtora minuty? No ile?! 
Biegnę, biegnę. 
Moje różowo (^^) – szare adidasy mocno uderzają o podłoże. Uda się napinają. Mięśnie pracują.  Nie czuję bólu. Nie czuję pieczenia...
Ale tylko w nogach. W brzuchu jak się gotowało, tak się gotuje ;]. W mózgu też już wrze… 
Jaką temperaturę może osiągnąć mózg, zanim się przepali? Jakie są objawy ugotowanego mózgu? Czy głupie myśli to już niebezpieczny symptom?
Wreszcie koniec męki. Przerwa. Opierając ręce na kolanach mam ochotę powiedzieć to, co każdy Polak mówi w takiej sytuacji. „K**** mać !”. 
Ale nie mówię tego na szczęście ;P. W końcu jestem kulturalną studentką. Pedagogiki w dodatku. Pracy, bo pracy, ale pedagogiki ;P.
          Stąpam lekkim krokiem. Nogi niosą mnie jak niewolnicy królową na noszach. Oddycham, oddycham. Nawet nie aż tak łapczywie. Całkiem normalnie. Mogę mówić. Mogę rozmawiać. Mogę iść. Brzuch nie boli. I czuję się świetnie. Tak! Czuję się prześwietnie. Zaje****** wręcz ;D. Dziewczyny mówią, że biegną przez Rejtana i na Rynek. Ja pasuję. 
Wymieniamy się numerami, żegnamy się i obieram kurs – Hetmańska. Tym razem dostosowuję tempo do swoich możliwości. Biegnę, ale wolniej. Robię przerwy. Spaceruję. Znów biegnę. Znów spaceruję. Dobiegam do Galerii Graffiki. Chyba już zawsze jej widok będzie dla mnie błogosławieństwem ;D. Dobiegam do parku. Padam na ławkę. Kładę się na niej jak Żulikus Pospolitus. Sapię, sapię, sapię… Jakby to coś dało, wywiesiłabym jęzor i machała nim jak flagą. Najlepiej białą ;P.
         Czuję, że mam rozpaloną twarz. Czuję pieczenie w płucach. Czuję, że mam mokre włosy na karku. Plecy też są mokre. I poniżej pleców też. Czuję się tak zaje****** jak po wielokrotnym… wielokrotnym... Jak po wielokrotnym mizianiu mnie po ręce ;P. O tak ;D.  Rozpiera mnie energia i radość. Ale fajnie. Ale cudnie. Ale miło… ;P.
        Coś jednak jest w tym bieganiu. To nie szaleństwo pcha ludzi do zakładania wygodnego obuwia i śmigania po parku, lesie czy alejce. Te buzujące endorfiny naprawdę działają cuda ;P. Najchętniej znów poszłabym biegać. Kiedy już zjadłam swój niskotłuszczowy jogurcik z borówkami i muesli. Kiedy ochłonęłam. Kiedy odpoczęłam.
Ale wiem, że jutro nie wstałabym z łóżka, więc... Wolę iść pod prysznic. A potem pozwolę palcom pobiegać po klawiaturze. Im też należą się jakieś endorfinki ;P.


 
http://zszywka.pl/p/seks-bieganie-motywacja-do-treningu-3524443.html
PS Jak Wam się podoba ten obrazeczek? ;D ;D ;D Dobrnęliście do końca tekstu czy tylko zjechaliście w dół, żeby zobaczyć go w pełnej krasie? Ha! Tak myślałam ;P. Ale to nic. I tak miło, że zaglądnęliście ;] Witam i żegnam, chyba, że macie ochotę cosik poczytać. Nic mądrego, ale zapraszam ;D.

sobota, 22 marca 2014

Galopem ;]

          A jednak ;D. Musiałam przeczytać tę ostatnią książkę. I to w jakim stylu... ;P. 
W sumie przez większość piątku zaglądnęłam do niej może kilka razy. Nie przeczytałam jednak zbyt wiele. Do południa byłam chwilę u babci, później na długim spacerze z psem. Byliśmy z Pedrowatym prawie dwie godziny nad Sanem. Powygłupiałam się z nim za wszystkie czasy ;P. Miałam też okazję wykazać się zdolnościami akrobatki, bo chcąc zawojować działki, musiałam przejść przed bramkę. I to tzzw. sposobem górnym ;D. Jakbym miała dłuższe nogi, byłoby lepiej, ale poszło mi całkiem sprawnie ;P. Nadaję się na policjantkę. Na kombinatora też ;P.
Później głaskałam konie, pasące się na łące, przy wtórze szczekania mojego tchórzliwego kundla ;P.  Wystarczyło, że pogłaskałam miękkie chrapki jednego konia, a już zleciało się do mnie całe stadko ;D. Piękne zwierzęta. Majestatyczne. Smukłe. Mądre. A konie w galopie to już całkiem piękny widok. Chociaż galopem do mnie nie biegły. Nie mam u nich aż takiego powodzenia ;). No i dobrze. Gdyby przyleciały z tętentem kopyt, zawał u mojego Sierściucha murowany :D. Ostatnio razem z moją współlokatorką namiętnie oglądałyśmy filmy o koniach. Najpierw „Flicka”, później „Flicka 2”. A potem zmieniłyśmy repertuar na serial „Anatomia prawdy” ;D.
         Okej, okej. Bez dygresji ;P. Piątek. Nie miałam czasu na czytanie, więc uznałam, że jednak prolonguję tę jedną książkę. W sumie i tak nie wydawała mi się specjalnie ciekawa. Zajęłam się czymś innym i cały dzień upłynął mi błyskawicznie... 
Wieczorem poszłam biegać. Bez szału, bo tylko po alei, no i z piesem na smyczy. Ale dobre i to. Na początek ;]. Odwiedziłam też mojego Strażaka, który miał służbę, a po powrocie do domu poszłam coś zjeść. Wzięłam ze sobą książkę i…. przesiedziałam ponad półtora godziny na twardym, niewygodnym taborecie w kuchni, czytając ;D. 
           Książka zrobiła się nagle MEGA ciekawa. Coś w stylu pióra Dana Browna. Z trudem zmusiłam się do oderwania od lektury. Wzięłam szybki prysznic (mniej więcej tak szybki, jak wtedy, kiedy mam pajączka w kabinie) i walnęłam się na łóżko z książką. Czytałam, czytałam i czytałam. Słyszałam ukradkiem, jak siostra opowiada rodzicom jakąś zabawną anegdotkę o znajomych dzieciakach, ale nie byłam w stanie oderwać się od fabuły książki ;]. Pod koniec zaczęło robić się ciut nudnawo, więc przyśpieszyłam tempo. W sensie – przeleciałam mdławe opisy. Przeleciałam w cudzysłowiu ;]..Żeby szybciej skończyć ;P. Nie, nie. Nie „takie” opisy. Raczej religijno – legendowo – historyczne. Zakończenie było w miarę ok, więc książce wystawiam ocenę dobrą ;D. Tak to właśnie ze mną jest. Jak nie czytam - to nie czytam. Jak już zacznę - wsiąkam na dobre... ;P.
          Na koniec przeglądnęłam Cosmopolitan' a i Shape’a, a póżniej poszłam spać. Jednak nie ma to jak swoje łóżko... Z szynszylkiem tłukącym się w klatce. Z ciemnością za oknem. Z miękkimi poduszkami ;) Chociaż w sumie ulubioną pościel w baranki mam w Rzeszowie, a najwygodniejszą poduszkę u chłopaka... Hmm... ;] Babie to jednak nie dogodzi ;P.


                                                                          ***
         Mam w domu taką specjalną półeczkę na pożyczone książki. Najbardziej lubię, jak jest zapełniona po brzegi ;]. Dziś była już puściutka. Nawet mój W. to zauważył. Choć, żeby dostać autko, musiałam wstać przed siódmą i zawieźć tatę do pracy, mogłam za to później jechać do Sanoka do swojego ulubionego miejsca. Znaczy się biblioteki ;D. Oddałam ten stos książek, które czytałam przez ostatnie dni. Teraz pożyczyłam tylko cztery książki ;). Ostatnio mam wrażenie, że nie robię nic innego jak czytanie, więc mam zamiar więcej się ruszać, mniej siedzieć ;D. Ciekawe, czy ze sportem pójdzie mi równie dobrze, co z czytaniem ;D. Może też powinnam zrobić sobie jakiś deadline i zacząć wreszcie porządnie ćwiczyć? ;] ;] ;]. Póki co łykam słońce jak witaminy i codziennie urządzam sobie słoneczne spacerki. Pedro jest wniebowzięty ;]
Dzisiejszego wieczoru wzięłam się już za siebie i biegałam jak człowiek. Zrobiłam siedem kółeczek na stadionie. Ósme szłam raźnym krokiem. Dla odpoczynku. Później został mi spacer aleją. Jakoś trzeba było wrócić do domu :P. Trochę było mi szkoda Pedra, który nie odstępuje mnie na krok, więc cały czas latał za mną. Do teraz wachluje się ogonem ;P. 

PS Może moje bieganie nie było tak szybkie jak pochłanianie książki czy koński galop, ale jestem dość usatysfakcjonowana ;P. A jakby ktoś był zainteresowany książką... Sam Bourne "Trzydzieści sześć dusz" ;).


Wcale się nie chwalę, ale... Takie sympatyczne koniki pasą się vis a vis mojego domku ;P. I w takich ładnych okolicach jak widać w tle pomieszkuję sobie z moją rodzinką i futrzakami ;]. Prawda, że nie mogę narzekać? ;D.