...

...
M.

piątek, 27 czerwca 2014

Księżniczka na ziarnku grochu ;D




Ups.
Chyba mam małe zaległości ;P.
Chciałabym Wam opisać, co robiłam podczas weekendu, jak spędziłam ostatni tydzień w Rzeszowie i jak mija mi czas w domu, ale zamiast tego opiszę, co obecnie mnie przytłacza. Pewnie nie zgadniecie, o co chodzi, bo... Przytłacza mnie nadmiar rzeczy ;D.

         Przez 10 miesięcy mieszkałam cztery dni w Rzeszowie, trzy dni w Lesku. Pomijając pomieszkiwanie u chłopaka… W każdym razie – większość rzeczy musiałam mieć razy dwa, o ile nie razy trzy.
Teraz, kiedy wróciłam już do domu, nagle okazało się, że mam:
- 2 duże, 3 średnie i 2 małe poduszki (i wszystko to muszę jakoś pomieścić na małym, wąskim łóżku),
- cztery kocyki + kołdrę + kołderkę, (jak wyżej)
- 8 i pół półek książek (moje, pożyczone, do artykułów, do pisania pracy),
- kuferek i dwa materiałowe pojemniki na bieliznę, wypełnione dodatkami tj. torebki, stopki, chustki, apaszki etc,
- cztery tekturowe pudełka pełne szpargałów (pamiątki, pierdoły, pierdoły, pamiątki),
- pięć szafek ciuchów (i nie wiem, gdzie wcisnę te, które się obecnie piorą…),
- cztery pudełka kolczyków (nie mam siły policzyć ile jest par ;D),
- masę kosmetyków, których nie wiem gdzie mam włożyć,
- mnóstwo pierdół przyczepionych do tablicy korkowej (no bo przecież mądra M. musiała wszystko uwieczniać, zbierać bileciki, kolekcjonować pamiątki z miejsc gdzie była itp…).
O, i jeszcze trzy kubki wypełnione długopisami ;D. Także nie będę cierpieć z powodu braku czegoś do pisania ;D.

        Ogólnie nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie to, że w moim pokoju (który jest dość duży) ciężko jest to wszystko upchnąć… Mimo, że jestem roztrzepana, lubię mieć porządek na półkach z ciuchami. Lubię, kiedy ubrania są poukładane i posortowane (ładne, lubiane, powycierane, po domu, do ćwiczeń…). Ale gdy jest ich za dużo, ciężko jest nad nimi zapanować. Podobnie poduszki, które poukładałam na łóżku i które wyglądają jak Stos Do Sprawdzania Prawdziwości Księżniczek (pamiętacie bajkę o ziarnku grochu pod stosem materacy???). Z tego wszystkiego nie wiem czy ja sama zmieszczę się na łóżku przez te wszystkie poduchy i koce… ;D. A jeśli się zmieszczę, pewnie obudzę się w nocy przygnieciona poduchami z poczuciem, że ktoś mnie dusi ;P.
       Mimo, że wysprzątałam pokój, pozamiatałam podłogę, na której Borys porozsypywał żarcie i powiesiłam Pana Czerwca na ścianie (^^), mam wrażenie bałaganu, bo wiem, co kryje się za tymi pudełkami, pudełeczkami i zamkniętymi drzwiami szafek.
Nie odważyłam się jeszcze zrobić porządku z notatkami. Pochowałam je do zamykanej szafki (nie widzę – nie martwię się, co z nim zrobić), więc na tę chwilę jeden problem mniej ;D. Ale przecież w końcu muszę otworzyć szafę i zmierzyć się z ogromem kartek, plików, kserówek i zeszytów. Ojoj ;D. Już mi się słabo robi na samą myśl :D

PS A tak w ogóle – mam już wakaaaacje!!! ^^ ;] Będę miała czas zastanowić się, co zrobić z tą masą klamotów… :D. Udanego wypoczynku Wam życzę ;D ;].

http://variart.org/galeria/529-martach/59336-ksi%C4%99%C5%BCniczka_na_ziarnku_grochu.htm

środa, 25 czerwca 2014

Długo, rozwlekle i meeega sentymentalnie o...



... wyprowadzce z Rzeszowa :(.
         Pakuję się. Powoli chowam do pudeł żelazko (nigdy go nie użyłam, korzystając z żelazka J., które w przeciwieństwie do mojego nie przypala), stos Shape'a i Cosmopolitan'a (trzymane na regale z myślą o nudnych wykładach), książki, ciuchy i kurtki (jeszcze z wiosny). Naprawdę już się wyprowadzam? Naprawdę to koniec mieszkania na stancji?
        Szkoda. Polubiłam to mieszkanie. Polubiłam te odrapane szare ściany budynku. Tę kapliczkę przed domem, z której śmiałam się, że kamieniczka wygląda przez nią jak dormitorium szkoły katolickiej. Te ciężkie, wąskie drzwi, które uniemożliwiają kulturalne puszczanie ludzi przodem, bo żeby w nie wejść, trzeba na nie mocno naprzeć biodrem… Starodawne klucze, którymi wieczorami usiłuję wcelować do dziurki, jak wracam zziajana z biegania (po 10 miesiącach bezbłędnie trafiam po ciemku). Duży przedpokój, na którego widok wszyscy, którzy nas odwiedzają mówią „Łaaał. Ale dużo miejsca!”, i w którym jest więcej butów niż u wielodzietnej rodziny (cztery pory roku, sześć dziewczyn: jedna biegająca, dwie strojące się, jedna która dużo chodzi, dwie, które rzadko jeżdżą do domu, jedna, która jeździ często, ale za to ciągle dowozi coś nowego, dwie, które ciągle mają gości, jedna, która ma bzika na punkcie kapci… Proste rachunki, prawda?). Przestronną kuchnię, w której często ktoś akurat je/uczy się/pije kawę/przyjmuje gości. 
Na ścianie wisi obraz z martwymi bażantami, z wysokiego na 3 metry sufitu zwisa cienka pajęcza nić, zegar ma dziwne właściwości natrętnego przyciągania wzroku, a przy stole stoi kilka krzeseł każde z innej parafii, ale i tak jest super ;P.
            No i Mój Pokój. Nasz pokój. Mój i J. Wielki. Jasny. Z wiekowym kaflowym piecem. Z nowymi oknami. Z jasnymi sosnowymi biurkami i starymi kanapami z naciągniętymi sprężynami. Z przedpotopową szafą, w drzwiach której od października tkwi zwinięty świstek papieru, bo kiedy go nie ma, szafa otwiera się na oścież ze skrzypieniem jak w horrorze. Lubię nawet ten charakterystyczny zapach starych mebli, którym przesiąkają ciuchy, niezależnie od ilości zapachowych saszetek wetkniętych między bluzki i legginsy. Dywan z dziwnymi wzorami, które wyglądają jak macki ośmiornicy/wyciągnięte ręce egipskich służących albo plemniki pędzące jajowodem (zależnie od płci, wieku, wyobraźni i stopnia trzeźwości patrzącego). Wyblakłą żółć ścian. Nasz kalendarz z przystojniakami (Pan Czerwiec prezentuje się nienagannie ze swoim nagim torsem skropionym artystycznie wodnymi kropelkami ;D ;D ;D). Plakat z koalami (żeby nie było, że tylko półnadzy faceci okupują nasze ściany…). Nasze biurka, opanowane przez zakreślacze, karteczki, zeszyty i książki. Moje zapadnięte gdzieś w połowie łóżko, na którym zawsze oglądamy z J. filmy, aż w końcu padniemy ze zmęczenia. 
         Szmery ulicy, kiedy otworzymy okno i ciszę, kiedy je zamkniemy. Miłych właścicieli. Pięć współlokatorek. Lodówkę, w której muszę szukać swojego ogórka wśród trzech innych ogórków i lokalizować beztłuszczowe jogurty w całej gamie produktów nabiałowych. Spiżarki, gdzie trzymam owoce, bo w lodówce się nie mieszczą. Szafki z jedzeniem, w której mam odwieczny bałagan. Toalety, gdzie wiecznie brakuje papieru, bo nikt nigdy nie wie, czyja jest kolejka z kupowaniem. Łazienki z tymi starymi brzydkimi płytkami i masą dziewczyńskich mazideł na półce. Starszego, skrzeczącego pana z góry, który czasem przynosi nam pocztę. Parku za kamienicą, gdzie przechodziłam już chyba każdą alejką. Targu blisko mojej ulicy, gdzie zawsze są świeże warzywa i owoce. Galerii, do której chodziłam na sorbety za każdym razem, kiedy łapało mnie gardło. Basenu, do którego mam dwa kroki, a na którym byłam raz, bo przez dziesięć miesięcy nie zsynchronizowałyśmy z J. swoich cykli i zawsze któraś „nie mogła”. Sąsiadek z Ukrainy, z którymi dzielimy balkon i z którymi zwykle wymieniałyśmy się zdawkowym "Cześć, co słychać?".
         Będzie mi brakowało tego widoku z okna, nocnych pokrzykiwań podpitych studentów, wracających z imprezy, dziwnych wibracji, dochodzących z piwnicy, kiedy ćwiczyłam na karimacie, późnych powrotów skądś i kładzenia się do łóżka z myślą „Jak dobrze w domu”, porannego wstawania, kiedy promienia wciskały się pod powieki mimo zasuniętych zasłon… Spotykania w łazience kilku dziewczyn i grupowe mycie ząbków/ rąk jak w przedszkolu. Rozmów w kuchni, prowadzonych do późnych godzin wieczornych, kiedy znalazłyśmy wspólny temat i nabrałyśmy pary w płuca. Wpadania do mieszkania między zajęciami, żeby chapsnąć coś do jedzenia, wziąć zeszyt/indeks/książkę na nudne wykłady… Dreptania na zajęcia w mgliste poranki/przez poprószone śniegiem chodniki/w porannym słońcu/męcząc się z parasolką, wyginaną przez wiatr/biegnąć dwie minuty przed rozpoczęciem zajęć...
         Wszystko to tylko chwile. Momenty. Szczegóły dnia codziennego.
Kurczę. Tylu rzeczy, tylu pierdół będzie mi brakowało... Tyle rzeczy nie zdążyłyśmy zrobić z J.. Teraz śmieję się, bo nie ma dnia, żeby J. nie mówiła „kiedyś zrobimy Coś Tam”. Kiedyś pójdziemy na babeczki i mrożoną kawę do „Ach te baby”. Kiedyś pójdziemy do Parku Linowego. Kiedyś wypijemy razem jakieś %.  Kiedyś pójdziemy zrobić sobie serię głupich zdjęć do specjalnego boksu w Galerii. Kiedyś pójdziemy na ściankę wspinaczkową. Kiedyś pójdziemy na kręgle. Kiedyś pójdziemy na imprezę.
A już prawdziwym hitem jest „Kiedyś pooglądamy…”. ;P.         
W ciągu tego roku obejrzałam więcej filmów niż w ciągu całego życia :D. I przeczytałam najmniej książek ;). Dlaczego? Teraz więcej piszę, niż czytam. No a piszę w pojedynkę, więc wizja wspólnego oglądania i komentowania akcji brzmi ciekawiej niż siedzenie z nosem w książce. Nie jestem aż takim dziwadłem, żeby się całkiem izolować od ludzi ;P.
        J. jedzie w październiku na Erasmusa. Do Bułgarii. Zazdroszczę jej, choć wiem, że sama też bym pojechała na jej miejscu. Mam nadzieję, że nasze drogi się nie rozejdą i że będziemy miały kontakt. Zżyłam się z nią jak z siostrą i nie chciałabym stracić tej przyjaźni ;]. Czy będę miała kontakt z pozostałymi dziewczynami z mieszkania i uczelni? Nie wiem. Może dzięki fb i komórce tak. 
Obiecujemy sobie z J., że będziemy się odwiedzać. Że będziemy spotykać się w Rzeszowie nawet, kiedy będziemy już pracować. Oby się to sprawdziło ;). Póki co dużo rozmawiamy, śmiejemy się i wygłupiamy. Wprawdzie J. ma dziś jeszcze ostatni egzamin, co nie przeszkodziło nam w poniedziałkowym szaleństwie, kiedy to nagrywałyśmy filmiki i robiłyśmy masę zdjęć, na których wygłupiamy się, śmiejemy i przebieramy jak dzieci, które pod nieobecność mamy zrobiły sobie pokaz, wyciągając z jej szafy suknie, szale i kapelusze ;].



PS A teraz kończę, bo trzeba pozałatwiać parę ostatnich spraw, tj. czyszczenie lodówki, pakowanie kosmetyków i reszty szpargałów, które są jeszcze pochowane w różnych częściach mieszkania... Tylko dlaczego nagle przestałam lubić pakowanie...?


http://sloneczneniezapominanie.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

czwartek, 12 czerwca 2014

Po(d)pisy nad ranem ;]




Życie nigdy nie przestanie mnie zadziwiać ;P. 

Dlaczego po bieganiu (i to dość intensywnym...) nie czułam żadnego bólu, napięcia mięśni, zakwasów, a dzień później poszłam z J. na długi spacer – i dziś dość mocno bolą mnie łydki?  

Dlaczego mimo, że wczoraj długo spałam w ciągu dnia, zasnęłam od razu, kiedy tylko wskoczyłam w piżamkę, skoro zwykle mam kłopoty, żeby odpłynąć? 

Dlaczego skoro obudziłam się o czwartej rano i rozmawiałam ze współlokatorką z otwartymi oczami, nie pamiętam NIC z tego wydarzenia? (J. otwierała okno, a ja rzekomo pytałam „A byłaś po podpis?”) ;D ;D ;D.

Dlaczego mimo, że obudziłam się po piątej i nie mogłam sobie znaleźć miejsca, o siódmej wstałam pełna sił i energii i nie było po mnie widać tego, że spędziłam dwie godziny na bezowocnym kręceniu się w pościeli?

Dlaczego niechętnie siadałam do pisania artykułów, a jak już usiadłam, naciachałam dwa i to całkiem porządne? Może nie takie na trzy strony, ale całkiem w porządku ;). 

Dlaczego jak piszę, prawie nigdy nie czuję głodu? Dopiero, kiedy popatrzę na zegarek i policzę sobie, od ilu godzin nie podnosiłam poziomu cukru we krwi, idę do kuchni coś przekąszać? ;].

Dlaczego piszę o takich pierdołach, skoro miałam pisać o czymś innym, tylko zawsze, kiedy chcę wyrzucić z siebie coś głębszego i intymniejszego, zaczynam się wahać?

I wreszcie - dlaczego czasami myśli, które mamy w nocy, i które wtedy wydają nam się takie genialne, tracą sens wraz z pierwszymi promieniami porannego słońca?
Dlaczego w nocy silnie sobie coś postanawiamy, a rano uznajemy, że to za trudne, za skomplikowane, nie warte naszego wysiłku?
Dlaczego boimy się coś robić? Walczyć o swoje? Zbuntować się i zrobić coś, żeby było lepiej?
Aaach… ;P

PS Okej. Idę się pakować.... Może przynajmniej przestanę myśleć o głupotach, kiedy będę się skupiać, żeby zabrać emulsję do twarzy, trampki i nowe bluzeczki ^^.

http://www.biomedical.pl/kobieta/zadbaj+o+siebie+i+badz+piekna_152,1050/