...

...
M.

wtorek, 6 maja 2014

Za...ziąbisty ziąb ;P ;]



             Rzeszów przywitał mnie zimnym mieszkaniem, zimną łazienką i zimnem na zewnątrz. Brrr… To ciekawe. Zima była można by rzec ciepła. Nie pamiętam, żeby mróz utrzymywał się jakoś specjalnie długo. Święta wcale nie były białe. No i przez cały sezon grzewczy było tak ciepło, że zarówno ja, jak i moja współlokatorka, spałyśmy tylko pod kocami. Teraz przeprosiłyśmy się z kołdrą. Ba – z kołdrą, kołderką i kocem – w moim przypadku, z kołdrą i dwoma kocami w przypadku J. ;P. Gdybyśmy miały pierzyny, pewnie też zrobiłybyśmy z nich użytek. Śniadanie jadłam w dresach naciągniętych na piżamę, okudana w szlafrok i owinięta w  koc. Ledwo byłam w stanie wyciągać ręce, żeby wkładać jedzenie do ust. Siedząc przy biurku, owijam się zwojami koca. Na szczęście kocyk jest w kolorowe groszki, więc nie wyglądam jak Arabka. No i głowy też nie zakrywam, żeby J. nie pomyślała, że całkiem ześwirowałam.
            Pogoda na zewnątrz trochę się poprawiła i jest już w miarę słonecznie. Nie oznacza to jednak, że jest ciepło i wciąż nie rozstaję się ani z bluzą ani z wiatrówką, patrząc jak na wariatów na ludzi, którzy paradują w krótkich rękawkach… Wczoraj chciałam pobiegać. Dla rozgrzewki, dla formy. Niestety po zrobieniu małego kółka po parku, straciłam czucie w stopach i zaczęło boleć mnie gardło. Pobiegłam jeszcze kawałek, ale czułam taki sakramencki chłód, że nie dałam rady. Powietrze było tak przenikliwie zimne, jakby miało sypnąć śniegiem albo zmrozić naszą planetę (Może nie powinnam była oglądać „Pojutrze” . Teraz będę sobie wkręcać Bóg wie co). Nie dokończywszy przebieżki, wróciłam do mieszkania z podkulonym ogonem. Tzn. właściwie to podkuliłam nogi (pod kocem, tradycyjnie) i wlewałam w siebie ciepłego rooibosa, siedząc na łóżku.
            Kąpiel też była średnio fajna. Woda, choć gorąca, nie dawała ciepła, bo w łazience było zimno jak w psiarni. Nie jestem zmarzluchem. Lubię mieć w pokoju tak do 17-18 stopni. Wtedy czuję się najlepiej. Jak ćwiczę, może być nawet 15. Ale teraz jest taki chłód, że musiałabym ćwiczyć non stop, żeby nie przymarzać do krzesła. Jeszcze trochę, a zacznę widzieć wydychane obłoczki pary. Dobrze, że mam szafkę pełną różniastych herbat. Dzięki temu co chwilę odpalam czajnik i zaparzam nowy gorący napój, na którym grzeję gardło i ręce.
            A poza zimnem? Wczoraj chciałam umówić się na wizytę do chirurga naczyniowego. Jednak nie będę czekać do stycznia… I nie chodzi bynajmniej o to, że znamię pogrubia mi udo (^^), a o to, że często jest tkliwe i bolesne… Wykręcałam raz po raz numer kliniki, ale za cholerę nie mogłam się dodzwonić. Kiedy mi się udało, wredna pani powiedziała równie wrednym głosikiem, że „Rejestracja jest czynna od dziewiątej do piętnastej”. Wrrr… Skoro już odebrała to chyba mogła mnie umówić, czy nie? ;P. Zwłaszcza, że było tuż po trzeciej… ;/. I mogła też być ciut milsza. W końcu płacą jej za to, że odbiera telefony i umawia ludzi.... Nie cierpię osób, które warczą na klientów. Wyrzuciłabym takiego pracownika i przyjęła kogoś, kto będzie wdzięczny, że pracuje ;]. Gdyby chodziło o coś innego, dawno zabrałabym wiaderko i poszła się bawić od innej piaskownicy, ale nie będę jeździć po mieście, szukając odpowiedniej kliniki, skoro mam ją prawie vis a vis miejsca zamieszkania… Dziś pofatygowałam się i poszłam tam osobiście. Na szczęście w rejestracji była inna kobieta, w dodatku strasznie miła. Jak powiedziała mi, że wizyta z USG kosztuje 240 zł, to mało nie spadłam z wrażenia, ale jak mrugnęła i podała mi namiary do „ludzkiego” lekarza, który tak nie zdziera, poczułam się trochę lepiej.
            Dziś miałam prezentację na angielskim i oprócz tego, że trzęsły mi się ręce i plątał mi się jęzor, było całkiem okej ;). Dziewczynom chyba najbardziej podobało się to, że zamiast pytań do dyskusji, puściłam im teledysk „Happy Rzeszów” . Zrobiło się dość wesoło i powiało optymizmem, więc osiągnęłam swój efekt. O czym mogłabym mówić, jak nie o tym, żeby dużo się śmiać, cieszyć się z małych rzeczy i być optymistą?. Optymistyczne dziś było też to, że wymieniłam sobie słodkości i uprzejmości z portierem i panią z Dziekanatu (niewiarygodne, ale na mojej uczelni jest bardzo miła, bardzo konkretna i bardzo poinformowana pani) i zgrzeszyłam szarlotką z rabarbarem. Ale to tylko dlatego, że lustro w przymierzalni było jakieś korzystne i wyglądałam w nim całkiem całkiem, więc mogłam się skusić. No i W. nawinął mi na uszy tę szarlotkę przez weekend, co poskutkowało tym, że idąc koło kawiarni prawie ośliniłam drzwi, zza których pachniało cukrem i cynamonem.



PS Teraz będę musiała wykazać się silną wolą, przechodząc koło kawiarenki, gdzie czekają jeszcze muffinki z truskawkami, śliwką, jabłkami i orzechami… Tfu. Co ja mówię… Teraz to muszę zmobilizować pupsko, żeby biegać ;P.
http://milosc-w-naszych-czasach-nie-istnieje.bloog.pl/?smoybbtticaid=612ad5




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz