...

...
M.

wtorek, 25 marca 2014

Galopem 2, czyli bieganie+spacerowanie=żulowanie ^^




Okej.
Okej, okej, okej. 
          Co za wieczór! ;D. Uf. O dziwo nie dyszę i nie sapię. Jestem tylko spocona jak mysz (kto kiedyś widział spoconą mysz?!) i czerwona jak pomidor. Albo jak burak. Pomidor ma przecież odcień karminowy, a ja jestem raczej buraczkowa… W każdym razie - wyglądam  średnio atrakcyjnie. Wszystko dlatego, że… Dziś biegałam! ;D Hip, hip, hurra! Teraz pora na fanfary. Odsypcie mnie jeszcze deszczem confetti, obdarzcie gromkim „wooow!” i możemy zaczynać ;) Co? Oczywiście relację z mojej jakże przecudnej przebieżki ;D
         Zaczęło się od… siedzenia. No tak. Pół dnia na zajęciach. Angielski. Statystyka. Zamiast seminarium robiłam na mieszkaniu projekt z koleżanką. Muszę jej tu oficjalnie bardzo mocno podziękować za pomoc, wyrozumiałość i koleżeństwo ;* I za ozdobienie mojego zeszytu do Pomiaru Efektywności Kształcenia masą zielonych serduszek ;D. 
Po zajęciach też głównie siedziałam. Pisałam, czytałam, czytałam, pisałam…Ćwiczyłam wtedy oczywiście. Ale tylko szare komórki ;P. I sprawność palców.
         W końcu stwierdziłam – koniec dobrego. Założyłam adidasy i wybiegłam. Z domu, na początek ;P
Najpierw postanowiłam rozglądnąć się po parku, który mam za kamieniczką. Może znajdę jakiegoś entuzjastę wieczornych przebieżek? Rozglądałam się wkoło jak detektyw. Hm. Jakaś starsza pani z pieskiem. Starszy pan. Też z pieskiem. Chłopaczek na rowerze. Chłopaczek bez roweru…
Żadnego biegacza. Biegaczki ani tyle. No nic. Pobiegnę na Dąbrowskiego. Ostatnio widziałam tam stado biegających. Tzn. nie dosłownie. Nie biegli jak rozszalałe nosorożce ani przepłoszone konie ;D. Po prostu widziałam dużo osób, które biegały. Niestety było to tydzień  temu. Dziś jak na złość nie biegał nikt. NIKT, powtarzam, jakby ktoś nie usłyszał.


 
http://www.blogfit.pl/bieganie/
           Biegłam więc sobie sama. Oho. Już wiem, co teraz będzie. Moja mama, która przeczyta ten wpis jutro rano, pewnie od razu chwyci za komórkę i zacznie mnie rugać. „Jak to sama?! W dużym mieście? Chcesz, żeby cię ktoś zamordował? A wcześniej zgwałcił?!”. Spokojnie, mamo. Zawczasu Cię uspokoję, żebyś mnie jutro rano nie obudziła ;P. Wydaje mi się, że jutrzejszy poranek będzie dla mnie ciężki, więc nie potrzebuję Twoich lamentów przed telefon… ;D. To, że nikt nie biegał, nie znaczy, że miasto było opustoszałe jak na końcu świata. Ludzie chodzili, jeździli rowerami, spacerowali pod rączkę… Było ich jak mrówków ;]. Także się nie martw, kochana ;P.
          Mimo to samotne bieganie było przygnębiające. Zaczęłam nawet żałować, że nie ma ze mną mojego piesa. Kiedy z nim biegałam, narzekałam, że mnie spowalnia i że dyszy, wywieszając z sympatycznej mordki swój różowy jęzorek. Ale za to mogłam się schylić i pomiziać jego zmechacone uszka albo popatrzeć w błyszczące, wierne oczka i od razu było mi raźniej...
No ale nic. Pedro jest w domu i nic na to nie poradzę...
Biegnę. Biegnę, biegnę. 
          Cały czas intensywnie wypatrywałam oczy za jakimiś biegającymi. Prawie jakbym zainstalowała sobie w gałach radar na wzmożone wymachiwanie dolnymi kończynami ;P. Nagle spostrzegłam dwie osóbki, których sportowe buty śmigały radośnie po drugiej stronie ulicy. Oczywiście chciałam natychmiast do nich biec. Niestety przeszkodziła mi w tym Policja, która jechała akurat drogą. Zawisłam z nogą nad chodnikiem. Zachwiałam się lekko i wróciłam na swój tor. Eh. W końcu znalazłam zebrę. Znaczy się przejście dla pieszych. Poczekałam na zielone. To też trochę potrwało. Phi! Też coś! Jako właścicielka zielonego bloga, powinnam mieć patent na zielone. Na mój widok sygnalizator powinien zmieniać barwę jak kameleon! No, ale cóż… Niestety nie mam takiej mocy ;P.
        Udało mi się w końcu przejść na drugą stronę. Ulga. Ale dziewczyny zdążyły mi już zniknąć z pola widzenia… ;/ Troszkę zbiło mnie to z pantałyku, ale okej. 
Biegnę. Biegnę, biegnę…
Chwila. Czy to nie te dwie biegaczki idą sobie przede mną spacerkiem?  Tak, to one! Jee! Ale fajnie! Wreszcie będę mieć towarzystwo. Zaczęłam maszerować. „Zaraz je dogonię. Przecież tylko spacerują” – pomyślałam. Nagle patrzę – kurde… Poderwały się do biegu. Westchnęłam jak astmatyczka. Pomyślałam „ Pie*****, nie biegnę…



 
http://www.fit-and-sexy.pl/2013/10/powody-dla-ktorych-warto-biegac.html


...
Ale przecież jestem zakapiorem... Przecież się nie poddaję...
No i oczywiście pobiegłam za nimi ;P. Musiałam dość mocno przebierać moimi krótkimi nóżkami, żeby je złapać. W końcu mi się to udało. Udało mi się nawet je zaczepić, zapoznać i spytać, czy mogę do nich dołączyć i nie wyzionęłam przy tym ducha ;D.
          Po chwili spacerku, zaczęłyśmy znów biec. Uh. Uh, uh, uh. Jednak siedem kółeczek wkoło stadionu nie dało mi dobrego przygotowania do tych dwóch maratonistek ;P. Biec biegłam, ale myślałam tylko o tym, żeby się zatrzymać. Dziewczyny miały taki system – 9 minut biegu, minuta spaceru. Podczas tych dziewięciu minut, przez moją głowę przebiegło milion myśli. Jedna mniej mądra od drugiej.
           Paliło mnie w płucach. Paliła mnie twarz, która była czerwona jakby mózg miał mi zaraz eksplodować. Czułam nieznośne gorąco i tępe pulsowanie w głowie. Nogi o dziwo wcale mnie nie bolały. Ani łydki, ani uda. Ani nawet stopy. Trochę bolały mnie cycki, które skakały, jakby miały ochotę wyskoczyć i polecieć na Bora Bora. W kolejce do skakania ustawiły się oba płuca. I serce, oczywiście też ;P.
Bolał mnie jeszcze brzuch. I to tak piekielnie. Podejrzewam, że źle oddychałam :D. No cóż. Skupianie się na oddechu, kiedy wnętrzności płoną mi żywym ogniem, nie jest takie proste…
         Najpierw żołądek ścisnął mi się jak orzeszek. Po chwili rozluźnił się. Na chwilę, bo za dwie sekundy znów poczułam skurcz. Zupełnie, jakby moje narządy wewnętrzne urządziły sobie gimnastykę.
Zjedliście kiedyś żywą żmiję? Ja też nie, ale chyba wiem, jakie to uczucie. Jelita wiły mi się w brzuchu jak wąż. I to taki miotający się w konwulsjach ;P. Raz na czas żmija kąsała. Wtedy czułam takie ukłucia, jakby ktoś robił mi milion małych zastrzyków w trzewia… Średnio miłe uczucie. 
          Spytałam nowo poznanej koleżanki, ile zostało do przerwy. „Półtora minuty”- usłyszałam odpowiedź. Uf. Jak dobrze. 
Biegnę, biegnę.
Wypuszczam z siebie ze świstem powietrze, jak babcia, której zabrano inhalator ;P. 
Biegnę, biegnę. 
Kurde, no?! Ile może trwać półtora minuty? No ile?! 
Biegnę, biegnę. 
Moje różowo (^^) – szare adidasy mocno uderzają o podłoże. Uda się napinają. Mięśnie pracują.  Nie czuję bólu. Nie czuję pieczenia...
Ale tylko w nogach. W brzuchu jak się gotowało, tak się gotuje ;]. W mózgu też już wrze… 
Jaką temperaturę może osiągnąć mózg, zanim się przepali? Jakie są objawy ugotowanego mózgu? Czy głupie myśli to już niebezpieczny symptom?
Wreszcie koniec męki. Przerwa. Opierając ręce na kolanach mam ochotę powiedzieć to, co każdy Polak mówi w takiej sytuacji. „K**** mać !”. 
Ale nie mówię tego na szczęście ;P. W końcu jestem kulturalną studentką. Pedagogiki w dodatku. Pracy, bo pracy, ale pedagogiki ;P.
          Stąpam lekkim krokiem. Nogi niosą mnie jak niewolnicy królową na noszach. Oddycham, oddycham. Nawet nie aż tak łapczywie. Całkiem normalnie. Mogę mówić. Mogę rozmawiać. Mogę iść. Brzuch nie boli. I czuję się świetnie. Tak! Czuję się prześwietnie. Zaje****** wręcz ;D. Dziewczyny mówią, że biegną przez Rejtana i na Rynek. Ja pasuję. 
Wymieniamy się numerami, żegnamy się i obieram kurs – Hetmańska. Tym razem dostosowuję tempo do swoich możliwości. Biegnę, ale wolniej. Robię przerwy. Spaceruję. Znów biegnę. Znów spaceruję. Dobiegam do Galerii Graffiki. Chyba już zawsze jej widok będzie dla mnie błogosławieństwem ;D. Dobiegam do parku. Padam na ławkę. Kładę się na niej jak Żulikus Pospolitus. Sapię, sapię, sapię… Jakby to coś dało, wywiesiłabym jęzor i machała nim jak flagą. Najlepiej białą ;P.
         Czuję, że mam rozpaloną twarz. Czuję pieczenie w płucach. Czuję, że mam mokre włosy na karku. Plecy też są mokre. I poniżej pleców też. Czuję się tak zaje****** jak po wielokrotnym… wielokrotnym... Jak po wielokrotnym mizianiu mnie po ręce ;P. O tak ;D.  Rozpiera mnie energia i radość. Ale fajnie. Ale cudnie. Ale miło… ;P.
        Coś jednak jest w tym bieganiu. To nie szaleństwo pcha ludzi do zakładania wygodnego obuwia i śmigania po parku, lesie czy alejce. Te buzujące endorfiny naprawdę działają cuda ;P. Najchętniej znów poszłabym biegać. Kiedy już zjadłam swój niskotłuszczowy jogurcik z borówkami i muesli. Kiedy ochłonęłam. Kiedy odpoczęłam.
Ale wiem, że jutro nie wstałabym z łóżka, więc... Wolę iść pod prysznic. A potem pozwolę palcom pobiegać po klawiaturze. Im też należą się jakieś endorfinki ;P.


 
http://zszywka.pl/p/seks-bieganie-motywacja-do-treningu-3524443.html
PS Jak Wam się podoba ten obrazeczek? ;D ;D ;D Dobrnęliście do końca tekstu czy tylko zjechaliście w dół, żeby zobaczyć go w pełnej krasie? Ha! Tak myślałam ;P. Ale to nic. I tak miło, że zaglądnęliście ;] Witam i żegnam, chyba, że macie ochotę cosik poczytać. Nic mądrego, ale zapraszam ;D.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz