...

...
M.

sobota, 1 marca 2014

Cykl Pół Żartem - Pół Serio - O starości ;]


          Ostatnio moja babcia napędziła nam ładnego stracha. Mowa o mojej prawdziwej babci. Nie tej przyszytej ;P. Co jej się dzieje? Ano ma jakieś nagłe ni to omdlenia, ni to śpiączki. Siedzi albo stoi i nagle pada. Jak mucha. A po przebudzeniu nie kontaktuje. Gada od rzeczy, śmieje się, jakby była 80-letnią ćpunką... Powiem szczerze, że trochę mnie to przeraziło… Zdarzyło się to dotychczas dwa razy. I o dwa za dużo. Jakoś niespecjalnie się nią wcześniej zajmowałam, ale teraz postanowiłam ją odwiedzić.
          Tak więc kiedy w piątek rano wróciłam z miasta (biblioteka i nowe książki z serii „Jutro” ;D, odwiedzenie kolegi i wręczenie mu własnoręcznie robionego prezentu - najwięcej radości sprawiła mu chyba czerwona wstążka, którą był przewiązany prezent, no ale... ;P), zadzwoniłam, żeby upewnić się, że babcia jest w domu. Dzwonię raz. Nic. Dzwonię drugi raz. Też nic. W sumie dzwoniłam chyba z cztery razy. Mama, która miała urlop i robiła ciasto na naleśniki, zaczęła podsycać moją wyobraźnię. W końcu mając w głowie wizję babci, leżącej nieprzytomnie na podłodze, złapałam Pedra na smycz jak na lasso i poszłam do jej domu. Zadzwoniłam dzwonkiem i czekałam, nerwowo tupiąc nogami. Naprawdę się martwiłam. Po chwili usłyszałam kroki i babcia otworzyła mi drzwi cała i zdrowa.  Do tego cała w skowronkach, że mnie widzi ;D. Weszłam do środka z ulgą na twarzy. I Pedrem na smyczy ;P.
          Zadzwoniłam do domu i po chwili dołączyła do nas moja mamcia. Ponieważ nie chodzimy do babci za często, była bardzo zadowolona z naszej wizyty. Może nawet w duchu ucieszyła się z tych omdleń, skoro zwabiła nas tym do siebie ;P. Chwilę posiedziałyśmy w kuchni, ale po chwili zaciągnęła nas do pokoju. Nawet Pedrowatemu pozwoliła wejść "na salony". Wyjęła materiałowe przedwojenne serwetki. Zrobiła kawę, herbatę. Przyniosła pączki, owoce. Impreza rodzinna, jak się patrzy ;]. My oczywiście chciałyśmy głównie usłyszeć newsa, co jej się stało. Kiedy, jak, gdzie, jak się czuła, czy była u lekarza itd. I przysięgam – wtedy jeszcze byłam poważna. Cały czas zachowywałam się jak na Grzeczną Wnusię przystało. Moja twarz wyrażała szczere zainteresowanie, a z oczu biła troska,
Babcia rozsiadła się wygodniej i zaczęła opowieść…
 - To było piętnastego lutego. W piątek. O godzinie piętnastej zemdlałam… - zaczęła snuć tonem bajkopisarza.

 Na samym wstępie zachciało mi się parsknąć śmiechem. Tym bardziej, że widziałam minę mamy. Babcia relacjonowała dalej, ciągnąć opowieść, jakby zdawała raport na policji ;P.

 - Wstałam rano. Zjadłam śniadanie. Zażyłam leki. Te, które przypisał mi lekarz rodzinny. Na nadciśnienie. Poszłam na pole wyrzucić wiaderko z odpadkami. Potem zaczęłam cerować koszulę Jasia. Taką flanelową. Czerwoną w kratkę. Z małą kieszonką na piersi. Jasio ostatnio za mocno się przeciągnął i koszula strzeliła. Zrobiła mu się dziura, więc chciałam ją zszyć… - historia babci zaczęła sięgać trzy dni wstecz...

            Niestety w tym momencie już nie wytrzymałam i parsknęłam krótkim, głupawym śmieszkiem. Stłumiłam go nieco ręką (a właściwie pięścią, wsadzoną do gęby), ale na nic się to zdało. Ramiona zaczęły mi zdradziecko podskakiwać, a z gardła wydobywało się lekkie bulgotanie. Babcia zmierzyła mnie spojrzeniem, więc schowałam głupawy uśmieszek za kubkiem herbaty.
- Bierzcie pączki, kochane. Dlaczego nie chcecie jeść? – zachęciła nas, robiąc krótką przerwę w swojej przemowie.
         Mama chwyciła pączka ze szklanej salaterki. Po pierwszym kęsie miała minę, jakby miała dostać nagłych sensacji żołądkowych. Albo jakby ułamała sobie zęba „Twardy jak cholera... (wydaje mi się, że wcale nie miała na myśli cholery ;])” – wyszeptała ze zbolałym grymasem. Ukradkiem zaczęła podkarmiać Pedra pod stołem, robiąc przy tym Najniewinniejszą Minę pod Słońcem. Babcia zdawała się ignorować ten fakt i wciąż mówiła, jak przebiegał dzień piętnastego lutego. A ja siedziałam i się śmiałam ;P.
         Na szczęście zadzwonił telefon, więc poszłam odebrać… Ciocia zza oceanu. Pechowo ominęło mnie to, co najważniejsze – fakty. Suma summarum – babcia ma lekkie niedokrwienie mózgu. Dostała leki i ma czekać na wizytę u neurologa. Moja mama zmyła się szybciej do domu, a ja zostałam jeszcze u babci. Obiecałam jej, że wezmę ją na spacer, bo sama bała się iść. W końcu nie wiadomo, kiedy ją zmorzy, a jakoś nieszczególnie miałam ochotę, żeby wyłożyła się jak długa na chodniku… Spacerowałam więc z nią, trzymając ją pod rękę. Ehhh, ale zapunkciłam, co? ;P. Ale akurat nie przejmowałam się zupełnie, że kuzyn i kuzynka wypomną mi, że jestem Babciną Ulubienicą. Po prostu nie mogłabym jej zostawić samej. Czasem odzywa się we mnie altruizm ;P. Jestem rozpieszczoną egoistką, ale nie do szpiku kości ;) Najgorsze było to, że babcia  wcisnęła mi w dłonie sztywny od nowości banknot.
- To na studia – powiedziała, a mi zrobiło się gorąco.
        Merde. Tyle razy robiłam sobie z niej żarty i żarciki, twierdząc, że niemalże głoduję na studiach. Tyle razy skarżyłam się, że nigdy nie wspiera nas - wnuków finansowo, choć wie, ze studia kosztują. Tyle razy nabijałam się z niej, że jest  skąpa. A ona mi teraz wyskakuje z kasą? I to wtedy, kiedy ja najzupełniej w świecie chciałam jej pomóc? Pójść, pogadać, wesprzeć… Kurczę. Jeszcze nigdy tak gorąco nie wzbraniałam się przed  przyjęciem pieniędzy. I jeszcze nigdy nie paliły mnie w dłonie jak tego dnia.
          Oczywiście babcia i tak mnie parę razy musiała wkurzyć ;P. Pytała, czy chodzę z W. do kościoła (nie, o czystość przedmałżeńską nie pytała. Dla niej chyba było oczywiste to, że jestem dziewicą…). Jak zawsze denerwowała mnie mówiąc, że mam „ładne papulki”, tak tym razem obrała inną taktykę. „Zeszczuplałaś. Może powinnaś zacząć jeść słodycze i mięsko” - stwierdziła, lustrując mnie z góry na dół (nie wiem, gdzie ona to "zeszczuplenie" widziała. Chyba w biuście ;/) . Z tego wynika, że dalej jest czepialska i ciekawska. Ale i tak troszkę zmieniłam swoje nastawienie do niej ;).
           Jaki jest finał tej historii? Po pierwsze – boję się starości. Niedołężności, bezradności i zależności od kogoś. Boję się dziecinnienia z wiekiem. Boję się tego, że zrobię się wredna (bardziej niż jestem ;P) i zdewociała. Ale spoko. Nie mam nawet ćwierć wieku, więc jeszcze trochę życia przede mną ;P. Najwyżej potem będę zatruwać życie dzieciom i wnukom (jeśli się ich doczekam ;P).
          Najgorsze jednak jest to, że zdałam sobie z czegoś sprawę ;P. Nawet nie z tego, że powinnam częściej odwiedzać babcię (nie, nie dla kasy :D). Nawet nie mam na myśli szacunku do starszych (bo to się rozumie samo przez się). Najbardziej przeraża mnie to, że właśnie dotarło do mnie, że jestem taką samą gadułą jak babcia ;P. Że pierdzielę same głupoty. Zdaję Wam relacje z przebiegu mojego dnia. Piszę, co mi ślina na język przyniesie. I nawijam jak potłuczona. OMG ;P. Niestety wcale nie powstrzymuje mnie to przed gadaniem. I pisaniem też ;D. Więc jestem równie niereformowalna, jak moja babcia... ;P.

PS Przyrzekam solennie, że postaram się:
- okazywać więcej życzliwości dla osób starszych (nawet dewotek),
- pisać krótsze posty (może za to częściej będę je dodawać ;]),
- mniej gadać ;].

http://wkurzanie.pl/2013/07/26/powymieramy/


1 komentarz: