...

...
M.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Damą być ;P.

Paradoksalnie – im większy mam zapierdziel, tym bardziej chce mi się pisać. A im więcej mam wolnego czasu – tym ciężej mi sięgnąć „po pióro” ;P. A jak już sięgam, to po to, by napisać o damskich prezerwatywach albo o metodzie Yuzpego... ;]. A na blogu zero życia ;P. Ale spokojnie - już nadrabiam ;).

       W sobotę byłam na weselu i chyba temu wydarzeniu powinnam poświęcić najwięcej miejsca ;). Wiem, że jeśli nie opiszę tego od razu – później ciężko będzie mi do tego wrócić. Zawsze tak mam. Z wieczorem panieńskim było identycznie. Obiecywałam, obiecywałam i co? Ostatecznie nic nie napisałam ;P. A teraz ciężko mi wrócić do tego, co było trzy tygodnie temu, bo wspomnienia wywietrzały i tekst, który wtedy byłby lekki i naturalny - teraz stał by się wymuszony i naciągany. 
Norma.
Tak więc, do rzeczy ;P.
Wesele było super! ;).
Ludzie, zabawy, muzyka, jedzenie, obsługa... Wszystko mi się podobało ;).
       Jedynie przygotowania do imprezy sprawiły mi nie lada trudności, bo jestem kompletnie „nieprzywyknięta” do strojenia się, malowania i robienia na bóstwo. Ubieranie sztywnej, nowej sukienki oznacza dla mnie katusze i niewygody. Robienie makijażu uważam za zbytnią ekstrawagancję. Wystarczą mi pomalowane rzęsy. Czyli właściwie nic nowego ;P. Fryzura? Proszę Was. Jaka fryzura? ;D. Koczki, loczki. NieDajBożeFryzjerka... Nie, nie. To nie dla mnie. 
        Włosy związałam dużą czarną gumką w wysoki kucyk. Oprócz tego, że frotka była nowa (czyt. sprężysta, jędrna i nie ponaciągana), więc włosy fajnie się ułożyły, kucyk był zwyczajny do bólu. No ale w sumie właśnie o to mi chodziło ;]. Żebym czuła się dobrze i naturalnie. Zero brokatów, tiuli, zbędnych cekinów i błyskotek.
Nie potrzebowałam stresować się, że wyglądam jak "stara maleńka" albo że włosy są sztywne od pianki czy lakieru. Albo, że jak poskaczę, włosy się rozczochrają. Oprócz tego, że nienawidzę mieć na sobie żadnych pudrów, podkładów i fluidów, nie lubię też żeli, pianek i lakierów. Chyba, że lakier do paznokci i żel pod prysznic ;P.
Pod tym względem chyba odbiegam nieco od reszty kobiet.
I to nie tylko z przygotowaniami do wesela ;).

Szykowanie się do wyjścia na zwykłą imprezę zajmuje mi tyle, ile przeciętnie zajmuje rześki prysznic, mycie i suszenie głowy oraz nakładanie na rzęsy warstwy czarnego tuszu. Wolę dłużej moczyć się pod prysznicem niż ślęczeć przed lustrem z toną upiększaczy.
Nie lubię biżuterii (poza szalonymi kolczykami, typu włóczkowe truskawki, plastikowe zameczki, modelinowe duszki...).
Nie mam pierd***a na punkcie butów i torebek. 
Niechętnie wydaję kasę na eleganckie ciuchy i balowe sukienki.
Nie lubię "być zrobiona".
Nie lubię się wyróżniać. 
Nie umiem zrobić sobie porządnej kreski pod okiem.
Na powiece ani tyle...
Nie prostuję włosów. 
Nie używam podkładu do twarzy ani zalotki do rzęs.
Nigdy nie miałam uszminkowanych ust.
Nigdy nie byłam u fryzjera.
Ani u kosmetyczki :P.
Zamiast dostać drogą biżuterię, ja wolałabym dostać jakąś seksowną bieliznę.
Zamiast karnetu do SPA - karnet na siłownię albo na basen.
Zamiast czerwonych szpilek na niebotycznie wysokich obcasach - koturny, proste baleriny albo najlepiej... buty do biegania ;P.
Zamiast kwiatów - książki... I to nie romansidła, ani nie Grey'a, tylko thrillery Gerritsen albo Slaughter lub sagę Larssona ;P.


http://www.tapetus.pl/135676,dwie-siedzace-kobiety-olta-sukienka-niebieska.php


        Do tego wszystkie te babskie czynności, które powinnam mieć w genach/ we krwi/ w małym palcu (?)- dla mnie są nie do przeskoczenia.
Wiedza na temat rodzajów podkładu.
Jaka jest różnica między fluidem, a pudrem.
Jaki puder dobrać do jakiej karnacji.
Eyelinery, toniki, bronzery, błyszczyki, maseczki kolagenowe, płyny dwufazowe i inne mazidła...
Umiejętność dobierania koloru cieni do barwy pomadki.
Tajemna sztuka chodzenia na dwunastocentrymetrowych szpilach.
I pilnowanie, żeby wyglądać "och, ach" i w ogóle idealnie, równocześnie dobrze się bawiąc ;P.

Szałaput? Roztrzepaniec? Dziwak? A może po prostu osoba, którą nie bawi mumufikacja na żywo i spędzanie zbyt wielu czasu na poprawianiu natury? ;).
Chciaaałabym umieć zrobić z sobą COŚ, żeby wyglądać inaczej, ładniej, lepiej.
Ale nie umiem ;P.
Póki co, to COŚ to jedynie rozpuszczenie/ związanie do góry włosów, pomalowanie paznokci na krwistoczerwony kolor albo przekonanie się do legginsów.
Poza tym nic.
Nada.
Dalej stawiam na naturalny wygląd... ;P.
I nie wiem, czy to się zmieni w najbliższym czasie ;].

       Faza przygotowań była więc pasmem stresów i nerwów. Bo miętowy lakier (choć drogi jak fiks ;/) nie pokrył ładnie pazurków. Bo druga warstwa wyglądała, jakbym utytłała paluchy w farbie. Bo wyglądało to nieładnie i nieciekawie. Bo siostra powiedziała, że mam brzydkie, krótkie paznokcie każdy innego kształtu. Bo jak już wreszcie pomalowałam paznokcie u nóg, lakier starł się przy zakładaniu butów, choć było już parę godzin po malowaniu.
Awrrr...
        Ostatecznie na dłoniach miałam lekki, bezbarwny lakier, a paznokcie u stóp były miętowe, choć nie mogę powiedzieć, że wyglądało to idealnie... ;P.
Potem ubzdurałam sobie, że sukienka mnie pogrubia, bo falbanka robi wrażenie, że mam fałdę tłuszczu na brzuchu, a przecież jak mogłabym tak wyjść między ludzi? ;P. Później stwierdziłam, że mam brzydkie, poocierane kolana, pokiereszowane (bieganie bez skarpetek...) stopy, za duże cycki i za małe oczy ;P. Nie no, żartuję. Tzn. - mam, ale akurat tego dnia nie zwracałam na nie uwagi, bo zaczęłam się już martwić, czy będę w ogóle umieć tańczyć do weselnych hitów ;P.
       Na szczęście moje obawy były nieuzasadnione, bo choć tańczenie wciąż nie jest moją mocną stroną, to jednak nie przeszkodziło mi to w poruszaniu się tak jak lubię i tak jak potrafię. Szalałam, wygłupiałam się i w efekcie bawiłam się świetnie ;). Muszę przyznać, że w tańcu  kieruje się mną równie ciężko co w życiu ;D. Nie lubię dawać się naciągać ani robić tego, na co aktualnie nie mam ochoty. Jak coś idzie nie po mojej myśli – szybko zgłaszam sprzeciw i odpędzam się od partnera jak od namolnej muchy ;). Mimo wszystko najlepiej wychodzi mi kręcenie się wokół własnej osi i wokół partnera. Kręcę się jak trąba powietrzna. Obrót za obrotem. W sobotę o dziwo – wcale nie kręciło mi się przy tym w głowie ;P. To pewnie dlatego, że tym razem w ogóle nie piłam. Znaczy się – toaścik za zdrowie Młodej Pary i owszem, ale poza tym nic, bo znów miałam pełnić Super Rolę Kierowcy... Nie, nie SuperKierowcy... Do tego trochę mi brakuje. Szczególnie, kiedy jadę automatem W... Szczególnie, kiedy podpity W. sunie ręką od mojego kolanka do mojego uda. Szczególnie, kiedy stopy bolą mnie po kilkugodzinnym skakaniu. I szczególnie, kiedy oczka kleją mi się, jakbym je zatarła Super Glue ;P.
       I co jeszcze mogę powiedzieć o weselu? ;]. Welonu nie złapałam, więc na moim weselu nie zatańczycie za szybko ;). Jedzenie miałam wegetariańskie i ogólnie było bardzo dobre, choć problem tkwił w częstotliwości i ilości podawanych posiłków ;P. Po prostu – było tego za dużo i za często. Talerz makaronu ze szpinakiem, który wylądował przed moim nosem, ja podzieliłabym sobie na cztery obiady. Zjadłam, ile mogłam (a mogłam podziobać trochę zieleniny i wciągnąć parę świderków ;P), więc kelnerzy przez jakiś czas omijali mój talerz, bo chyba myśleli, że jeszcze nie tknęłam jedzenia, podczas gdy ja byłam już pełna i wiedziałam, że nie wcisnę ani kawałeczka więcej ;D. 

W butach na obcasach wytrzymałam do 2. 
Bawić skończyliśmy się o 4. 
Do domu wróciliśmy z W. o 5. 
Spaliśmy do 10. 
W łóżku leżeliśmy do 14. 
Śniadanie jedliśmy przed trzecią ;). 
Później zjadłam jeszcze tylko szarlotkę i pół babeczki (w sumie to wydziobałam owoce, budyń i ciastko zjadł za mnie W. :P) i wypiłam mrożoną kawę i to wystarczyło mi na cały dzień, więc jak widać – na weselu nie głodowałam ;P.
Niedzielę poświęciłam na obijanie się i na totalne nieróbstwo. 


      W czwartek/piątek mają być „poprawiny” na działeczce, gdzie był wieczór panieński, ale nie wiem czy dam radę pójść... ;/. Mój W. ma służbę w piątek, a ja w sobotę idę bawić dziecko od rana... ;/. Zresztą – nie ma co planować, bo znając życie, jeszcze ze sto razy się zmienią ;P.



PS Wesele było świetne, ale nie zapraszajcie mnie w tym roku na kolejne, bo jestem SPŁUKANA, a prawdopodobnie muszę sobie sprawić laptopa, bo mój jest raczej nie do uratowania... :(. Nie mówiąc już o końcowosierpniowej wycieczce do Warszawy, na którą też wydam trochę kasy. I o tym, że ostatnio marzy mi się kupienie całej serii książek Karin Slaughter i nawet przekonywanie się, że „nie mam czasu czytać” nie przeszkadza mi w szukaniu tych książek po internetowych księgarniach  i Allegro ;P.


http://amya.pinger.pl/m/5483642

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz