...

...
M.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Super Kochanka, góry i pianka ;]



       Po minionym weekendzie wiem, że gdyby ktoś ogłaszał konkurs na Super Kochankę, mogłabym śmiało wziąć udział w konkurencji „Odgłosy”.
Od wczoraj jestem bowiem specjalistką w jęczeniu.
Jojczę rano i wieczorem.
I to nawet zanim się mnie dotknie.
Taka to jestem mega czuła…
O tym, że właśnie siedzę przed laptopem cała w białej pianie nie wspominając. No a faceci podobno lubią eksperymenty z pianką… Tylko nie wiem, czy z taką niezjadliwą z puszki z napisem „Panthenol” też… 

Masakra! ^^

        Zdajecie sobie sprawę, jak bardzo jestem spieczona przez bieszczadzkie słońce, skoro z tego wszystkiego aż mi pada na mózg? ;P. A poza głową… Barki, ramiona, kawałek karku i mały fragment pleców to jedna wielka tragedia. Skóra jest czerwona i rozogniona, co nadaje mi wygląd raka ugotowanego w restauracji, specjalizującej się w owocach morza…. A ból i pieczenie powoli doprowadzają mnie już do szału.
          Od wczoraj spróbowałam już chyba wszystkich możliwych pozycji. Pozycji pt. „JakLeżećNaŁóżkuŻebyNieOcipiećINieZagryźćPołowyDomowników”. A wieczorem miałam gorączkę. Telepało mną jak osiką, a zęby szczękały jak zwariowane. Noc też nie należała do najciekawszych. Ani jak leżeć, ani jak siedzieć ani jak wisieć. Tzn. z wiszeniem nie próbowałam, bo to wyglądałoby na próbę samobójczą, a przecież chcę dostać się do Policji… Dylemat życiowy wczorajszego wieczoru brzmiał „Założyć piżamę czy spać nago? Nakryć się kołdrą, kocem czy niczym?”„A może lepiej zamiast męczyć się w łóżku, wskoczę do wanny?” Chłodna porcelana, zimna woda, łagodzące mleczko… Uh… Na szczęście zanim wprowadziłam swoje zamiary w cel, udało mi się zasnąć.
       Teraz za to paraduję po domu w białej prześwitującej sukience. Biel lekkiego wdzianka eksponuje piekielną czerwień oparzonej skóry. Tzn. czerwień tę regularnie tłumię lekką, wspomnianą już pianką i mleczkiem „SOS Oparzenia”. Czerwone fragmenty ciała są gorące nawet dziś, dobę po wycieczce w góry. No bo to właśnie z gór pochodzi ta „opalenizna”. A tfu ;P. „Opalenizna” to zakazane słowo. Podobnie jak smażing, plażing i opalażing ;P. I jeszcze „słońce”. To też już jest słowo tabu. Nie używać go przy mnie ;P.
        Solennie przyrzekam, że nigdy więcej nie udam się na pieszą wycieczkę w góry bez koniecznego zabezpieczenia w formie dobrego kremu z filtrem, czapki i okularów przeciwsłonecznych ;P. 

        Ale przy okazji nadmienię też, że na Połoninie Caryńskiej było suuuper!;P. Ogólnie ten weekend był świetny. Mówiłam ostatnio, że wybieram się na wycieczkę z dziewczynami ze studiów, prawda? No to melduję, że już wróciłam. Cała, zdrowa i... spalona ;P. Ale weekendzik był fajny. Oprócz dziwnego smrodku (kapusty? starych mebli?) w pokoju i byle jakich pryszniców, schronisko było całkiem spoko. Popołudnie spędzone nad strumykiem (do którego nie wlazłam, bo bałam się przeziębić przeziębiony już organizm ;P) też było cudne ;). Piwka wprawdzie nad wodą nie piłam (leki, leki… ;/), ale wcinałam za to płaszczakowate brzoskwinie i jabłka, więc przy takim słońcu mogły mi sfermentować w brzuchu, zapewniając fazę jak po Reddsie ;P. Wieczór spędzony przy grze Alias Party i lokalnym winku wymieszanym z bąbelkową wodą mineralną (ajj, bo to już było po trzykrotnej dawce leków, więc mogłam co nieco skonsumować ;P) też należał do udanych. No i na koniec noc spędzona w asyście trzech koleżanek i myszki buszującej za ścianą. Przy czym myszka wcale nie była owocem bujnej wyobraźni i wypitego alkoholu ;P.
          W niedzielę z kolei wybrałyśmy się zdobywać szczyty i powiem szczerze, że to „szczytowanie” podobało mi się, jak nie wiem co ^^. Wdrapywałam się dzielnie, nie dając się zostawić w tyle, a wręcz – przodując ;P. Szczególnie upodobałam sobie wspinaczkę po wielkich kamieniach i po schodach w lesie, bo nie od dziś wiadomo, że mam małpie zapędy i lubię się wdrapywać w różne dziwne miejsca ;). Ogólnie Połonina była całkiem łatwa. Nie czułam się jakoś wybitnie zmęczona. No, może na początku upał i ciśnienie dawały się we znaki, ale później było już z górki ;P.
        Na miłe zwieńczenie pobytu w Wetlinie nabyłam dwie pary kolczyków – drewniane koty ze spiralnie zakręconymi ogonami i bardzo realistyczne szklaneczki z Mojito ;P. Tzn. w sumie podejrzewam, że to szklanki z wodą, miętą i cytryną, ale i tak są boskie ;P. A zawartość szklaneczki można sobie dowolnie interpretować ;D ;D ;D. 

A teraz?

         Cóż… Nie zamierzam wyściubiać nosa z domu, bo ludzie mocno by się zdziwili, gdyby zobaczyli, że od szyi do dekoltu spływa mi białe mleczko, a na ramionach mam puchatą kołderkę z panthenolowej pianki…Nie mam jednak zamiaru wcierać preparatów w ciało, bo ich działanie jest o niebo lepsze, kiedy nie wklepuję ich w skórę. No więc siedzę sobie, wyglądając jak Wenus, wyłaniająca się z morskiej toni. Na jednym ramieniu przycupnęły mi puszyste białe kępki.  Drugie ramię potraktowałam i mleczkiem i pianką.
Wyglądam jak debil. I czuję się też jak debil ;P.
Ale przynajmniej czuję też ulgę, a to jest bezcenne uczucie ;P.

PS Pozdrawiam moje towarzyszki wycieczki. Było super!!! Kiedy powtórka z rozrywki? ;P. Oczywiście jak już przestanę wyglądać jak upiór i odważę się wyjść do ludzi ;P.

http://pl.freepik.com/darmowe-zdjecie/bita-%C5%9Bmietana--ciasta--bia%C5%82e-t%C5%82o--jad%C5%82o_401762.htm

niedziela, 20 lipca 2014

Kosmatości, okrągłości ;]



      Hah ;D. Wiedziałam, że jesteście kosmaci, ale żeby aż tak?! ;]. Nie no. Nie, żebym się zgorszyła. Nie ma na to szans ;P. Ale jednak nie podejrzewałam swoich znajomych z fb o to, że mają takie kudłate myśli. Albo, że lubią czytać o takich kudłatych myślach ;P.
Dziś mojemu blogowi stuknęło OKRĄGŁE dziesięć tysięcy wejść ;]. Miałam nadzieję, że taki prezent dostanę na roczek bloga, ale udało Wam się zrobić to wcześniej ;). Bardzo mnie to cieszy i pozwolę sobie z tej okazji na małe podsumowanko ;P.

        Mówiłam już nie raz, nie dwa, że lubię sobie notować ile osób tu zagląda na co dzień, a ile zjawia się na blogu po wklejeniu linka na facebooku. Mówiłam, że kiedy dodaję jakiś podtekstowy tytuł albo obrazek, zjawiają się tu tłumy. Ale nie odkryłam wtedy jeszcze statystyk na bloggerze ;P. Tzn. statystyki i owszem – odkryłam. Tyle, że te pokazujące, ile Was było danego dnia. Nie wpadłam na pomysł, żeby sprawdzać popularności danych postów. A szkoda. Bo wygląda ona dość interesująco ;P.

 Na pierwszym planie – „Kto bogatemu zabroni?”. (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/01/kto-bogatemu-zabroni-p.html)

        To zapewne dlatego, że kiedy wklejałam linka, na fb pojawił się roznegliżowany przystojniak z sześciopakiem na brzuchu. Ten post pobił rekord i przeczytało go (albo przynajmniej wyświetliło, bo wpis był długi) 158 osób. Szok ;P. Jeszcze lepsze jest to, że kilka dni temu było o dwa wejścia mniej, więc post wciąż żyje. Absolutny rekord. Muszę chyba zatrudnić tego Pana z kalendarza, żeby reklamował mojego blogaska. Albo będę Wam tu wrzucać takie ciacha, niezależnie od postu ;P. A co? ;P. Kto bogatemu zabroni? ^^

Później – „Jak szybko zrobić komuś dobrze”. (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/04/jak-szybko-zrobic-komus-dobrze.html)
89 wejść. Ehh, Kosmaciuchy jedne! Że też nikt nie wpadł, że w poście chodzi o bezinteresowność… ;D.

Dalej – „Na łyżeczki”.(http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/02/na-yzeczki.html).
Joj, bo nie wiecie, że jest taka pozycja do leżenia? ;P. Tyle samo wyświetleń, co poprzednio – 89.

„Zielono – szalone wariacje łóżkowe” zdobyły 86 głosów ;P. Fajnie… I teraz 86 osób wie, jakie cuda wyczyniam na spaniu :D :D ;D. (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/01/zielono-szalone-wariacje-ozkowe.html).

„FOCH i Koronka, czyli przepis na udany związek z przymrużeniem oka” też Wam się chyba podobał, bo wyświetlił się 78 razy.  (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/02/foch-i-koronka-czyli-przepis-na-udany.html).

Tyle samo osób przeczytało „Galopem 2…”. (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/03/galopem-2-czyli-bieganiespacerowaniezul.html)
O ile się nie mylę dodałam wtedy obrazek z wielkim, świecącym słowem „seks”, a tak w ogóle to post jest o… bieganiu ;).

„Nauka nie zając” (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/01/nauka-nie-zajac.html)
 i „Cisza”(http://little-misss-naughty.blogspot.com/2013/11/cisza.html)
 mają równo po 77 wejść i to jest interesujące, bo nie miały zboczonych obrazków ani tytułów. Wow ;P. Nie wiem, co Was tak do nich przekonało… Muszę znaleźć jakiś wspólny czynnik i go opatentować ;D.

„WOŚP, czyli Wielkie Oburzenie Świętych Pier******” też dał sobie radę, choć również nie miał w sobie nic kosmatego ;). 73 wejścia (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/01/wosp-czyli-wielkie-oburzenie-swietych.html).

I jeszcze „Pokolorowana wiedza”. 71. Chyba cierpieliście wtedy na głód wiedzy albo szukaliście rozrywki podczas sesji ;P. (http://little-misss-naughty.blogspot.com/2014/01/pokolorowana-wiedza.html).

         Zważywszy na to, że wchodzi Was tu ok. 10-20 osób, kiedy nic nie dodaję, ponad 20, jak dam nowy wpis i 40-60, jeśli wrzucę linka na fb, uważam, że te posty poradziły sobie całkiem całkiem ;D.
Mam tylko nadzieję, że nie byliście zawiedzeni treścią ;P.

         Ogólnie statystyki są super. Nie tylko na bloggerze, ale i na facebookowym fan page’u. Ostatnio wieczorem z zafascynowaniem śledziłam słupki i wykresy. Mam tam wszystko. Ile osób było. Kiedy. O której godzinie. W jakich godzinach najwięcej osób. Procentowy rozkład płci – ile kobiet, ile mężczyzn. Skąd czytacie. Polubienia. Komentarze. Kliknięcia ;D. Masakra jakaś. Inwigilacja ;P. Szkoda tylko, że nie wyświetla mi się, kto mnie czyta ;P. 
           Są statystyki ogólne, z miesiąca, z tygodnia, z dnia i takie opatrzone słowem „Teraz”. Uwielbiam klikać to miejsce, kiedy dodam wpis. Wtedy widzę, że kilka osób mozolnie czyta moje kilometrowe wywody :D. Kiedy widzę: Brak statystyk. Zobacz później”, wiem, że Zielono Mi jest chwilowo niepoczytalne. Tzn. nieczytalne ;P. Nieczytane, joj ;P.

         Swego czasu rozważałam, czy nie warto byłoby przenieść Zielono Mi na blog.onet. Miałabym wtedy szansę wylądować na stronie głównej Onetu. W sumie byłoby fajnie. Szersze grono odbiorców. Może jakieś komentarze, żebym wiedziała, co robię dobrze, a co źle. Ale… Przyzwyczaiłam się do bloggera. Do swojej szaty graficznej iiii… Nie wiem, czy chcę tu takie tłumy ;). Okej, okej. Wiem, że na pewno byłoby miło gościć u siebie paręnaście, paręset czy kilka tysięcy osób. Z drugiej jednak strony… Po co mi to? Na co? Po co wszyscy mają wiedzieć, że mój szynszyl ma problemy z zębami, że jestem roztrzepana i rozpuszczona, że nie umiem powstrzymać śmiechu, kiedy słyszę coś śmiesznego i że zrywam się w nocy, śniąc o pająkach? Czy nie wystarczy, że wiedzą o tym ludzie, których znam? W sumie to nie jest tak, że blog czyta moja mama. Ktoś tu jednak wchodzi ;). Często napawam się tym, że zaraz po umieszczeniu odnośnika na fb, na blogu pojawia się kilka wejść. Jak odczekam chwilę i odświeżę, znów jest cztery wejścia więcej. Za chwilę jeszcze dwa… ;). I to cieszy. Ogromnie ;). Nawet bardziej niż milion anonimowych wejść. Niż mnóstwo komentarzy. Bo w sumie – nie czarujmy się. Komentarze też są różne. Ludzie czasami naprawdę potrafią napsuć krwi, krytykując i wyśmiewając czyjeś słowa. A i blogi na Onecie też są różne. Niektóre świetne, fajne i przyjemne do czytania, inne opatrzone mnóstwem błędów, brakiem przecinków  w miejscach, które o to błagają (awrrr) i do tego nudne jak opis przygód leniwca ;P. Więc czy akurat powinnam aż tak się starać, żeby zawisnąć koło nich? Prosić się o to, zmieniając platformę? Eeee… Chyba nie ;].
       Wydaje mi się, że osiągnęłam, co chciałam. Trochę się tu wyżaliłam, trochę pośmiałam. Najczęściej sama z siebie ;P. Z własnych wad. I z własnej głupoty ;). Chyba wystarczy mi tych wrażeń i zwierzeń. To był bardzo miłe 10 000, ale wszystko ma swój koniec. Napisałam 145 postów. Większość z nich jest całkiem długa. Jeśli macie ochotę – przeglądnijcie archiwum. Na pewno znajdzie się tam coś, co przeoczyliście. Ja kończę swoje zielone rozkminy ;).
Ale tylko te zielone, oczywiście.
Bo te kolorowe i czarno – białe jak najbardziej zamierzam kontynuować ;P. Haha ;D. Nabraliście się? No co Wy? Co ja bym zrobiła bez tej terapii pisaniem? Gdzie bym się tak wygadała? ;P.
No a Wy oczywiście wchodźcie tu jak najczęściej ;). Czytajcie, jeśli lubicie i właściwie to tyle, co możecie zrobić, żeby zrobić mi dobrze ;P. No, chyba, że znacie jakieś inne sposoby ;). Heh… ;] Pozdrawiam ;**.

PS A wiecie, co najbardziej mnie ucieszyło? ;P. To, że wpis zaczęłam robić trochę wcześniej, by mieć go na zaś, ale nie chciałam go wrzucić na bloga, zanim osiągnę równe 10 000 wejść. I co się stało? Kiedy już została przekroczona, to o 61 wejść... Dziękuję ;] ;***.


http://fotonowiacy.hpu.pl/forum/viewthread.php?forum_id=17&thread_id=11&rowstart=80

środa, 9 lipca 2014

Huragan Sofia i Oko Cyklonu ;P.



        Wczoraj między godziną siedemnastą, a dziewiętnastą, mój dom nawiedził huragan. Nie wyrządził zbyt wielu szkód, jednak spowodował duże napięcie i nagły wzrost adrenaliny we krwi wśród moich domowników. Huragan był nieokiełznany, dziki, a przy tym subtelny i delikatny. Zwłaszcza, kiedy wtulał się w moje ramiona z okrzykiem „Ciociu M., chodźmy do Boyska!”. Tak, tak. Ten huragan to córeczka mojej koleżanki – Zosia.
           Pisałam już kiedyś, jak wyglądało pilnowanie Zosiaczka na feriach. Wtedy jednak była ciut spokojniejsza ;P. Wczoraj zachowywała się jak mały diabełek tasmański...
Najpierw wpadła do domu jak bomba, od progu wykrzykując moje imię. Ostatnio awansowałam do pozycji lidera w jej rankingu. Dlaczego? No przecież mam szynszylastego ;P. Karmienie Młodego, robienie rozpierduchy w moim pokoju, rozsypywanie karmy i rozlewanie wody stały się ulubionymi zajęciami Zosi. Niestety tym razem nie spełniłam jej życzenia i nie wzięłam jej do Borysa. Pojechałam za to z jej mamcią do Biedronki na zakupy.
          Po powrocie, gramoląc się na ganek z tobołami, usłyszałam wołanie „Czy M. już wróciła?”, przy czym „M.” oznaczało mnie, a nie mamę ;). No cóż. Mama nie ma karty przetargowej w postaci szynszyla ;]. Wchodząc do kuchni obładowana torbami i zgrzewkami wody, nie dałam rady od razu zająć się Zośką. Kręciła się koło moich nóg jak fryga, podskakując, łapiąc mnie za tyłek i obłapiając nogi. „Chodź na górę” i „Chodź na górę”-  wykrzykiwała rytmicznie. Konsekwentna M. zaczęła metodycznie wykładać zakupy na wyspę. Owoce, jogurty, soki. „Proszę, zanieś cytrynkę do jadalni” – zarządziłam, wtykając w małe łapki niedojrzałą cytrynę. Podreptała i wsadziła ją do miski. Kiedy ja upychałam zakupy w szafkach i lodówce, Młoda zrobiła dziesięć kursów z owocami. Dawałam jej po jednej sztuce, żeby miała więcej zajęcia ;P. Na szczęście nie tresowałam jej, wymagając, żeby nosiła po jednym winogronku albo jednej jagódce ;P ;].
          ”Idę siku, idziesz ze mną?” – spytałam Zosię kuszącym głosem, kiedy uporałam się z zakupami. No co się dziwicie? Młoda uczy się korzystania z toalety, więc średnio co trzy minuty trzeba się jej pytać, czy chce siku. A że przeważnie kręci odmownie główką (tylko po to, by za chwilę obsikać kocyk i narzutę…), trzeba to robić tak, by zechciała usiąść na kibelku. Naprędce wymyślona przeze mnie zabawa w „Raz Sikasz Ty, Raz Sikam Ja” spotkała się z jej aprobatą. Wprawdzie, kiedy to ja siadam na tronie, muszę słuchać pytań typu „Ciocia, a Ty masz ogonek?”, a kiedy to Zosia siusia, muszę ją chwalić i bić brawo, to jednak wolę to niż ścieranie szczoszków z podłogi ;P.
          Potem chcąc sprawić jej radość, zabrałam ją wreszcie do swojego pokoju. Borys niestety nie wykazał chęci bycia zwierzęcym animatorem zabaw. Ziewnął, przeciągnął się i ponownie skulił w rogu kuwety. Ani Zosine gruchanie ani Zosine wołanie nie zmotywowały go do wyjścia z klatki. No cóż. Wczoraj byliśmy u weta i Borysiasty był długo męczony przycinaniem i piłowaniem ząbków. Był sponiewierany jak nigdy, więc wcale mu się nie dziwię, że nie miał ochoty na harce z dwulatką ;).
         Dałam Małej kredki, dałam jej kartki. Zaczęła kreślić jakieś esy floresy, mrucząc sobie coś pod noskiem. Niestety ten akt tworzenia nie trwał zbyt długo, bo Zosia znalazła kubek i butelkę wody. Stanowczym głosem kazała nalać sobie wody do kubeczka, a kiedy w końcu kapnęłam jej trochę płynu, machała kubkiem jak lassem, cudem nie zalewając mi łóżka. Kiedy spostrzegła kilka namokniętych  liści mięty na dnie kubka, z miną będącą połączeniem fascynacji i obrzydzenia, zaczęła je wyciągać („pojedynco, pojedynco!”) po jednym listku i rzucać na panele. Listki lądowały z mokrym plaśnięciem, a moje groźby „Zosiaczku, nie rzucaj mięty na podłogę!” spotykały się z ironicznym spojrzeniem Zośki. 
         Ironiczne to może zbyt wiele powiedziane. Raczej Frankesteinowskie ;D. Zosię coś ugryzło w oczko, więc jedną powiekę ma malowniczo spuchniętą, a przymknięte oko nadaje jej śmieszno – strasznego wyglądu. Ja pewnie wyglądałabym jak potwór, a ona wciąż jest śliczna i słodka ;). „Chcę skakać!” – wołała Zosia. „Chcę się kręcić!” – dodawała, patrząc na koło hula hop. Dobrze, że nie wymyśliła, że chce latać ;P.             
          Zostawiając rozsypane na ławie i porozrzucane po podłodze kredki, zaciągnęłam Małą na dół. Niestety nie byłyśmy tam zbyt mile widziane. Młodszy braciszek Zosi – zaledwie 10 tygodniowy szkrabik zasnął, więc krzyki, piski, wiski i wygłupy Zośki nie były zbyt pożądane przez jej mamę. „Wezmę ją na spacer” – wymyśliłam genialnie. Gdybym wtedy zrobiła zdjęcie mojej mamie, siostrze i mamie Zosi, wszyscy mieliby miny jakby właśnie opróżnili pęcherze po całodobowym zaciskaniu nóg. Ulga. Moja mama chyba nawet westchnęła ;D. 
         Ubrałyśmy Zosi pampersa (co by nie zrobiła wiochy, lejąc sobie po nogach ;P), wzięłam jej bluzeczkę z Myszką Miki (gdyby pochłodniało), złapalam Pedrowatego na smycz i wyszłyśmy w domu. Na podwórku czekała już na mnie brygada MS, czyli Małoletnich Sąsiadek. Nie wiem co im odwala przez wakacje, że pałają do mnie taką miłością, ale ta fascynacja zaczyna mnie przerażać… Dzwonią domofonem, pytają, kiedy wyjdę z domu, a gdy wychodzę, jak dzicz lecą, żeby mnie zamykać w uścisku i naciągać... Szłam więc aleją, ściskając Zosię za pulchną łapkę, z jej niebieską bluzeczką przewieszoną przez moje ramię, z Pedrem na smyczy i trójką dziewczynek na rowerach. W końcu jedna zlitowała się i przejęła ode mnie psa. Uf. Dzieciaki potowarzyszyły nam tylko kawałek, szybko dając sobie spokój ze spacerkiem w żółwim tempie. Zostałyśmy same. Ja i Zosia. No i Pedruś. Pedro ciągnął mnie na lewo, Zosia na prawo. Pedro skakał po mojej lewej nodze, Zośka ciągnęła za prawą nogawkę. 
         „Ciociuuu, a ty jesteś silna?” – spytało mnie dziecko, robiąc uroczą minkę. „O, tak. Bardzo silna” – stwierdziłam, na szczęście bez prężenia muskułów. „A weźmiesz mnie na rąąączki?” – zawołała śpiewnie. Ups. Zosia na rękach + narwany Pedro na smyczy to niezbyt dobre połączenie. „Och, aż tak silna to nie jestem, Myszko” – wytłumaczyłam się i zaczęłyśmy iść w stronę domu. 
Zginanie się, namawianie Zosi, żeby nie wyrywała śliskiej rączki z uścisku, szarpanie się z psem, zrywanie kwiatuszków, po to, by Zosia rzucała je na asfalt (i wychowaj tu dziecko w duchu ekologii…), próby łapania Pedra za ogon, zaciskanie paluszków na cienkim i ostrym pasku smyczy, wyperswadowywanie Zosi, że puszczanie ciocinej ręki to zły pomysł i naciąganie się z bluzeczką, którą Zosia chciała ciągnąć po chodniku… Kiedy wróciłam do domu, czułam, że spaliłam więcej kalorii niż podczas biegania. Byłam cała mokra (częściowo dlatego, że tuż pod domem zaatakował nas pies sąsiada i musiałam porwać Zośkę na ręce, usiłując równocześnie obronić Pedra przed gryzącą bójką i nie zaplątać się przy tym w pięciometrową smycz). Byłam padnięta. I mega zestresowana ;P.  
      Znów siku. Znów Borysek. Zosia znalazła u mojej siostry kolorowe Smarties, więc zeszłyśmy na dół. Zośka zadowolona, że ma cukierki, ja zadowolona, że nie będzie kłapać bużką ;P. Wpakowała do buzi garść cukierków, a ja przejęłam od mamy jej braciszka.
       Zasiadłam na kanapie z Franiem w ramionach. Małe, ciche, gaworzące. Nie chodzące, nie mówiące, nie buntujące się. Opierał się na moich cyckach, coś tam sobie gaworzył. Do czasu, kiedy Zośka nie wpadła na sofę i nie zaczęła go szarpać… Zazdrość jest jednak straszna, szczególnie ta dziecięca. „Oddaj Frania!” , „Ciociu, odłóz Frania!” – krzyczała na mnie, błyskając złością w oczku. Jednym, bo to drugie było zbyt obrzęknięte. Chcąc nie chcąc, musiałam odłożyć niemowlaka i zająć się Zośką.

                                                                             *** 
       Kiedy spacyfikowałyśmy ją szelkami od samochodowego fotelika, kiedy dałyśmy jej do łapki opakowanie kolorowych Tic Taców, żeby zająć rączki i zatkać otwór gębowy, kiedy pożegnałyśmy ją, machając jej z podjazdu… Niewiele brakło, żebyśmy nie odtańczyły tańca radości. Makabra ;D. Jak ktoś tak słodki, śliczny, uroczy i kochany, może być tak męczący i frustrujący? ;D. Jak moja koleżanka daje radę utrzymać tego urwisa z dala od Franka, żeby Młoda nie zrobiła mu krzywdy? Kiedy A. je, śpi, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne, gotuje i sprząta przy tej dwójce? ;D. I dlaczego do cholery wszyscy mówią, że najlepiej jest mieć dwójkę dzieciaczków (ideał to parka) i że im mniejsza różnica wiekowa tym lepiej? Ocipieli wszyscy czy co? Oglądali to idealne rodzeństwo na zdjęciach czy na reklamie serka Kiri Kiri? 
      Czasami słyszę, że jak położne naoglądają się porodów i nasłuchają krzyków rodzących, odchodzi im ochota na własne potomstwo. Co więc mają powiedzieć nianie, ciocie i przedszkolanki, które widzą, że nawet słodkie aniołki, nawet małe kochane szkraby są tak absorbujące i dające popalić? :D. Boże, kocham dzieci. Naprawdę je uwielbiam. Te małe, głużące, te starsze, raczkujące, te dreptające, te uczące się pierwszych słów i te zaczynające chodzić do przedszkola i do szkoły. Ale im więcej z nimi przebywam, tym bardziej zaciskam zęby. O nogach nie wspominając ;P.

PS A dziś idę do mojego ośmiolatka na nockę. Proszę, proszę, proszę - niech nie będzie upierdliwy, niech grzecznie się bawi, umyje ząbki, posłucha czytanej przeze mnie bajki i idzie spać. Niech będzie taki grzeczny jak w sobotę, kiedy patrzył na mnie z sympatią i słuchał wszystkich poleceń. Niech nie da mi powodów, żebym wyjechała za granicę podwiązać sobie jajowody ;D ;D ;D.


http://weddingsisters.pl/2014/02/bunt-dwulatka-edukacja-rodzicow/