...

...
M.

sobota, 2 sierpnia 2014

Najbardziej Męczący Sport Świata ;]


Myślałam, że Ewka Chodakowska daje wycisk. 
Potem doszłam do wniosku, że bieganie daje większy. 
Teraz wiem, że ani Chodakowska ani bieganie nie męczą tak, jak dzieci ;P. 

        Zmęczona byłam już w czwartek. Po kilku dniach przebywania i opiekowania się dziećmi. W sumie nie wiem, CZYM tak naprawdę byłam zmęczona, bo nie siedziałam z nimi 24 godziny na dobę, ale jednak czułam się wypompowana. Byłam wymordowana do tego stopnia, że wieczorem rozpłakałam się, kiedy W. przez telefon stwierdził „Ale to dobrze, że przez cały tydzień bawiłaś dzieci. Nabierzesz wprawy do własnych”... ;P. Rozłączyłam się, łkając w poduszkę, że prędzej ogłoszę dożywotni celibat niż świadomie zdecyduję się na dziecko w ciągu najbliższych kilku lat ;P. Potem poszłam się wykąpać, żeby zmyć z siebie całą frustrację i zmęczenie. Kiedy strugi wody bombardowały moją głowę, myślałam: „Jutro zero dzieci. Zero kaszek, pieluch, zabaw, odpowiedzialności, marudzenia, usypiania, Lego, kołysanek, bajek, gier planszowych i grymaszenia przy jedzeniu”. 
         Odświeżona wyszłam z kabiny i opatuliłam się ręcznikiem. Drrr... Telefon. Zadzwoniła mama B. Tego 8-letniego. Poprosiła, czy nie mogłabym się zająć Młodym cały piątek. Od 8 do 18.00. Asertywna M. mówiła „Nie gódź się na to, miałaś sobie odpocząć”, Dobra (i potrzebująca kasy) M. powiedziała na głos „Tak, jasne, że przyjdę”.
         Tak więc w piątek znów wstałam o 7 i przed ósmą zastukałam do drzwi sąsiadki. B. jeszcze spał. Pięć minut później był już na nogach. Spędziłam z nim calutki Boży dzień.
Nie mogę narzekać, że było jakoś strasznie źle. Nie płakał. Nie marudził. Nie pyskował. Nie robił nic strasznego. Ale był męczący – jak to dziecko. 
        Rano nie chciał jeść, więc musiałam się nieźle nagimnastykować, żeby zmotywować go do wiosłowania łyżką w cynamonowym od słodkich kwadracików mleku. Potem miauczał, żebym patrzyła jak gra w Lego Przygodę na Xboxie, a tępe wpatrywanie się, jak ktoś gra w grę jest dla mnie średnio fascynujące... Przed dziesiątą nakazałam B. założyć przygotowane przez jego mamę ciuchy, wzięłam pod pachę samochodowy fotelik i nawołując „Uważaj pod nogi. Uważaj, auto jedzie. Uważaj na psa” poczłapałam do domu. Musiałam jechać z szynszylastym do weterynarza, więc ustaliłam z panią A., że Dzieciak jedzie ze mną. O ile samo zabieranie ruchliwego gryzonia do Sanoka jest dość karkołomne (Młody wierci się, ucieka, wchodzi mi na ramię) i ApsikoPędne (sierść szynszyli jest lekka i miękka jak puszysta chmurka, ale ma jedną wadę – kiedy lata po całym aucie i wtyka mi się do wszelkich otworów ciała, typu oczy, usta, nos, przestaje być milutka ;P), o tyle pamiętanie o tym, by dziecko zapięło pasy, żeby nie kręciło się, żeby nie nudziło się w drodze itd. też proste nie jest :P. Potem B. poszedł ze mną do gabinetu weterynarki. Zaglądając mi przez ramię, patrzył szeroko otwartymi oczami na zabieg przycięcia zębów. Mam nadzieję, że nie nabierze dentystycznej fobii ;]. Przytuliłam wymęczonego Borysa (nie obeszło się bez wyrwania ząbka.... ;/), wpakowałam całą ferajnę do auta („B. masz zapięte pasy? Nie zostawiłeś ludzika Lego w gabinecie? Zamknąłeś drzwi samochodu?”) i wróciliśmy do domu. Włożyłam Boryska do klatki, odfajkowując jedno zadanie. 
          B. zaczął się kręcić na moim obrotowym krześle. Jakoś wcale nie miał ochoty iść do swojego domu. Zdecydowanie bardziej wolał bawić się z moim psem. Pedro na początku był zadowolony (nie na co dzień ktoś rzuca mu piłeczki i naciąga z nim miśka na podjeździe), jednak wraz z upływem czasu robił się coraz bardziej zmęczony. Wzięłam dwóch budrysków na spacer. Kosmatego na smycz, Młodocianego za rękę. Wróć. Za rękę iść nie chciał, więc hasał obok mnie jak młoda kózka. Pospacerowaliśmy dorośle po alei, powygłupialiśmy się dziecinnie koło szkoły. Mam nadzieję, że nie zostałam przez nikogo rozpoznana, jak bawiłam się z B. w szpiegów, udając, że Pedro jest psem gończym i zerkając do starego szkolnego gmaszyska przez okna i uciekając, wiedząc „obcych” (w sensie – jakichś facetów). Grunt, że B. miał radochę i że czas szybciej mijał. Później znów poszliśmy do mojego domku i siedzieliśmy tam prawie do wieczora.        
            Tzn. „siedzenie” to może złe słowo. B. biegał po podwórku, układał jakąś budowlę z desek i cienkich listewek, próbował oblewać Pedra szlauchem, co chwilę biegał na górę sprawdzać, co robi szynszylasty, bawił się z psem w Chowanego... W domu z kolei oglądał bajkę. Chociaż „oglądał” to też za spokojne sformułowanie. „Oglądać” to siedzieć ze wzrokiem wbitym w ekran i analizować treść bajki, tak? No chyba tak. A mój podopieczny ani nie siedział, ani nie patrzył na TV. Za to: wieszał się na oparciu kanapy, turlał się po fotelach, skakał z sofy na fotele, zakopywał się pod narzuty i wspinał po poręczy fotela jak małpa. Poza tym bawił się, że podłoga to lawa i musiałam robić mu tor przeszkód z salonu do kuchni (krzesła, taborety, pufy, moje plecy), żeby B. kursował wte i nazad, nie dotykając podłoża. W międzyczasie zjadł trochę krupniku, kilka małych kromeczek chleba z masłem i dwa racuchy. Jedyny plus - bo B. to straszny niejadek ;). Ja w międzyczasie pilnowania, żeby harce B. nie zakończyły się połamanymi kończynami, zdewastowanymi meblami i uduszeniem Pedra, zdążyłam: pomalować paznokcie u nóg (niezbyt pięknie, bo ciężko się skupić na malowaniu, jednocześnie upominając dziecko, żeby nie deptało grządek i nie wyrywało podejrzanie wyglądającego grzybka z trawy), sprzątnąć suszarkę do naczyń, umyć gary, zrobić i zjeść obiad, naobierać ziemniaki do obiadu rodziców, wyrzucić kosz i zetrzeć kurze w pokoju.
Hm. Teraz tak się zastanawiam, jak ja to zrobiłam przy ciągłym wołaniu B.: „Gdzie jesteś, M.?”, „Co robisz, M.?”, „Dlaczego nie patrzysz jak forsuję przeszkody, M.?”, „Ja chcę kanapkę z masłem, M.”, „Ja chcę inną bajkę, M.”, „M., pobawimy się w budowniczych?”...


         Dziś też miałam 100% postanowienie odpoczynku. Ale jak odpoczywać w takim bałaganie? Klatka Borysa niesprzątnięta. Na porozsypywanej karmie można się zabić. Stan przestrzeni pod łóżkiem i za biurkiem po wybiegach Boryska też woła o pomstę do nieba. No i te wszechobecne książki...
Od rana więc odkurzam, ścieram, myję, pucuję, dopieszczam półeczki i miseczki (w sensie – czyszczę je z Boryskowego piasku polepionego śliną) i myślę, że jeśli W. mi się oświadczy i powie „Zamieszkajmy razem i zróbmy sobie dziecko”, palnę go w łeb ;P.


PS W niedzielę prawdopodobnie pojadę na zakupy do Rz-wa. Nie wiem czy cokolwiek kupię, bo jestem obecnie na etapie przeliczania złotówek na godziny opieki nad dziećmi i ciężko mi wydać każdy pieniądz, bo wiem, czym on pachnie ;P.
Aaaa... W poniedziałek idę bawić Malucha, we wtorek mam nockę u B.. Przecież jestem Dzielną M. ;P. Zregeneruję się przez weekend...


http://www.niam.pl/pl/artykul/606-niesforne_dzieci_w_restauracji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz