...

...
M.

środa, 9 lipca 2014

Huragan Sofia i Oko Cyklonu ;P.



        Wczoraj między godziną siedemnastą, a dziewiętnastą, mój dom nawiedził huragan. Nie wyrządził zbyt wielu szkód, jednak spowodował duże napięcie i nagły wzrost adrenaliny we krwi wśród moich domowników. Huragan był nieokiełznany, dziki, a przy tym subtelny i delikatny. Zwłaszcza, kiedy wtulał się w moje ramiona z okrzykiem „Ciociu M., chodźmy do Boyska!”. Tak, tak. Ten huragan to córeczka mojej koleżanki – Zosia.
           Pisałam już kiedyś, jak wyglądało pilnowanie Zosiaczka na feriach. Wtedy jednak była ciut spokojniejsza ;P. Wczoraj zachowywała się jak mały diabełek tasmański...
Najpierw wpadła do domu jak bomba, od progu wykrzykując moje imię. Ostatnio awansowałam do pozycji lidera w jej rankingu. Dlaczego? No przecież mam szynszylastego ;P. Karmienie Młodego, robienie rozpierduchy w moim pokoju, rozsypywanie karmy i rozlewanie wody stały się ulubionymi zajęciami Zosi. Niestety tym razem nie spełniłam jej życzenia i nie wzięłam jej do Borysa. Pojechałam za to z jej mamcią do Biedronki na zakupy.
          Po powrocie, gramoląc się na ganek z tobołami, usłyszałam wołanie „Czy M. już wróciła?”, przy czym „M.” oznaczało mnie, a nie mamę ;). No cóż. Mama nie ma karty przetargowej w postaci szynszyla ;]. Wchodząc do kuchni obładowana torbami i zgrzewkami wody, nie dałam rady od razu zająć się Zośką. Kręciła się koło moich nóg jak fryga, podskakując, łapiąc mnie za tyłek i obłapiając nogi. „Chodź na górę” i „Chodź na górę”-  wykrzykiwała rytmicznie. Konsekwentna M. zaczęła metodycznie wykładać zakupy na wyspę. Owoce, jogurty, soki. „Proszę, zanieś cytrynkę do jadalni” – zarządziłam, wtykając w małe łapki niedojrzałą cytrynę. Podreptała i wsadziła ją do miski. Kiedy ja upychałam zakupy w szafkach i lodówce, Młoda zrobiła dziesięć kursów z owocami. Dawałam jej po jednej sztuce, żeby miała więcej zajęcia ;P. Na szczęście nie tresowałam jej, wymagając, żeby nosiła po jednym winogronku albo jednej jagódce ;P ;].
          ”Idę siku, idziesz ze mną?” – spytałam Zosię kuszącym głosem, kiedy uporałam się z zakupami. No co się dziwicie? Młoda uczy się korzystania z toalety, więc średnio co trzy minuty trzeba się jej pytać, czy chce siku. A że przeważnie kręci odmownie główką (tylko po to, by za chwilę obsikać kocyk i narzutę…), trzeba to robić tak, by zechciała usiąść na kibelku. Naprędce wymyślona przeze mnie zabawa w „Raz Sikasz Ty, Raz Sikam Ja” spotkała się z jej aprobatą. Wprawdzie, kiedy to ja siadam na tronie, muszę słuchać pytań typu „Ciocia, a Ty masz ogonek?”, a kiedy to Zosia siusia, muszę ją chwalić i bić brawo, to jednak wolę to niż ścieranie szczoszków z podłogi ;P.
          Potem chcąc sprawić jej radość, zabrałam ją wreszcie do swojego pokoju. Borys niestety nie wykazał chęci bycia zwierzęcym animatorem zabaw. Ziewnął, przeciągnął się i ponownie skulił w rogu kuwety. Ani Zosine gruchanie ani Zosine wołanie nie zmotywowały go do wyjścia z klatki. No cóż. Wczoraj byliśmy u weta i Borysiasty był długo męczony przycinaniem i piłowaniem ząbków. Był sponiewierany jak nigdy, więc wcale mu się nie dziwię, że nie miał ochoty na harce z dwulatką ;).
         Dałam Małej kredki, dałam jej kartki. Zaczęła kreślić jakieś esy floresy, mrucząc sobie coś pod noskiem. Niestety ten akt tworzenia nie trwał zbyt długo, bo Zosia znalazła kubek i butelkę wody. Stanowczym głosem kazała nalać sobie wody do kubeczka, a kiedy w końcu kapnęłam jej trochę płynu, machała kubkiem jak lassem, cudem nie zalewając mi łóżka. Kiedy spostrzegła kilka namokniętych  liści mięty na dnie kubka, z miną będącą połączeniem fascynacji i obrzydzenia, zaczęła je wyciągać („pojedynco, pojedynco!”) po jednym listku i rzucać na panele. Listki lądowały z mokrym plaśnięciem, a moje groźby „Zosiaczku, nie rzucaj mięty na podłogę!” spotykały się z ironicznym spojrzeniem Zośki. 
         Ironiczne to może zbyt wiele powiedziane. Raczej Frankesteinowskie ;D. Zosię coś ugryzło w oczko, więc jedną powiekę ma malowniczo spuchniętą, a przymknięte oko nadaje jej śmieszno – strasznego wyglądu. Ja pewnie wyglądałabym jak potwór, a ona wciąż jest śliczna i słodka ;). „Chcę skakać!” – wołała Zosia. „Chcę się kręcić!” – dodawała, patrząc na koło hula hop. Dobrze, że nie wymyśliła, że chce latać ;P.             
          Zostawiając rozsypane na ławie i porozrzucane po podłodze kredki, zaciągnęłam Małą na dół. Niestety nie byłyśmy tam zbyt mile widziane. Młodszy braciszek Zosi – zaledwie 10 tygodniowy szkrabik zasnął, więc krzyki, piski, wiski i wygłupy Zośki nie były zbyt pożądane przez jej mamę. „Wezmę ją na spacer” – wymyśliłam genialnie. Gdybym wtedy zrobiła zdjęcie mojej mamie, siostrze i mamie Zosi, wszyscy mieliby miny jakby właśnie opróżnili pęcherze po całodobowym zaciskaniu nóg. Ulga. Moja mama chyba nawet westchnęła ;D. 
         Ubrałyśmy Zosi pampersa (co by nie zrobiła wiochy, lejąc sobie po nogach ;P), wzięłam jej bluzeczkę z Myszką Miki (gdyby pochłodniało), złapalam Pedrowatego na smycz i wyszłyśmy w domu. Na podwórku czekała już na mnie brygada MS, czyli Małoletnich Sąsiadek. Nie wiem co im odwala przez wakacje, że pałają do mnie taką miłością, ale ta fascynacja zaczyna mnie przerażać… Dzwonią domofonem, pytają, kiedy wyjdę z domu, a gdy wychodzę, jak dzicz lecą, żeby mnie zamykać w uścisku i naciągać... Szłam więc aleją, ściskając Zosię za pulchną łapkę, z jej niebieską bluzeczką przewieszoną przez moje ramię, z Pedrem na smyczy i trójką dziewczynek na rowerach. W końcu jedna zlitowała się i przejęła ode mnie psa. Uf. Dzieciaki potowarzyszyły nam tylko kawałek, szybko dając sobie spokój ze spacerkiem w żółwim tempie. Zostałyśmy same. Ja i Zosia. No i Pedruś. Pedro ciągnął mnie na lewo, Zosia na prawo. Pedro skakał po mojej lewej nodze, Zośka ciągnęła za prawą nogawkę. 
         „Ciociuuu, a ty jesteś silna?” – spytało mnie dziecko, robiąc uroczą minkę. „O, tak. Bardzo silna” – stwierdziłam, na szczęście bez prężenia muskułów. „A weźmiesz mnie na rąąączki?” – zawołała śpiewnie. Ups. Zosia na rękach + narwany Pedro na smyczy to niezbyt dobre połączenie. „Och, aż tak silna to nie jestem, Myszko” – wytłumaczyłam się i zaczęłyśmy iść w stronę domu. 
Zginanie się, namawianie Zosi, żeby nie wyrywała śliskiej rączki z uścisku, szarpanie się z psem, zrywanie kwiatuszków, po to, by Zosia rzucała je na asfalt (i wychowaj tu dziecko w duchu ekologii…), próby łapania Pedra za ogon, zaciskanie paluszków na cienkim i ostrym pasku smyczy, wyperswadowywanie Zosi, że puszczanie ciocinej ręki to zły pomysł i naciąganie się z bluzeczką, którą Zosia chciała ciągnąć po chodniku… Kiedy wróciłam do domu, czułam, że spaliłam więcej kalorii niż podczas biegania. Byłam cała mokra (częściowo dlatego, że tuż pod domem zaatakował nas pies sąsiada i musiałam porwać Zośkę na ręce, usiłując równocześnie obronić Pedra przed gryzącą bójką i nie zaplątać się przy tym w pięciometrową smycz). Byłam padnięta. I mega zestresowana ;P.  
      Znów siku. Znów Borysek. Zosia znalazła u mojej siostry kolorowe Smarties, więc zeszłyśmy na dół. Zośka zadowolona, że ma cukierki, ja zadowolona, że nie będzie kłapać bużką ;P. Wpakowała do buzi garść cukierków, a ja przejęłam od mamy jej braciszka.
       Zasiadłam na kanapie z Franiem w ramionach. Małe, ciche, gaworzące. Nie chodzące, nie mówiące, nie buntujące się. Opierał się na moich cyckach, coś tam sobie gaworzył. Do czasu, kiedy Zośka nie wpadła na sofę i nie zaczęła go szarpać… Zazdrość jest jednak straszna, szczególnie ta dziecięca. „Oddaj Frania!” , „Ciociu, odłóz Frania!” – krzyczała na mnie, błyskając złością w oczku. Jednym, bo to drugie było zbyt obrzęknięte. Chcąc nie chcąc, musiałam odłożyć niemowlaka i zająć się Zośką.

                                                                             *** 
       Kiedy spacyfikowałyśmy ją szelkami od samochodowego fotelika, kiedy dałyśmy jej do łapki opakowanie kolorowych Tic Taców, żeby zająć rączki i zatkać otwór gębowy, kiedy pożegnałyśmy ją, machając jej z podjazdu… Niewiele brakło, żebyśmy nie odtańczyły tańca radości. Makabra ;D. Jak ktoś tak słodki, śliczny, uroczy i kochany, może być tak męczący i frustrujący? ;D. Jak moja koleżanka daje radę utrzymać tego urwisa z dala od Franka, żeby Młoda nie zrobiła mu krzywdy? Kiedy A. je, śpi, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne, gotuje i sprząta przy tej dwójce? ;D. I dlaczego do cholery wszyscy mówią, że najlepiej jest mieć dwójkę dzieciaczków (ideał to parka) i że im mniejsza różnica wiekowa tym lepiej? Ocipieli wszyscy czy co? Oglądali to idealne rodzeństwo na zdjęciach czy na reklamie serka Kiri Kiri? 
      Czasami słyszę, że jak położne naoglądają się porodów i nasłuchają krzyków rodzących, odchodzi im ochota na własne potomstwo. Co więc mają powiedzieć nianie, ciocie i przedszkolanki, które widzą, że nawet słodkie aniołki, nawet małe kochane szkraby są tak absorbujące i dające popalić? :D. Boże, kocham dzieci. Naprawdę je uwielbiam. Te małe, głużące, te starsze, raczkujące, te dreptające, te uczące się pierwszych słów i te zaczynające chodzić do przedszkola i do szkoły. Ale im więcej z nimi przebywam, tym bardziej zaciskam zęby. O nogach nie wspominając ;P.

PS A dziś idę do mojego ośmiolatka na nockę. Proszę, proszę, proszę - niech nie będzie upierdliwy, niech grzecznie się bawi, umyje ząbki, posłucha czytanej przeze mnie bajki i idzie spać. Niech będzie taki grzeczny jak w sobotę, kiedy patrzył na mnie z sympatią i słuchał wszystkich poleceń. Niech nie da mi powodów, żebym wyjechała za granicę podwiązać sobie jajowody ;D ;D ;D.


http://weddingsisters.pl/2014/02/bunt-dwulatka-edukacja-rodzicow/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz