...

...
M.

środa, 25 czerwca 2014

Długo, rozwlekle i meeega sentymentalnie o...



... wyprowadzce z Rzeszowa :(.
         Pakuję się. Powoli chowam do pudeł żelazko (nigdy go nie użyłam, korzystając z żelazka J., które w przeciwieństwie do mojego nie przypala), stos Shape'a i Cosmopolitan'a (trzymane na regale z myślą o nudnych wykładach), książki, ciuchy i kurtki (jeszcze z wiosny). Naprawdę już się wyprowadzam? Naprawdę to koniec mieszkania na stancji?
        Szkoda. Polubiłam to mieszkanie. Polubiłam te odrapane szare ściany budynku. Tę kapliczkę przed domem, z której śmiałam się, że kamieniczka wygląda przez nią jak dormitorium szkoły katolickiej. Te ciężkie, wąskie drzwi, które uniemożliwiają kulturalne puszczanie ludzi przodem, bo żeby w nie wejść, trzeba na nie mocno naprzeć biodrem… Starodawne klucze, którymi wieczorami usiłuję wcelować do dziurki, jak wracam zziajana z biegania (po 10 miesiącach bezbłędnie trafiam po ciemku). Duży przedpokój, na którego widok wszyscy, którzy nas odwiedzają mówią „Łaaał. Ale dużo miejsca!”, i w którym jest więcej butów niż u wielodzietnej rodziny (cztery pory roku, sześć dziewczyn: jedna biegająca, dwie strojące się, jedna która dużo chodzi, dwie, które rzadko jeżdżą do domu, jedna, która jeździ często, ale za to ciągle dowozi coś nowego, dwie, które ciągle mają gości, jedna, która ma bzika na punkcie kapci… Proste rachunki, prawda?). Przestronną kuchnię, w której często ktoś akurat je/uczy się/pije kawę/przyjmuje gości. 
Na ścianie wisi obraz z martwymi bażantami, z wysokiego na 3 metry sufitu zwisa cienka pajęcza nić, zegar ma dziwne właściwości natrętnego przyciągania wzroku, a przy stole stoi kilka krzeseł każde z innej parafii, ale i tak jest super ;P.
            No i Mój Pokój. Nasz pokój. Mój i J. Wielki. Jasny. Z wiekowym kaflowym piecem. Z nowymi oknami. Z jasnymi sosnowymi biurkami i starymi kanapami z naciągniętymi sprężynami. Z przedpotopową szafą, w drzwiach której od października tkwi zwinięty świstek papieru, bo kiedy go nie ma, szafa otwiera się na oścież ze skrzypieniem jak w horrorze. Lubię nawet ten charakterystyczny zapach starych mebli, którym przesiąkają ciuchy, niezależnie od ilości zapachowych saszetek wetkniętych między bluzki i legginsy. Dywan z dziwnymi wzorami, które wyglądają jak macki ośmiornicy/wyciągnięte ręce egipskich służących albo plemniki pędzące jajowodem (zależnie od płci, wieku, wyobraźni i stopnia trzeźwości patrzącego). Wyblakłą żółć ścian. Nasz kalendarz z przystojniakami (Pan Czerwiec prezentuje się nienagannie ze swoim nagim torsem skropionym artystycznie wodnymi kropelkami ;D ;D ;D). Plakat z koalami (żeby nie było, że tylko półnadzy faceci okupują nasze ściany…). Nasze biurka, opanowane przez zakreślacze, karteczki, zeszyty i książki. Moje zapadnięte gdzieś w połowie łóżko, na którym zawsze oglądamy z J. filmy, aż w końcu padniemy ze zmęczenia. 
         Szmery ulicy, kiedy otworzymy okno i ciszę, kiedy je zamkniemy. Miłych właścicieli. Pięć współlokatorek. Lodówkę, w której muszę szukać swojego ogórka wśród trzech innych ogórków i lokalizować beztłuszczowe jogurty w całej gamie produktów nabiałowych. Spiżarki, gdzie trzymam owoce, bo w lodówce się nie mieszczą. Szafki z jedzeniem, w której mam odwieczny bałagan. Toalety, gdzie wiecznie brakuje papieru, bo nikt nigdy nie wie, czyja jest kolejka z kupowaniem. Łazienki z tymi starymi brzydkimi płytkami i masą dziewczyńskich mazideł na półce. Starszego, skrzeczącego pana z góry, który czasem przynosi nam pocztę. Parku za kamienicą, gdzie przechodziłam już chyba każdą alejką. Targu blisko mojej ulicy, gdzie zawsze są świeże warzywa i owoce. Galerii, do której chodziłam na sorbety za każdym razem, kiedy łapało mnie gardło. Basenu, do którego mam dwa kroki, a na którym byłam raz, bo przez dziesięć miesięcy nie zsynchronizowałyśmy z J. swoich cykli i zawsze któraś „nie mogła”. Sąsiadek z Ukrainy, z którymi dzielimy balkon i z którymi zwykle wymieniałyśmy się zdawkowym "Cześć, co słychać?".
         Będzie mi brakowało tego widoku z okna, nocnych pokrzykiwań podpitych studentów, wracających z imprezy, dziwnych wibracji, dochodzących z piwnicy, kiedy ćwiczyłam na karimacie, późnych powrotów skądś i kładzenia się do łóżka z myślą „Jak dobrze w domu”, porannego wstawania, kiedy promienia wciskały się pod powieki mimo zasuniętych zasłon… Spotykania w łazience kilku dziewczyn i grupowe mycie ząbków/ rąk jak w przedszkolu. Rozmów w kuchni, prowadzonych do późnych godzin wieczornych, kiedy znalazłyśmy wspólny temat i nabrałyśmy pary w płuca. Wpadania do mieszkania między zajęciami, żeby chapsnąć coś do jedzenia, wziąć zeszyt/indeks/książkę na nudne wykłady… Dreptania na zajęcia w mgliste poranki/przez poprószone śniegiem chodniki/w porannym słońcu/męcząc się z parasolką, wyginaną przez wiatr/biegnąć dwie minuty przed rozpoczęciem zajęć...
         Wszystko to tylko chwile. Momenty. Szczegóły dnia codziennego.
Kurczę. Tylu rzeczy, tylu pierdół będzie mi brakowało... Tyle rzeczy nie zdążyłyśmy zrobić z J.. Teraz śmieję się, bo nie ma dnia, żeby J. nie mówiła „kiedyś zrobimy Coś Tam”. Kiedyś pójdziemy na babeczki i mrożoną kawę do „Ach te baby”. Kiedyś pójdziemy do Parku Linowego. Kiedyś wypijemy razem jakieś %.  Kiedyś pójdziemy zrobić sobie serię głupich zdjęć do specjalnego boksu w Galerii. Kiedyś pójdziemy na ściankę wspinaczkową. Kiedyś pójdziemy na kręgle. Kiedyś pójdziemy na imprezę.
A już prawdziwym hitem jest „Kiedyś pooglądamy…”. ;P.         
W ciągu tego roku obejrzałam więcej filmów niż w ciągu całego życia :D. I przeczytałam najmniej książek ;). Dlaczego? Teraz więcej piszę, niż czytam. No a piszę w pojedynkę, więc wizja wspólnego oglądania i komentowania akcji brzmi ciekawiej niż siedzenie z nosem w książce. Nie jestem aż takim dziwadłem, żeby się całkiem izolować od ludzi ;P.
        J. jedzie w październiku na Erasmusa. Do Bułgarii. Zazdroszczę jej, choć wiem, że sama też bym pojechała na jej miejscu. Mam nadzieję, że nasze drogi się nie rozejdą i że będziemy miały kontakt. Zżyłam się z nią jak z siostrą i nie chciałabym stracić tej przyjaźni ;]. Czy będę miała kontakt z pozostałymi dziewczynami z mieszkania i uczelni? Nie wiem. Może dzięki fb i komórce tak. 
Obiecujemy sobie z J., że będziemy się odwiedzać. Że będziemy spotykać się w Rzeszowie nawet, kiedy będziemy już pracować. Oby się to sprawdziło ;). Póki co dużo rozmawiamy, śmiejemy się i wygłupiamy. Wprawdzie J. ma dziś jeszcze ostatni egzamin, co nie przeszkodziło nam w poniedziałkowym szaleństwie, kiedy to nagrywałyśmy filmiki i robiłyśmy masę zdjęć, na których wygłupiamy się, śmiejemy i przebieramy jak dzieci, które pod nieobecność mamy zrobiły sobie pokaz, wyciągając z jej szafy suknie, szale i kapelusze ;].



PS A teraz kończę, bo trzeba pozałatwiać parę ostatnich spraw, tj. czyszczenie lodówki, pakowanie kosmetyków i reszty szpargałów, które są jeszcze pochowane w różnych częściach mieszkania... Tylko dlaczego nagle przestałam lubić pakowanie...?


http://sloneczneniezapominanie.blogspot.com/2013_02_01_archive.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz