...

...
M.

niedziela, 30 marca 2014

Macierzyńsko zrealizowana... ;P



Wiem, wiem. Najpierw codziennie dodaję wpisy, a później nie odzywam się przed tydzień ;) Cała ja.
Tak więc w telegraficznym (yhm…) skrócie…

1.      Z radością stwierdzam, że po ostatnim bieganiu nie doznałam żadnych niemiłych konsekwencji w postaci zakwasów, bólów czy zastania mięśni. Rano wstałam z łóżka jak nowo narodzona, z nową energią i zapałem ;). Czyli jednak mogę biegać jak wariat ;P. Chwilowe palenie w płucach szybko ustępuje endorfinom i dobremu nastrojowi ;P.

2.      W środę wybrałyśmy się z dziewczynami z grupy na Targi Pracy. Spacerek na Rejtana był całkiem miły. Było ciepło, słonecznie. Rozmowa też toczyła się bardzo przyjemnie. Wydaje mi się, że dość szybko zintegrowałyśmy się z grupą. A takie wspólne spacerki pozwalają jeszcze lepiej się zapoznać ;D. W sumie gadałyśmy o takich głupotach, jak to tylko baby potrafią (np. o porodach – choć nie było wśród nas takiej, która rodziła ;P).

        Na Targach zainkasowałam masę długopisów. Akurat ostatnio cierpiałam na ich deficyt. Oprócz tego, że uwielbiam pisać na laptopiku, często wypisuję długopisy, robiąc odręczne notatki i prowadząc kalendarz. Starałam się jednak nie wyżebrywać chamsko gadżetów. Najpierw kulturalnie szłam i pytałam o daną firmę, brałam ulotki i wizytówki, rozmawiałam z przedstawicielami firmy, a później chętnie przyjmowałam ofiarowane mi gadżetki ;] Grunt to właściwe podejście… ;P. Uśmiech, zainteresowanie na twarzy i już długopisy sypią się do torebki, jak cukierki z dziurawego opakowania ;P.

3.      Później udałam się z koleżanką na polowanie. Ubraniowe ;P. Za złotówkę, więc można było brać, co wpadło w oko ;) Zaprosiłam E. do siebie i wysączyłyśmy herbatkę w moim mieszkanku. Poszłam z nią nawet na wykłady z filozofii, choć urwałam się przed końcem, żeby zdążyć na japoński.

4.      Na japońskim było oczywiście jak zwykle bardzo miło. Ostatnio śniło mi się, że dostałam dwóję z odpowiedzi u Yuko ;D. Na szczęście sen nie był proroczy ;P. Miło mi też, że parę osób z grupy zagląda na mojego bloga ;D. Zawsze to mam nowych czytelników ;]. Pozdrawiam Was kwitnąco, jak wiśnie w Nihon ;P.

5.      Wieczorem znów biegałam. Tym razem sama, bo dziewczyny miały dzień przerwy. Oprócz tego, że nastraszyłam jedną spacerowiczkę, kiedy do niej nadbiegałam, było całkiem spokojnie. W ramach zadośćuczynienia urządziłam sobie z nią miłą pogawędkę i nawet pożyczyłam od niej  chusteczkę do nosa ;D. Niestety wciąż zapominam, że wysiłek na powietrzu wiąże się ze wzmożonym wydzielaniem smarków...

6.      W czwartek sprzątałam mieszkanie i robiłam wielki afisz pt. „Szanujmy pracę  innych”. Jego treść jest mniej więcej tak ironiczna i dosadna jak wszystkie moje wpisy, więc jak się domyślacie, nie czaiłam się zbytnio ;P. Wymalowałam piękne czerwone wykrzykniki i powiesiłam kartkę na lodówce. Szkoda, że zapomniałam, że nie wolno nikomu obrabiać tyłka i tym samym pokazałam, że też wcale nie jestem święta ;P. Z jednej strony powiedziałam to, co mi leżało na sercu, z drugiej czuję się mniej grzecznie niż zwykle... ;]

7.      Kiedy pytałam mamy, jak mój szynszylasty, odpowiadała, że już wszystko okej. Że nie ślini się, że je itd. Więc kiedy przyjechałam do domu i poszłam do pokoju na inspekcję, wkurzyłam się niemiłosiernie. Borysiasty był zaśliniony jak ząbkujące niemowlę, półki były upstrzone efektownymi plamami ze śliny, a w miseczce było niezjedzone jedzenie. Od razu znalazłam numer telefonu do weta od małych zwierząt i…

8.      ...W piątek do południa skoczyłam z tatkiem do Sanoka. Borys pół drogi siedział wtulony między moją szyję, kaptur a ucho, a później urządzał sobie spacerki po kolanach. Utrzymanie go przypomina czasem siłowanie się ze śliskim kawałkiem mydła ;] Na poczekalni też kręcił się i wiercił jak fryga. Wizyta była nieprzyjemna i dla niego, i dla mnie. Nie, nie poszło o finanse. Przygotowałam się na jakiś mega wydatek, a zapłaciłam 15 zł. Gorzej, że miałam serce w krtani i gulę w żołądku. Borys miał robiony przegląd ząbków. Jak zobaczyłam ten przyrząd do rozwierania małej, szynszylej szczęki, o mało nie dostałam zawału. Poczułam tylko jak pot spływa mi po… No. W każdym razie stresowałam się bardziej, niż kiedy sama mam jakiś zabieg ;P. Musiałam mocno trzymać Młodego, bo wyrywał się jak piskorz. Choć rzekomo takie oględziny nie są bolesne, to jednak nie należą też do przyjemnych. Summa summarum, Borysiasty miał za długiego tylnego zęba, więc pani wet musiała go z deczka spiłować. Po wszystkim Młody był tak otumaniony, że wtulał się we mnie, jakby chciał się przyssać. Strasznie mi go było szkoda. Dzieciom i zwierzakom ciężko jest wyjaśnić, że czasem robi się coś nieprzyjemnego, tylko i wyłącznie dla ich dobra… W drodze powrotnej mój tato stwierdził, że Borys od razu żwawiej rusza wąsikami ;D ;P

9.       Później pojechałam do Brzozowskiego Retra na spotkanie grupowe z dziewczynami ze studiów licencjackich. Było oczywiście mega sympatycznie ;P. Początkowo bałam się, że nie przekrzyczymy telewizora, który huczał na ścianie. Moje obawy były jednak nieuzasadnione. Udało się nam trajkotać zdecydowanie głośniej niż muzyka w TV ;P. Bzyczałyśmy wręcz jak rój rozjuszonych pszczół ;P. Porobiłyśmy sobie nawet grupowe słit focie. Na większości szczerzyłam się radośnie jak dziecko na widok nowej zabawki. Niestety na fb zostało wrzucone zdjęcie, na którym po całej serii uśmieszków, krzywię się z bólu szczeki ;P. Słodko... ;]

10.   Zapomniałam wspomnieć, że zaleceniem pani wet było kupienie dla mojego gryzońka słoiczków z jedzeniem dla dzieci... ;P. Póki co, może jeszcze mieć problemy z jedzeniem, więc kazała dokarmiać go Gerberkami. Hm… Połowę pierwszego deserku dawałam mu na palcu. Szkoda, że nie miałam dziecięcego śliniaczka... Ja byłam upaćkana jabłkami z jagodami, Borys miał fioletowy pyszczek i łapki, zużyłam pół opakowania chusteczek, żeby doczyścić jego i siebie, a resztę deseru musiałam wyjeść sama... Ale nie narzekam, bo mus z owoców jest przecież pyszny ;P. Później karmienie szło już całkiem zręcznie. Borys jadł sam z nakrętki i łyżeczki. Szybko się to moje dziecko uczy samodzielności :D ;D.  Następnie Młody zabrał mi kawałek jabłka i wtryniał je pod łóżkiem, a dziś wskoczył na klatkę i dorwał się "normalnej" karmy. Rozsypał ją i je, jakby nie widział żarcia od tygodni. Próby przesypania karmy do miseczki spotkały się z jego protestem i gwałtownym fuczeniem ;) Okej. Niech wsuwa z podłogi, skoro tak woli ;P.
      Biedak. Mogłam wcześniej jechać z nim do tego Sanoka. Ale nie, bo wszyscy mówili mi, że tylko panikuję ;P. No cóż. Przeszłam już ząbkowanie, karmienie Gerberkami, nieprzespane noce, zmartwienia, chodzenie po lekarzach i bunt dwulatka (w sumie Borysowi stuknął już dziesiąty roczek, no ale ;P). Teraz tylko doszlifować zmianę pieluch i mogę śmiało... czuć się zrealizowana jako mamuśka ;P. Niech nikt nie waży mi się wspomnieć, żebym zmajstrowała sobie dzidziusia, bo pochlastam/zasztyletuję/zamorduję ze szczególny okrucieństwem. Ten pomysł oczywiście ;P.

11.  W sobotę byłam na urodzinach u znajomej dziewczynki z zespołem Downa. Oprócz znajomych (czyli rodzinki S.) było kilka jej koleżanek. W sumie zastanawiam się, jak to jest, że ludzie zdrowi nie cieszą się życiem tak, jak osoby upośledzone, niejednokrotnie obarczone licznymi problemami zdrowotnymi. Dziewczyny bawiły się jak szalone (co tam, że post... Grunt, że miały swoje pięć minut ;D), a człowiekowi aż się rogal pojawiał na twarzy, kiedy na nie patrzył. Oczywiście bawiłam się też w nianię i biegałam za swoimi ulubionymi Dziewuchami. Wczoraj dla odmiany, bawiłam się z nimi kucykami Pony i kartami z Kubusiem Puchatkiem ;)

12.  Później spotkałam się z moim chłopakiem i o mały włos nie pokłóciliśmy się o głupotę ;P. To jest to, że czasami kobiety i mężczyźni nadają na baardzo różnych falach. I te fale nijak nie mogą się zbiec… Jedno niedopowiedzenie, drugie niedopowiedzenie – i tak rodzi się problem. Na szczęście jest jeszcze rozmowa. I godzenie się ;]

13.  Dziś mój W. ma służbę, a ja usiłuję się ogarnąć. Wczoraj pięknie posprzątany pokój, dziś ponownie zmienił się w rewir Boryska, który szaleje i rozrabia. Nie mogę się nacieszyć widokiem tego diabelskiego błysku w oczkach, tego chochlikowatego, rozbieganego spojrzenia i pobudzonego zachowania ;P. Pozwalam mu rozsypywać karmę i piasek i psocić, jak na szynszylka przystało. W końcu tyle siedział za grzecznie, że teraz może sobie podokazywać ;)

 Muszę jeszcze się spakować, poukładać ciuchy z prania, pouczyć się na angielski, zrobić ostatnie zakupy, poćwiczyć, pohulahopić, wykąpać się i umyć głowę, zrobić i zjeść jakiś obiadek, pokazać mamie, jak podawać Borysiastemu probiotyk na apetyt, uporządkować ten wpis, znaleźć jakiś adekwatny obrazek, zrobić milion poprawek i będę gotowa do wyjazdu na studia ;P.


PS I jak zwykle, śmiem twierdzić, że na studiach znajdę więcej czasu na pisanie, niż w domciu ;] 


http://wszystkooszynszylach.blogspot.com/2009_12_01_archive.html
Ostatnio mam problem ze znalezieniem dobrego tytułu i dobrego obrazka. Ostatecznie dodaję bobaska. Szynszylowego, żeby nie było, że zmieniłam zdanie w sprawie dzieci ^^.

2 komentarze:

  1. Wielkie dzięki za pozdrowienia! :D Oczywiście grupa czyta każdą nową notkę na blogu:)Buziaki:*

    OdpowiedzUsuń