...

...
M.

sobota, 23 sierpnia 2014

PółNocki ;]

          W końcówce ostatniego wpisu wspomniałam o moim psie – uciekinierze, który podczas spaceru zbiegł z alei ze smyczą w pysku, si?
Mówiłam, że Pedro niczym lew polujący na antylopę, pognał za kotem na łąkę?
No właśnie...
Na łąkę, a z łąki na działkę sąsiada.
I prawie powiesił się na smyczy, bo jego wyrodna właścicielka zostawiła go na pastwę losu ;/.
Ajaj...
Byłam pewna, że nie reaguje na wołanie, bo ma mnie w d. i siedzi pod drzewem, pilnując kota.
Po paru minutach wołania, i nerwowego tuptania na chodniku, odwróciłam się na pięcie i wróciłam do domu.
Zostawiłam tylko otwartą bramkę dla Sierściucha.
Napisałam artykuł, dokończyłam wpis.
A Pedra wciąż nie było.
Wyszłam na zewnątrz, wołając go, coraz bardziej zaniepokojona.
Zrobiło się ciemno i jeszcze bardziej ponuro niż było.
Szłam ulicą, pocierając zmarznięte dłonie.
Struchlałam, kiedy usłyszałam piszczenie i skamlenie, dobiegające gdzieś z jakichś chaszczy.
Brzmiało, jakby mój Futrzasty miał kłopoty...
Wróciłam się biegiem po latarkę i gnałam co tchu, czując jak wali mi serce.
Zaczęłam poważnie panikować, kiedy pies przestał reagować na moje wołania.
Kiedy nie dawał znaku życia, nie dość, że miałam strach koło tyłka, to jeszcze szukałam go na oślep.
Nie mogłam go zlokalizować, bo nie miał przypiętego GPS-a, a nie miałam noktowizyjnych okularków.
Chcąc wbiec między drzewa, wpadłam do jakiejś wanny, wypełnionej ohydną, śmierdzącą wodą.
Wyskoczyłam z wody jak Filip z konopi, nie zwracając uwagi na wodę chlupiącą w adidasie i na ciągnący się za mną niezbyt miły zapaszek ;P.
Nie przejmowałam się, że choinki orają mi twarz, że wpadam w pajęczyny...
Pedro leżał skulony na ziemi, ze smyczą poowijaną wokół wszelkich możliwych obiektów (deski, drzewa) z miną pod tytułem „Tylko na mnie nie krzycz”.
Ufff...
Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam na widok tych przestraszonych ślepków ;P.
Odplątałam go, wykazując się przy tym wielką odwagą, bo obok smyczy siedział WIELKI pająk kątnik. I był żywy, bo widziałam jak się ruszał... ;/.
Ale w takich sytuacjach pewnie nie bałabym się nawet tarantuli ;P.


Koniec końców – Pedro radośnie pobiegł do domu, calutki mokry, bo ostatnie dni były deszczowe. Ja byłam mokra, bo wpadłam do jakiegoś gó***, ale byłam przeszczęśliwa, że nie uśmierciłam psa.
Buty, legginsy i stopki, które podtopiłam w tej brei, moczyły się all day, all night i wciąż nie mogłam wykurzyć z nich tego odoru ;P. Na szczęście obfite polewanie ich Kokosalem i potraktowanie ich wodą ze szlaucha pomogło wydusić z nich wszelkie resztki cuchnącej wody ;P.

Teraz Pedro, uratowany przeze mnie po raz drugi, nie odstępuje mnie na krok. Chodzi ze mną nawet do łazienki. A ja oczywiście mu na to pozwalam ;P. Wczoraj wpuściłam go do łóżka, kiedy czytałam książkę, a dziś wzięłam go ze sobą do cioci, gdzie pracowicie robiłyśmy soki malinowe i ogórki małosolne. Tzn. kto robił, ten robił. Ja podkradałam maliny i oblizywałam palce z czerwonego soku ;P.

Poza tym wczoraj byłam na „północce” u Toś. W sensie bawiłam ją od 20.30 do 1.30.
Ajć!
Dzięki Bogu, że nie mam w domu niemowlaka ;P.
Taż, wyglądałabym przecież jak zombie ;P.
Pomijając fakt, iż Mała zaczęła się kręcić i przebudzać, kiedy ja słyszałam jeszcze tupot obcasów jej mamci na schodach, to spała grzecznie do wpół do 1.
Ale jej nadopiekuńcza i hipochondryczna niania i tak biegała do jej pokoiku co 5, 7, 15 minut, żeby sprawdzać, czy bobas oddycha, czy nie przytulił się noskiem do poduszki, czy śpi, czy nie płacze etc.
Biegłam na każde kwęknięcie, stęknięcie, wyplucie smoczka, szelest pościelki w baranki.
W sumie nie wiem, czy jej kręcenie się po łóżeczku jak naćpany żółwik i miauczenie małego kotka zaowocowałoby płaczem i lamentem, czy też może takie jojczenie na śnie to u niej normalka, jednak nie chciałam tego sprawdzać ;P.
Po przebudzeniu, wzięłam ją na ręce, i wymasowałam okrągły brzuszek, bo Mała płakała, podkurczając żałośnie nóżki.
Nuciłam, kołysałam, przytulałam, żeby ją uspokoić.
Najbardziej rozśmieszyło mnie zachowanie Małej, kiedy podeszłam z nią do lustra. Toś zaczęła się głośno i radośnie śmiać do swojego odbicia, choć wciąż krzywiła buźkę z bólu. Śmieszne są małe dzieci ;P.
Później pielucha, zmiana mokrych śpioszków, butla, herbatka, lulanie, usypianie.
I powrót jej rodziców ;).
Tak więc było całkiem spokojnie i bezstresowo.
Płakała dosłownie chwilkę i to prawie na pewno z powodu brzuszka (bolącego i pustego ;P), więc musiałam tylko nosić, tulić, miziać i pocieszać, szykując równocześnie flaszkę z mlekiem.
Bajka.

Siedząc (kiedy nie biegałam do łóżeczka...) w salonie przy lampce moich pracodawców, przeczytałam do końca thrillerek medyczny (wreszcie i nareszcie!), którego nie mogłam skończyć w tygodniu, bo na spacerku z wózkiem a to Toś żądała uwagi, a to noszenia na rękach, albo jak spała to ja co chwilę sprawdzałam, czy nie jest jej ciepło, zimno, niewygodnie, źle, czy oddycha, nie leży na nosku etc...
Wiem, wiem ;P.
Hipochondryczę.
Ale to nie moje dziecko!
Jestem za nią odpowiedzialna ;). Muszę się trząść jak nad drogocennym kryształem ;).
Ba – nawet bardziej.
Jak nad żywym skarbem ;).

A w domu też nie mam kiedy czytać, bo zumba, bieganie, W., teksty i blog ;P. No. I mamy winowajcę ;]
Teraz za to zaczęłam czytać książkę Cecilii Ahern (autorki „PS Kocham Cię”) i póki co, bardzo mi się podoba ;).

A dziś normalny dzień sobotni, upływający pod znakiem 3XP. Porządki. Pranie. Pierogi.
Aaach, idę wreszcie walnąć się na łóżko z książką i Boryskiem...
Eeee... Zapomniałam, że wyprałam pościel. I że Borysek ślini się gorzej niż niemowlak, a w domu nie mam tetrowych pieluch ani śliniaczków... ;P.
No i wieczorem randka z W., więc pasuje mi wyszukać jakąś kieckę i pomalować pazurki.

Ale to nic.
Jutro poczytam.
Choć jak znam życie, wymyślę sobie jakąś wycieczkę, spotkanie ze znajomymi, bieganie, basen albo coś innego i znów książka pójdzie w odstawkę ;P.
Norma ;).

PS Udanego weekendu ;)



piątek, 22 sierpnia 2014

Mistrzynią świata w konkurencji SprintZWózkiemZostajeeee...

Ostatnio na spacerze z Toś, dwóch wujkowatych starszych panów zlustrowało mnie z góry na dół (z prześwietleniem rentgenem włącznie) i zgodnie stwierdziło, że „taka młoda, ładna, a już mama”, co sprowokowało mnie do uniesienia dumnie podbródka i powiedzenia „Jestem tylko jej nianią. I mam dwadzieścia trzy lata.”.
Dobrze, że nie dodałam jeszcze z naciskiem „i pół”, jak wtedy, kiedy byłam małą dziewczynką i skwapliwie liczyłam połówki swoich lat ;P.

Wczoraj wzięłam swoją podopieczną na długi spacer po mieście, bo dobrze jej się spało, kiedy jechała wózkiem, więc nie musiałam siedzieć na ławce i tałabać wózka nogą, tylko chodzić swobodnie, ćwicząc manewry na krawężnikach.
Niestety potem musiałam gonić z wózkiem ze Smolek, bo miałam w butelce za mało mleka, żeby nakarmić mały brzuszek łakomczuszka, więc w drodze powrotnej na przemian usiłowałam spacyfikować bobasa smoczkiem i uciszać, by ludzie nie wzięli mnie za wyrodną nianię...

Przy przebieraniu nie pomyliłam zatrzasków przy zakładaniu bodów, ale kiedy usiłowałam zdjąć Toś bluzeczkę, dopiero po paru minutach zorientowałam się, że chcę przepchnąć główkę przez otwór, choć nie odpięłam guziczków... (były z tyłu kaftanika i były cholernie mało widoczne! ;>).

Dziś z kolei mimo niesprzyjającej aury, diabelskiego zimna i mżawki, ochoczo zgodziłam się na wzięcie Małej Kluski na spacer.
Dostałam na ręce żywy pakunek, opatulony różową kurteczką z kapturkiem, nakryłam dziecko kocykiem, naciągnęłam budkę.
Ja sama miałam szarą bluzę w gwiazdki, kaptur i buty do biegania. Więc też byłam odpowiednio przygotowana ;P.
Mała głównie płakała, kiedy musiała leżeć w wózku, więc głównie nosiłam ją na rękach w parku, głównie starając się nie myśleć o tym, że przyzwyczajam ją na noszenie (co będzie głównie problemem dla mnie, skoro ją bawię ;P).

Kiedy zasnęła, ułożyłam ją w ulubionej pozycji (na brzuszku) i woziłam ją po mieście. Gdy krople deszczu zaczęły mnie atakować z natarczywością zmutowanych komarów, schroniłam się pod daszkiem apteki. Po jakimś kwadransie, Toś obudziła się z takim rykiem, że o mało nie połamałam sobie rąk, usiłując wyciągnąć ją z gondolki. Próby napojenia jej herbatką zakończyły się skrajnym niepowodzeniem. Ponieważ nie dała położyć się do wózka, musiałam ją nieść na rękach, pchając wózek biodrem/kolanem/lewą ręką. Musicie wiedzieć, że prowadzenie wózka w ten sposób idzie równie sprawnie co dłubanie w nosie w rękawicy bokserskiej...
Chwilę przeczekałam deszcz w drogerii, a potem decydując się na desperacki krok, mimo protestów wsadziłam dziecię do wózka i pędem leciałam z nim do domu, udając, że nie słyszę, jak krzyczy, czerwieniejąc i wypluwając podtykany przeze mnie smoczek.
Dzięki Bogu z racji deszczu na deptaku nie spotkałam zbyt wielu ludzi, więc uniknęłam spojrzeń pt. „CoOnaRobiTemuDziecku?NieMożeByćDzieciMająDzieciKoooniecŚwiata!”.

                                                                                      ***

 Oprócz tego jest prawie idealnie:

Bawię się w osobistą trenerkę Toś i kładę ją na brzuszek, żeby ćwiczyła unoszenie główki.
Usypiam ją w nowy sposób, bo stary nie chce działać.
Trzymając Toś na rękach, jestem w stanie miziać jej braciszka po główce/ schylać się po smoczek, nie odchylając przy tym Małej niebezpiecznie ku ziemi/ wywalać zużytą pieluchę i robić milion innych rzeczy, którymi nie będę się chwalić, bo będzie, że jestem nieskromna (^^ ;D).
A dziś podczas karmienia Mała wydudliła pięknie dwie butle mleka. I to ja ją wtedy karmiłam, ooo ;P.


                                                                                    ***

A tak poza tym:
 
·         prawie kończę czytać książkę Gerritsen, którą męczę chyba już drugi tydzień,
·         ambitnie napisałam dwa artykuły (antykoncepcja postkoitalna i NieChcecieWiedziećCoJeszcze...), chociaż mój „szef” jest na urlopie,
·         dostałam zaproszenie na wakacje do Włoch na lipiec 2015 (do cioci, na caaały miesiąc, nad morze ;D ;D :D),
·         ostatnio byłam biegać i mimo długiej przerwy zrobiłam 15 kółek ;),
·         wciąż nie zmotywowałam się, by pójść na basen,
·         dalej nie pomalowałam paznokci, żeby wyglądały na bardziej zadbane niż są (chyba, że bezbarwna odżywka z połyskiem się liczy?),
·         byłam na zumbie półtora godziny, a potem z niedosytu poszłam biegać po alei (^^),
·         wczoraj do nocy oglądałam „Bez śladu”, a w nocy schizowałam, gadając, że ćmy chodzą po suficie,
·         i ogólnie wczoraj zachowywałam się, jakbym się czegoś nawdychała. 
Opcje są takie: niemowlęce mleko, niemowlęce chusteczki do wycierania pupy, niemowlęca główka, niemowlęcy proszek do prania. Ale chyba nic z tych rzeczy nie jest halucynogenne, no nie? ;P.
·         właśnie byłam na spacerze z psem i kiedy dałam mu do pyska smycz (bo Pedro lub sam się wyprowadzać...), ten niesforny gamoń pomknął za jakimś burym kotem ze smyczą w mordzie, nie bacząc na moje wołania, więc...
·         chcąc nie chcąc muszę się ubrać i iść go szukać.
A na zewnątrz zimno. Ciemno. Ponuro. Mokro...
·         Brrr...


PS Czy czujecie już nadchodzący weekend? :D :D ;D ;). Bo ja tak! ;P. A mój plan wygląda tak:

1. Wypłata, ach wypłata! ;];];
         2. Solina i wyprzedaż w Croppie.
                 3. Obiecana mrożona kawka i ciasto z rabarbarem w Słodkim.
                              iiiii....
                                     4. Czytanie, czytanie, czytanie (bo W. ma służbę ;P).

http://polki.pl/dieta_dietyodchudzajace_artykul,10030721.html



niedziela, 17 sierpnia 2014

Maybe baby...? ;)

        Nabieram pomału wprawy w opiece nad Malutką. Choć ostatnio ściąganie bluzeczki, która nijak nie chciała przejść przez krągłą niemowlęcą główkę, zajęło mi maksymalną ilość czasu (a namęczyłam się przy tym i napociłam, jakbym chciała przecisnąć słonia przez oczko igły...), a wjeżdżanie wózkiem po schodach wciąż nie idzie mi tak zręcznie, jak kierowanie samochodem, to jednak idzie mi coraz lepiej. Ostatnio wzięłam Małą na długi spacer po mieście, więc już trochę lepiej manewruję wózkiem po chodnikach, choć wciąż irytują mnie wysokie krawężniki i brak podjazdów dla wózków ;P. Spacerowałam  ścieżkami, którymi nie chadzałam od lat. Park, Planty, teren koło liceum...

Wiem, kiedy wyjąć flaszkę z buzi, żeby odpowietrzyć smoczek.
Wiem, kiedy podnieść Toś do odbicia.
Wiem, że jak przy usypianiu krzyknie kilka razy jak przestraszony paw, za chwilę zaczną jej uciekać oczka i zaśnie (chociaż nigdy nie wiem, w którym momencie odłożyć ją do łóżeczka, żeby nie obudziła się z płaczem ;P).
Sprawnie podnoszę i przenoszę Małą z maty do kołyski, z kołyski na poduszkę, z poduszki na przewijak.
Przewijanie też idzie lajtowo, a założony przeze mnie pampers nie gniecie małego brzuszka, nie zsuwa się ani nie przecieka, więc spełnia NKiW (Normy Komfortu i Wygody) niemowlęcej pupy ;).
Ubieranie nie jest jakieś strasznie skomplikowane, o ile bluzeczki mają większy dekolt, żeby bez problemu przecisnąć przez nie niemowlęcą główkę.
Ponadto zabawiam, zagaduję i uspokajam.
Podtykam wypluwany smoczek, wycieram zaślinioną bródkę.
Robię głupie miny, „pierdzę” w brzuszek, cmokam małe łapki, całuję wypukłe czółko.
No i staram się jak mogę ;).
Choć i tak wychodzi różnie.
Czasem jest płacz, czasem jest kwilenie.
Czasem nie mam pojęcia, o co może jej chodzić, bo nie wiem, czy chce jeść, czy spać.
Czy płacze, bo boli ją brzuszek z głodu, więc powinnam szybko dorobić jej mleka czy może boli z mleka modyfikowanego, więc mogę tylko ją nosić i starać się uspokoić?
Marudzi, bo chce spać, więc mam ją zacząć usypiać, czy może się nudzi, więc zamiast wymuszać u niej leżącą pozycję, powinnam pokazać jej ptaszka za oknem i pogruchać?
Uspokaja się na rękach, bo pozycja pomaga jej na ból brzuszka czy wymusza, żeby ją nosić, bo materacyk gniecie w pupę?
Pozostawiona sama w łóżeczku płacze, bo coś jej dolega czy po prostu nie lubi leżeć sama i woli, żeby ktoś pochylał się nad nią i gilgał po tycich stópkach?
Zostawić ją na macie i zabawić grzechotką czy ustąpić i wziąć na ręce, skoro wykrzywia buźkę w znajomą podkówkę zwiastującą płacz?
W jakiej pozycji ją trzymać, żeby było jej dobrze? Przodem do siebie, tyłem do siebie, bokiem, w pionie, w poziomie?
Trzymając na rękach robić kilometry po domu, żeby zasnęła czy włożyć do łóżeczka i czekać na rozwój wydarzeń?
Wsadzić ją do kołyski, skoro ma półprzymknięte powieki czy lepiej nie ryzykować płaczu i ponosić jeszcze kwadrans dla pewności, że śpi twardym snem?

Ciągle pytania, ciągle wątpliwości ;).
Jak to przy małym dziecku.
Teorią można sobie tyłek podetrzeć ;P. 

Więc wciąż uczę się opieki nad maluchem i uczę się Małej.
Co jest ogromnym plusem - przyzwyczaiłam się do Toś błyskawicznie i nawet kiedy bawi grzecznie na macie, ja wolę leżeć koło niej i patrzeć jak wpycha sobie do buźki gryzaczek w kształcie motylka, niż czytać książkę (dorwałam jakąś powieść Charlotte Link z domowej biblioteczki moich pracodawców).
Bez protestu zgadzam się na dłuższe zostanie niż się umawiałam, bo w sumie co mi szkodzi zostać jeszcze godzinkę i potulić do siebie to małe ciepłe ciałko? ;)
Sama z siebie proponuję, że mogę przyjść w święto albo w weekend.
Chętnie biorę małą na ręce, nie pozwalając jej za długo płakać.
I ani kupa w pieluszce, ani moja koszulka ośliniona w 3/4, ani ulane na przedramię mleko, nie robią na mnie takiego wrażenia, jak się spodziewałam ;).

Niedawno po powrocie z pracy dałam siostrze do powąchania koszulkę, którą miałam na sobie u Toś, mówiąc, że czuję, że bluzka pachnie słodko niemowlakiem, a A. marszcząc nos stwierdziła „To pachnie jakimś kwasem”.
No cóż.
Pewnie to było właśnie to miejsce, które Mała wymiętoliła śliniąc je obficie albo miejsce, gdzie opluła mnie i mojego Smurfa z koszulki mleczkiem ;P.


A zwodniczy tytuł wciąż pozostaje zwodniczym tytułem, bo jednak dalej nie ciągnie mnie do własnego dzidziusia ;P. Co nie przeszkadza mi w pełni realizować się jako niania takiego maleństwa. Kiedy ma się pod opieką takiego szkrabika, opiekuńcze skrzydła same się otwierają, żeby chronić i troszczyć się o małego „pisklaczka”. Będąc u Małej jestem w takim stopniu zaangażowana w opiekę nad nią, że nie dość, że zapominam o pisaniu, czytaniu, podróżowaniu czy imprezowaniu, to nie zwracam w ogóle uwagi na czynności takie jak jedzenie, picie czy korzystanie z WC.
Niemowlęcy fenomen ;).


PS No i w tym tygodniu też bawię codziennie, więc nie wiem kiedy dodam coś nowego ;P. Chyba, że wezmę jakiegoś gotowca z dysku starego laptopa (wspominałam, że mój laptop nie do odratowania...? ;/), bo jak znajdę chwilkę czasu, będę pisać teksty o wazektomii i antykoncepcji postkoitalnej, a nie o tym, co lubię najbardziej czyli o głupotach i głupotkach ;P.

http://male-dziecko.wieszjak.polki.pl/karmienie-butelka/305774,Jak-madrze-karmic-dziecko-by-malec-rozwijal-sie-prawidlowo.html

środa, 13 sierpnia 2014

Bobas na horyzoncie... ;)

Wiedziałam, że kiedyś się do tego przekonam.
Że się odważę.
Że będę tego chciała sama z siebie.
Był strach, były obawy.
To proste ;].
Ale teraz wiem, że nie ma co się bać.
No i końcu przyszła odpowiednia na to pora ;P.
Tak, tak.
I to wszystko przez czarujące puszczanie baniek ze śliny, radosne głużenie i bezzębny niemowlęcy uśmiech.

            Niee. Nie jestem w ciąży. I nie – nie planuję bobasa przed skończeniem magisterki ;P. Chyba, że los zgotuje mi niespodziankę i będę zabawnym przykładem tego, że można być copywritterką w dziale "Antykoncepcja" i mimo, że zna się mnóstwo metod antykoncepcji i stosuje jedną z bardziej skutecznych, zalicza się tzw. wpadkę ;D.
Chwilowo przeżywam fascynację bobasami, bo chwilowo bawię 4 – miesięcznego bobasa. 
Yhhhm.
Panna M. wreszcie odważyła się zająć niemowlakiem ;P.

        Zaczęło się od przypadkowego spotkania sąsiadki w poniedziałek. Zaczepiła mnie z pytaniem, czy nie pomogłabym jej koleżance, która pilnie potrzebuje niani. Zgodziłam się i dałam jej swój telefon. Tego samo wieczoru zadzwoniła mama Malutkiej. Następnego dnia spotkałyśmy się, żeby uzgodnić szczegóły, a dziś poszłam bawić Małą T.
        Dzień wcześniej byłam troszkę spięta, bo nie mam zbytniej wprawy przy niemowlakach. Zwykle zajmuje się starszymi dzieciaczkami. Roczniak i więcej – to dla mnie idealna praca. Kiedyś i owszem – zajmowałam się 4,5 miesięczną dziewczynką na weselu. 10 godzin ;). Ale to było raczej incydentalne. Okej – czasem ponoszę jakiegoś maluszka albo pokuszę się o asystę przy zmianie pieluchy czy kąpieli, ale przeważnie tylko leżę obok bobasa na łóżku, podniecając się zagłębieniami w łokciach, miziając po miękkich stopkach, zagadując go i rozśmieszając, a nie zajmując się nim całkowicie sama.

Mam dużo znajomych z maluchami. 
Mam dużą wiedzę teoretyczną, bo przeczytałam mnóstwo książek i poradników na temat niemowląt i dzieci.
Ale mam też strach koło du**, kiedy muszę wziąć na ręce lejące się ciałko noworodka albo kiedy niemowlęcy płacz przewierca mi mózg ;D.
Plus kwestia niestabilnej główki, kolek, ząbkowania i mojej nieumiejętności naturalnego trzymania dziecka na rękach. Ja robię to sztywno, bo się boję. Dziecko wyczuwa, że się boję, więc płacze. I wcale nie pomaga mi moja siostra, która zamiast pokazać mi, jak prawidłowo trzymać takiego brzdąca, piłuje na mnie gębę i mówi „Jak ty go trzymaaaaasz?!”. 

Na szczęście z Małą poszło mi całkiem sprawnie. 
Sama wzięłam ją na ręce.
I nie zachowywałam się przy tym jak kaleczniak ;P.
Zabawiałam, gruchałam, machałam jej przed nosem grzechotką.
Podtykałam pod pulchne łapki miękkie gryzaczki.
Nuciłam, mruczałam, śpiewałam.
Wyczuwszy w powietrzu znajomą nutkę zręcznie przeniosłam pulchniaczka na przewijak i zmieniłam Młodej pampersa, sprawnie operując wilgotnymi chusteczkami i Sudokremem.
Nosiłam po karmieniu (i nie zostałam tym razem spryskana strużką ulanego mleka ;P), przewijałam.
Francja elegancja.
Udało mi się ją uśpić na rękach. 
Udało mi się ją uspokoić, kiedy kwiliła. 
Udało mi się przeżyć te parę godzin bez stresu i bez paniki.

Zapłakała tylko parę razy, podkurczając nóżki, kiedy bolał ją brzuszek.
Ale nie było mega ryku, mega stresu i mega spanikowanej niani ;P.
Pomogło noszenie, przytulanie i mruczenie do małego uszka kołysanki.
Ufff... ;)

Ogólnie do domu wróciłam zadowolona i usatysfakcjonowana.
Dziecko zadowolone. Rodzice dziecka zadowoleni.
Braciszek (4letni) cieszy się, że jutro też do niego przyjdę i będę się z nim bawić w strażaków Lego.
Ja zadowolona, że nabiorę wprawy, będę komuś potrzebna i cosik sobie zarobię.
Super ;).

Nie wiadomo, co będzie jutro, bo dziecko to dziecko. Może mieć gorszy dzień, może je boleć brzuszek (jak dziś), może boleśnie ząbkować. Ale grunt, że czuję się pewniej na dotychczas niepewnym gruncie, że Mała mnie zaakceptowała i że z chęcią pójdę jutro do swojej kolejnej pracy ;).

A teraz biorę się za artykulik, żeby ta praca nie ucierpiała przez ciągłe bawienie coraz to nowego dzieciaczka ;P. 






http://www.tapetus.pl/79181,niemowlece-stopki.php

wtorek, 12 sierpnia 2014

Damą być ;P.

Paradoksalnie – im większy mam zapierdziel, tym bardziej chce mi się pisać. A im więcej mam wolnego czasu – tym ciężej mi sięgnąć „po pióro” ;P. A jak już sięgam, to po to, by napisać o damskich prezerwatywach albo o metodzie Yuzpego... ;]. A na blogu zero życia ;P. Ale spokojnie - już nadrabiam ;).

       W sobotę byłam na weselu i chyba temu wydarzeniu powinnam poświęcić najwięcej miejsca ;). Wiem, że jeśli nie opiszę tego od razu – później ciężko będzie mi do tego wrócić. Zawsze tak mam. Z wieczorem panieńskim było identycznie. Obiecywałam, obiecywałam i co? Ostatecznie nic nie napisałam ;P. A teraz ciężko mi wrócić do tego, co było trzy tygodnie temu, bo wspomnienia wywietrzały i tekst, który wtedy byłby lekki i naturalny - teraz stał by się wymuszony i naciągany. 
Norma.
Tak więc, do rzeczy ;P.
Wesele było super! ;).
Ludzie, zabawy, muzyka, jedzenie, obsługa... Wszystko mi się podobało ;).
       Jedynie przygotowania do imprezy sprawiły mi nie lada trudności, bo jestem kompletnie „nieprzywyknięta” do strojenia się, malowania i robienia na bóstwo. Ubieranie sztywnej, nowej sukienki oznacza dla mnie katusze i niewygody. Robienie makijażu uważam za zbytnią ekstrawagancję. Wystarczą mi pomalowane rzęsy. Czyli właściwie nic nowego ;P. Fryzura? Proszę Was. Jaka fryzura? ;D. Koczki, loczki. NieDajBożeFryzjerka... Nie, nie. To nie dla mnie. 
        Włosy związałam dużą czarną gumką w wysoki kucyk. Oprócz tego, że frotka była nowa (czyt. sprężysta, jędrna i nie ponaciągana), więc włosy fajnie się ułożyły, kucyk był zwyczajny do bólu. No ale w sumie właśnie o to mi chodziło ;]. Żebym czuła się dobrze i naturalnie. Zero brokatów, tiuli, zbędnych cekinów i błyskotek.
Nie potrzebowałam stresować się, że wyglądam jak "stara maleńka" albo że włosy są sztywne od pianki czy lakieru. Albo, że jak poskaczę, włosy się rozczochrają. Oprócz tego, że nienawidzę mieć na sobie żadnych pudrów, podkładów i fluidów, nie lubię też żeli, pianek i lakierów. Chyba, że lakier do paznokci i żel pod prysznic ;P.
Pod tym względem chyba odbiegam nieco od reszty kobiet.
I to nie tylko z przygotowaniami do wesela ;).

Szykowanie się do wyjścia na zwykłą imprezę zajmuje mi tyle, ile przeciętnie zajmuje rześki prysznic, mycie i suszenie głowy oraz nakładanie na rzęsy warstwy czarnego tuszu. Wolę dłużej moczyć się pod prysznicem niż ślęczeć przed lustrem z toną upiększaczy.
Nie lubię biżuterii (poza szalonymi kolczykami, typu włóczkowe truskawki, plastikowe zameczki, modelinowe duszki...).
Nie mam pierd***a na punkcie butów i torebek. 
Niechętnie wydaję kasę na eleganckie ciuchy i balowe sukienki.
Nie lubię "być zrobiona".
Nie lubię się wyróżniać. 
Nie umiem zrobić sobie porządnej kreski pod okiem.
Na powiece ani tyle...
Nie prostuję włosów. 
Nie używam podkładu do twarzy ani zalotki do rzęs.
Nigdy nie miałam uszminkowanych ust.
Nigdy nie byłam u fryzjera.
Ani u kosmetyczki :P.
Zamiast dostać drogą biżuterię, ja wolałabym dostać jakąś seksowną bieliznę.
Zamiast karnetu do SPA - karnet na siłownię albo na basen.
Zamiast czerwonych szpilek na niebotycznie wysokich obcasach - koturny, proste baleriny albo najlepiej... buty do biegania ;P.
Zamiast kwiatów - książki... I to nie romansidła, ani nie Grey'a, tylko thrillery Gerritsen albo Slaughter lub sagę Larssona ;P.


http://www.tapetus.pl/135676,dwie-siedzace-kobiety-olta-sukienka-niebieska.php


        Do tego wszystkie te babskie czynności, które powinnam mieć w genach/ we krwi/ w małym palcu (?)- dla mnie są nie do przeskoczenia.
Wiedza na temat rodzajów podkładu.
Jaka jest różnica między fluidem, a pudrem.
Jaki puder dobrać do jakiej karnacji.
Eyelinery, toniki, bronzery, błyszczyki, maseczki kolagenowe, płyny dwufazowe i inne mazidła...
Umiejętność dobierania koloru cieni do barwy pomadki.
Tajemna sztuka chodzenia na dwunastocentrymetrowych szpilach.
I pilnowanie, żeby wyglądać "och, ach" i w ogóle idealnie, równocześnie dobrze się bawiąc ;P.

Szałaput? Roztrzepaniec? Dziwak? A może po prostu osoba, którą nie bawi mumufikacja na żywo i spędzanie zbyt wielu czasu na poprawianiu natury? ;).
Chciaaałabym umieć zrobić z sobą COŚ, żeby wyglądać inaczej, ładniej, lepiej.
Ale nie umiem ;P.
Póki co, to COŚ to jedynie rozpuszczenie/ związanie do góry włosów, pomalowanie paznokci na krwistoczerwony kolor albo przekonanie się do legginsów.
Poza tym nic.
Nada.
Dalej stawiam na naturalny wygląd... ;P.
I nie wiem, czy to się zmieni w najbliższym czasie ;].

       Faza przygotowań była więc pasmem stresów i nerwów. Bo miętowy lakier (choć drogi jak fiks ;/) nie pokrył ładnie pazurków. Bo druga warstwa wyglądała, jakbym utytłała paluchy w farbie. Bo wyglądało to nieładnie i nieciekawie. Bo siostra powiedziała, że mam brzydkie, krótkie paznokcie każdy innego kształtu. Bo jak już wreszcie pomalowałam paznokcie u nóg, lakier starł się przy zakładaniu butów, choć było już parę godzin po malowaniu.
Awrrr...
        Ostatecznie na dłoniach miałam lekki, bezbarwny lakier, a paznokcie u stóp były miętowe, choć nie mogę powiedzieć, że wyglądało to idealnie... ;P.
Potem ubzdurałam sobie, że sukienka mnie pogrubia, bo falbanka robi wrażenie, że mam fałdę tłuszczu na brzuchu, a przecież jak mogłabym tak wyjść między ludzi? ;P. Później stwierdziłam, że mam brzydkie, poocierane kolana, pokiereszowane (bieganie bez skarpetek...) stopy, za duże cycki i za małe oczy ;P. Nie no, żartuję. Tzn. - mam, ale akurat tego dnia nie zwracałam na nie uwagi, bo zaczęłam się już martwić, czy będę w ogóle umieć tańczyć do weselnych hitów ;P.
       Na szczęście moje obawy były nieuzasadnione, bo choć tańczenie wciąż nie jest moją mocną stroną, to jednak nie przeszkodziło mi to w poruszaniu się tak jak lubię i tak jak potrafię. Szalałam, wygłupiałam się i w efekcie bawiłam się świetnie ;). Muszę przyznać, że w tańcu  kieruje się mną równie ciężko co w życiu ;D. Nie lubię dawać się naciągać ani robić tego, na co aktualnie nie mam ochoty. Jak coś idzie nie po mojej myśli – szybko zgłaszam sprzeciw i odpędzam się od partnera jak od namolnej muchy ;). Mimo wszystko najlepiej wychodzi mi kręcenie się wokół własnej osi i wokół partnera. Kręcę się jak trąba powietrzna. Obrót za obrotem. W sobotę o dziwo – wcale nie kręciło mi się przy tym w głowie ;P. To pewnie dlatego, że tym razem w ogóle nie piłam. Znaczy się – toaścik za zdrowie Młodej Pary i owszem, ale poza tym nic, bo znów miałam pełnić Super Rolę Kierowcy... Nie, nie SuperKierowcy... Do tego trochę mi brakuje. Szczególnie, kiedy jadę automatem W... Szczególnie, kiedy podpity W. sunie ręką od mojego kolanka do mojego uda. Szczególnie, kiedy stopy bolą mnie po kilkugodzinnym skakaniu. I szczególnie, kiedy oczka kleją mi się, jakbym je zatarła Super Glue ;P.
       I co jeszcze mogę powiedzieć o weselu? ;]. Welonu nie złapałam, więc na moim weselu nie zatańczycie za szybko ;). Jedzenie miałam wegetariańskie i ogólnie było bardzo dobre, choć problem tkwił w częstotliwości i ilości podawanych posiłków ;P. Po prostu – było tego za dużo i za często. Talerz makaronu ze szpinakiem, który wylądował przed moim nosem, ja podzieliłabym sobie na cztery obiady. Zjadłam, ile mogłam (a mogłam podziobać trochę zieleniny i wciągnąć parę świderków ;P), więc kelnerzy przez jakiś czas omijali mój talerz, bo chyba myśleli, że jeszcze nie tknęłam jedzenia, podczas gdy ja byłam już pełna i wiedziałam, że nie wcisnę ani kawałeczka więcej ;D. 

W butach na obcasach wytrzymałam do 2. 
Bawić skończyliśmy się o 4. 
Do domu wróciliśmy z W. o 5. 
Spaliśmy do 10. 
W łóżku leżeliśmy do 14. 
Śniadanie jedliśmy przed trzecią ;). 
Później zjadłam jeszcze tylko szarlotkę i pół babeczki (w sumie to wydziobałam owoce, budyń i ciastko zjadł za mnie W. :P) i wypiłam mrożoną kawę i to wystarczyło mi na cały dzień, więc jak widać – na weselu nie głodowałam ;P.
Niedzielę poświęciłam na obijanie się i na totalne nieróbstwo. 


      W czwartek/piątek mają być „poprawiny” na działeczce, gdzie był wieczór panieński, ale nie wiem czy dam radę pójść... ;/. Mój W. ma służbę w piątek, a ja w sobotę idę bawić dziecko od rana... ;/. Zresztą – nie ma co planować, bo znając życie, jeszcze ze sto razy się zmienią ;P.



PS Wesele było świetne, ale nie zapraszajcie mnie w tym roku na kolejne, bo jestem SPŁUKANA, a prawdopodobnie muszę sobie sprawić laptopa, bo mój jest raczej nie do uratowania... :(. Nie mówiąc już o końcowosierpniowej wycieczce do Warszawy, na którą też wydam trochę kasy. I o tym, że ostatnio marzy mi się kupienie całej serii książek Karin Slaughter i nawet przekonywanie się, że „nie mam czasu czytać” nie przeszkadza mi w szukaniu tych książek po internetowych księgarniach  i Allegro ;P.


http://amya.pinger.pl/m/5483642

środa, 6 sierpnia 2014

Tupot małych stópek ;)

Od dwóch tygodni nie biegam. 
Sportowe buty leżą rzucone w najciemniejszy kąt szafki. 
Legginsy i bluzki walają się zmiętolone na półkach.
Ale to, że nie biegałam po stadionie, wcale nie oznacza, że nie miałam ruchu ;P.

Wszystko dlatego, że półtoraroczne dziecko jest idealnym motywatorem do ćwiczeń. 
W ciągu paru dni, kiedy bawiłam Małego B., nazginałam się, napodnosiłam, naschylałam i nachodziłam jak nigdy ;). I namęczyłam – swoją drogą. Wiem, że nie mogę narzekać, bo Maluch naprawdę jest słodki i spokojny. Ale jednak wciąż jest dzieckiem. I zachowuje się jak dziecko. Chodzi, bada, szuka, sprawdza wytrzymałość opiekuna, a czasem płacze i marudzi. Jego prawo ;). W końcu jest dzieckiem.

Pierwszego dnia bawienia B. było idealnie.
Po prostu bajka ;P.
Odnalazłam się w roli niani znakomicie. Wszystko szło świetnie.
Dziecko przywitało mnie pogodne i zadowolone. Od razu poszło do mnie na ręce, dało się zająć i zabawić. Bez problemu zmieniłam mu pampersa. Mały nie kręcił się, nie uciekał z przewijaka.
Anioł.
Anioł w pieluszce ;P.
Później piaskownica, spacerek, deserek...
Sielanka.
Kaszka w butelce, parę minut bujania w bujaczku i już Młody witał się z Morfeuszem...
          Umyłam butelki i miseczki, wytarłam blat w kuchni. A potem zaparzyłam sobie czerwoną herbatkę i zgodnie z instrukcjami Pana Domu, zasiadłam na tarasie. Z włączoną elektroniczną nianią. Z książką. Z telefonem. Zjadłam parę pomidorków z krzaczka. Ogołociłam inny krzaczek z borówek amerykańskich. Trzy razy poszłam upewnić się, czy Mały śpi. A poza tym kręciłam się w hamaczkowym siedzisku na zewnątrz, jednym okiem zerkając na książkę, drugim łypiąc na telefon. Pięć godzin zajmowania się spokojnym maluchem, dwie godzinki relaksu w hamaku. Przyznacie, że taka praca jest jak najbardziej przyjemna? ;]

         Drugiego dnia praktycznie bez zmian. Jedynie niespodzianka w postaci kupy w pampersie, na co wrażliwa na zapachy M. nie zareagowała zbytnią radością ;P. Ale wstrzymywanie powietrza i radosne gruchanie do dziecka pomogły udawać, że nie czuję tego średnio przyjemnego zapaszku i nie widzę średnio przyjemnego widoczku ;P.
Później znów – rowerek, spacerek, deserek...
Wszystko szło świetnie. Mały siedział grzecznie w wózku. Ja miałam intensywniejszy spacer, bo musiałam pchać przed sobą czterokołowy pojazd.
Herbatka w kubku – niekapku.
Chrupki kukurydziane.
Obserwowanie kózek i kurek w zagrodzie.
Brak problemów z usypianiem.
Hamaczek, książeczka, kubeczek z parującą pu erh..
Idealnie ;]


          Trzeciego dnia równie miło. B. był grzeczny i spokojny. Na spacerze zasnął mi w wózku. Pewnie zmęczył go upał i miarowe kołysanie ;P. Przy przenoszeniu go z wózka do łóżeczka, starałam się zachować maksymalną delikatność. Mruczałam mu coś do sennego uszka, przytulałam bezwładne ciałko do siebie. Wydawało mi się, że jest tak słodko rozmemłany, że spokojnie odpłynie w Krainę Snu.
Ehe.
Niedoczekanie...
Rozbudził się, kiedy tylko poczuł pod pupą materacyk od łóżeczka.
Ignorując szeroko otwarte ślepka, poszłam zrobić mu butlę.
Udając, że nie widzę jego uśmieszku i figlarnych błysków w oczach, wpakowałam butelkę do rozdziawionej buźki.
Nie zwracając uwagi na powieki, które jakoś nie miały ochoty opadać, nuciłam jakąś otępiająca melodię.
Du**.
Było po spaniu.
Nie pomógł ani bujaczek, ani smoczek, ani mizianko, ani mruczanko.
Poturlaliśmy się chwilę po łóżku (ja wciąż z nadzieją, że Młody w trakcie robienia przewrotu na atłasowej kołderce, nagle zapadnie w kimono, jakby dostał zastrzyk ze środkiem uspokojającym...), poprzytulaliśmy iii... poszliśmy się bawić.
        Ja w przeciwieństwie do B. nie miałam chroniącej przed słońcem czapeczki na spacerku. Ja nie siedziałam w wózku jak Królowa Angielska. Ja łaziłam jak głupia przez dwie godziny, bo zachciało mi się wietrzenia dziecka ;P. A rano nie dostałam porcji kaszki z jakimiś dopalaczami, żeby popierdzielać cały dzień i nie mieć ochoty na spanie ;P. Ja wstałam o 7 rano, bo musiałam, a nie dlatego, że mnie nosiło ;P. Ja w południe byłam już zmęczona. Ja chętnie bym sobie kimnęła. Na hamaczku. Na fotelu. Na kanapie... Nawet na podłodze ;P. Niestety odpoczynek nie był mi dany, bo jak miałam spać, skoro dziecko spać nie chciało? ;P. Ale i tak nie było tak źle – nie było płaczu, kupy, marudzenia. Było okej.

        Ostatniego dnia była rewolucja. Rewolucja pt. „Bunt”. Bunt, kiedy przyszłam do domu Małego. Bunt, kiedy chciałam go wziąć na ręce. Bunt, żeby mama wyszła z domu.
O kurczę.
Co się stało? Co się stało, ja się pytam? ;P.
Chwila stresu. Chwila paniki.
Chwila gimnastyki pt. „OlaBogaJakGoOdczepićOdMaminejSpódnicy?!”
Uff...
Jakoś poszło. Zagadałam („Popatrz, jaki samochodzik! Łał! Jaki ładny! Czerwoniutki jak pomidor. Popatrz, jak sobie jedzie po drodze. Brrr, brrr... Trututut... Piiii piiip!. Podoba Ci się takie autko...?” ), zabawiłam.
Mamcia czmychnęła po angielsku. Odetchnęłam, bo Młody nie zorientował się, że wyszła.

Został jego siedmioletni brat. Wyrozumiały, cierpliwy, spokojny starszy braciszek.
Zawsze mi pomagał.
Zawsze pozwalał Małemu wchodzić do jego pokoju.
Zawsze był grzeczny.
Tego dnia był jakiś przewrót. Kolejny bunt na pokładzie... :D.
Zamiast wesołych zabaw ze starszym bratem – bijatyki, płacz, foch i pretensje.
Bo on mi zabiera zabawki.
Bo on mi niszczy budowle Lego.
Bo on jest za mały.
Bo on jest niedobry.
Bo ja go nie lubię.

Ja pitolę! 
Kogo ratować? Kogo uspokajać? 
Łkającego Poszkodowanego Nr 1. czy Ryczącego Poszkodowanego Nr 2.?
Rozhisteryzowanego M.?
Zapłakanego B.?

Mina Małego wyrażała czystą rozpacz.
Jak to nie mogę się bawić słuchawkami?
Jak to nie mogę rzucać autkami?
Jak to nie mogę dotknąć tego Spidermana?
Jak to nie możemy iść do pokoju pełnego zabawek?

Łeee...
„Ojej, nie płacz, B.” - zagruchała M. Pocieszycielka Strapionych.
ŁEEEEE!!! - rozwył się głośniej.
Akcja – ewakuacja. Na podwórko, gdzie jest piaskownica i zabawki i babki z piasku i basen i kooootek...
Łeee!!! - nie muszę tego wyjaśniać, prawda...?
Okej, okej.
To może spacerek?
Łeeeeee!!! - awrrr...
Ajaj. Niania spocona. Niania przerażona. Niania zastanawia się, czy wszyscy sąsiedzi już słyszą, że dziecko się drze, jakby je obdzierała ze skóry.
OMG...
O.M.G.


       Kiedy łezki przestały płynąć po pucułowatej buźce, kiedy Mały zajął się zabawą, zapominając o płaczu i marudzeniu, kiedy poszliśmy na spacer, do koników, do kurek, kiedy zjadł deserek, kiedy wtrąbił kaszkę, kiedy zasnął...
Byłam P-R-Z-E-S-Z-C-Z-Ę-Ś-L-I-W-A ;].

Przyjechała jego mama. Zdałam jej Raport Specjalny. Dostałam zapłatę za opiekę nad dzieckiem.
Do domu wracałam w podskokach. Śpiewając sobie pod nosem (nie chcecie znać słów tej spontanicznej piosenki, pod niebiosa wychwalającej cud antykoncepcji), uśmiechając się do siebie...

W domu siekłam się na łóżko. I mruczałam, mruczałam, mruczałam... ;P.
Ach ;P.

Fajnie jest być nianią.
Fajnie jest być przedszkolanką.
Fajnie jest zajmować się dzieciaczkami.
Fajnie słyszeć tupot tych małych, tycich tycich stópek...

...ale tylko w telewizji, u znajomych albo w snach.
A potem wyłączyć telewizor, wrócić do domu albo obudzić się.
Oooo, tak.
Tupot małych stópek doprawdy jest słodki ;)

Ale tylko na chwilę ;P.

PS A dziś, skoro nie bawię półtoraroczniaka - idę pobiegać ;P ;P ;P.


http://mamatomaka.pl/sls-sles-silikony-parabeny-wrogowie-skory-twojego-dziecka/280

sobota, 2 sierpnia 2014

Najbardziej Męczący Sport Świata ;]


Myślałam, że Ewka Chodakowska daje wycisk. 
Potem doszłam do wniosku, że bieganie daje większy. 
Teraz wiem, że ani Chodakowska ani bieganie nie męczą tak, jak dzieci ;P. 

        Zmęczona byłam już w czwartek. Po kilku dniach przebywania i opiekowania się dziećmi. W sumie nie wiem, CZYM tak naprawdę byłam zmęczona, bo nie siedziałam z nimi 24 godziny na dobę, ale jednak czułam się wypompowana. Byłam wymordowana do tego stopnia, że wieczorem rozpłakałam się, kiedy W. przez telefon stwierdził „Ale to dobrze, że przez cały tydzień bawiłaś dzieci. Nabierzesz wprawy do własnych”... ;P. Rozłączyłam się, łkając w poduszkę, że prędzej ogłoszę dożywotni celibat niż świadomie zdecyduję się na dziecko w ciągu najbliższych kilku lat ;P. Potem poszłam się wykąpać, żeby zmyć z siebie całą frustrację i zmęczenie. Kiedy strugi wody bombardowały moją głowę, myślałam: „Jutro zero dzieci. Zero kaszek, pieluch, zabaw, odpowiedzialności, marudzenia, usypiania, Lego, kołysanek, bajek, gier planszowych i grymaszenia przy jedzeniu”. 
         Odświeżona wyszłam z kabiny i opatuliłam się ręcznikiem. Drrr... Telefon. Zadzwoniła mama B. Tego 8-letniego. Poprosiła, czy nie mogłabym się zająć Młodym cały piątek. Od 8 do 18.00. Asertywna M. mówiła „Nie gódź się na to, miałaś sobie odpocząć”, Dobra (i potrzebująca kasy) M. powiedziała na głos „Tak, jasne, że przyjdę”.
         Tak więc w piątek znów wstałam o 7 i przed ósmą zastukałam do drzwi sąsiadki. B. jeszcze spał. Pięć minut później był już na nogach. Spędziłam z nim calutki Boży dzień.
Nie mogę narzekać, że było jakoś strasznie źle. Nie płakał. Nie marudził. Nie pyskował. Nie robił nic strasznego. Ale był męczący – jak to dziecko. 
        Rano nie chciał jeść, więc musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zmotywować go do wiosłowania łyżką w cynamonowym od słodkich kwadracików mleku. Potem miauczał, żebym patrzyła jak gra w Lego Przygodę na Xboxie, a tępe wpatrywanie się, jak ktoś gra w grę jest dla mnie średnio fascynujące... Przed dziesiątą nakazałam B. założyć przygotowane przez jego mamę ciuchy, wzięłam pod pachę samochodowy fotelik i nawołując „Uważaj pod nogi. Uważaj, auto jedzie. Uważaj na psa” poczłapałam do domu. Musiałam jechać z szynszylastym do weterynarza, więc ustaliłam z panią A., że Dzieciak jedzie ze mną. O ile samo zabieranie ruchliwego gryzonia do Sanoka jest dość karkołomne (Młody wierci się, ucieka, wchodzi mi na ramię) i ApsikoPędne (sierść szynszyli jest lekka i miękka jak puszysta chmurka, ale ma jedną wadę – kiedy lata po całym aucie i wtyka mi się do wszelkich otworów ciała, typu oczy, usta, nos, przestaje być milutka ;P), o tyle pamiętanie o tym, by dziecko zapięło pasy, żeby nie kręciło się, żeby nie nudziło się w drodze itd. też proste nie jest :P. Potem B. poszedł ze mną do gabinetu weterynarki. Zaglądając mi przez ramię, patrzył szeroko otwartymi oczami na zabieg przycięcia zębów. Mam nadzieję, że nie nabierze dentystycznej fobii ;]. Przytuliłam wymęczonego Borysa (nie obeszło się bez wyrwania ząbka.... ;/), wpakowałam całą ferajnę do auta („B. masz zapięte pasy? Nie zostawiłeś ludzika Lego w gabinecie? Zamknąłeś drzwi samochodu?”) i wróciliśmy do domu. Włożyłam Boryska do klatki, odfajkowując jedno zadanie. 
          B. zaczął się kręcić na moim obrotowym krześle. Jakoś wcale nie miał ochoty iść do swojego domu. Zdecydowanie bardziej wolał bawić się z moim psem. Pedro na początku był zadowolony (nie na co dzień ktoś rzuca mu piłeczki i naciąga z nim miśka na podjeździe), jednak wraz z upływem czasu robił się coraz bardziej zmęczony. Wzięłam dwóch budrysków na spacer. Kosmatego na smycz, Młodocianego za rękę. Wróć. Za rękę iść nie chciał, więc hasał obok mnie jak młoda kózka. Pospacerowaliśmy dorośle po alei, powygłupialiśmy się dziecinnie koło szkoły. Mam nadzieję, że nie zostałam przez nikogo rozpoznana, jak bawiłam się z B. w szpiegów, udając, że Pedro jest psem gończym i zerkając do starego szkolnego gmaszyska przez okna i uciekając, wiedząc „obcych” (w sensie – jakichś facetów). Grunt, że B. miał radochę i że czas szybciej mijał. Później znów poszliśmy do mojego domku i siedzieliśmy tam prawie do wieczora.        
            Tzn. „siedzenie” to może złe słowo. B. biegał po podwórku, układał jakąś budowlę z desek i cienkich listewek, próbował oblewać Pedra szlauchem, co chwilę biegał na górę sprawdzać, co robi szynszylasty, bawił się z psem w Chowanego... W domu z kolei oglądał bajkę. Chociaż „oglądał” to też za spokojne sformułowanie. „Oglądać” to siedzieć ze wzrokiem wbitym w ekran i analizować treść bajki, tak? No chyba tak. A mój podopieczny ani nie siedział, ani nie patrzył na TV. Za to: wieszał się na oparciu kanapy, turlał się po fotelach, skakał z sofy na fotele, zakopywał się pod narzuty i wspinał po poręczy fotela jak małpa. Poza tym bawił się, że podłoga to lawa i musiałam robić mu tor przeszkód z salonu do kuchni (krzesła, taborety, pufy, moje plecy), żeby B. kursował wte i nazad, nie dotykając podłoża. W międzyczasie zjadł trochę krupniku, kilka małych kromeczek chleba z masłem i dwa racuchy. Jedyny plus - bo B. to straszny niejadek ;). Ja w międzyczasie pilnowania, żeby harce B. nie zakończyły się połamanymi kończynami, zdewastowanymi meblami i uduszeniem Pedra, zdążyłam: pomalować paznokcie u nóg (niezbyt pięknie, bo ciężko się skupić na malowaniu, jednocześnie upominając dziecko, żeby nie deptało grządek i nie wyrywało podejrzanie wyglądającego grzybka z trawy), sprzątnąć suszarkę do naczyń, umyć gary, zrobić i zjeść obiad, naobierać ziemniaki do obiadu rodziców, wyrzucić kosz i zetrzeć kurze w pokoju.
Hm. Teraz tak się zastanawiam, jak ja to zrobiłam przy ciągłym wołaniu B.: „Gdzie jesteś, M.?”, „Co robisz, M.?”, „Dlaczego nie patrzysz jak forsuję przeszkody, M.?”, „Ja chcę kanapkę z masłem, M.”, „Ja chcę inną bajkę, M.”, „M., pobawimy się w budowniczych?”...


         Dziś też miałam 100% postanowienie odpoczynku. Ale jak odpoczywać w takim bałaganie? Klatka Borysa niesprzątnięta. Na porozsypywanej karmie można się zabić. Stan przestrzeni pod łóżkiem i za biurkiem po wybiegach Boryska też woła o pomstę do nieba. No i te wszechobecne książki...
Od rana więc odkurzam, ścieram, myję, pucuję, dopieszczam półeczki i miseczki (w sensie – czyszczę je z Boryskowego piasku polepionego śliną) i myślę, że jeśli W. mi się oświadczy i powie „Zamieszkajmy razem i zróbmy sobie dziecko”, palnę go w łeb ;P.


PS W niedzielę prawdopodobnie pojadę na zakupy do Rz-wa. Nie wiem czy cokolwiek kupię, bo jestem obecnie na etapie przeliczania złotówek na godziny opieki nad dziećmi i ciężko mi wydać każdy pieniądz, bo wiem, czym on pachnie ;P.
Aaaa... W poniedziałek idę bawić Malucha, we wtorek mam nockę u B.. Przecież jestem Dzielną M. ;P. Zregeneruję się przez weekend...


http://www.niam.pl/pl/artykul/606-niesforne_dzieci_w_restauracji