...

...
M.

środa, 6 sierpnia 2014

Tupot małych stópek ;)

Od dwóch tygodni nie biegam. 
Sportowe buty leżą rzucone w najciemniejszy kąt szafki. 
Legginsy i bluzki walają się zmiętolone na półkach.
Ale to, że nie biegałam po stadionie, wcale nie oznacza, że nie miałam ruchu ;P.

Wszystko dlatego, że półtoraroczne dziecko jest idealnym motywatorem do ćwiczeń. 
W ciągu paru dni, kiedy bawiłam Małego B., nazginałam się, napodnosiłam, naschylałam i nachodziłam jak nigdy ;). I namęczyłam – swoją drogą. Wiem, że nie mogę narzekać, bo Maluch naprawdę jest słodki i spokojny. Ale jednak wciąż jest dzieckiem. I zachowuje się jak dziecko. Chodzi, bada, szuka, sprawdza wytrzymałość opiekuna, a czasem płacze i marudzi. Jego prawo ;). W końcu jest dzieckiem.

Pierwszego dnia bawienia B. było idealnie.
Po prostu bajka ;P.
Odnalazłam się w roli niani znakomicie. Wszystko szło świetnie.
Dziecko przywitało mnie pogodne i zadowolone. Od razu poszło do mnie na ręce, dało się zająć i zabawić. Bez problemu zmieniłam mu pampersa. Mały nie kręcił się, nie uciekał z przewijaka.
Anioł.
Anioł w pieluszce ;P.
Później piaskownica, spacerek, deserek...
Sielanka.
Kaszka w butelce, parę minut bujania w bujaczku i już Młody witał się z Morfeuszem...
          Umyłam butelki i miseczki, wytarłam blat w kuchni. A potem zaparzyłam sobie czerwoną herbatkę i zgodnie z instrukcjami Pana Domu, zasiadłam na tarasie. Z włączoną elektroniczną nianią. Z książką. Z telefonem. Zjadłam parę pomidorków z krzaczka. Ogołociłam inny krzaczek z borówek amerykańskich. Trzy razy poszłam upewnić się, czy Mały śpi. A poza tym kręciłam się w hamaczkowym siedzisku na zewnątrz, jednym okiem zerkając na książkę, drugim łypiąc na telefon. Pięć godzin zajmowania się spokojnym maluchem, dwie godzinki relaksu w hamaku. Przyznacie, że taka praca jest jak najbardziej przyjemna? ;]

         Drugiego dnia praktycznie bez zmian. Jedynie niespodzianka w postaci kupy w pampersie, na co wrażliwa na zapachy M. nie zareagowała zbytnią radością ;P. Ale wstrzymywanie powietrza i radosne gruchanie do dziecka pomogły udawać, że nie czuję tego średnio przyjemnego zapaszku i nie widzę średnio przyjemnego widoczku ;P.
Później znów – rowerek, spacerek, deserek...
Wszystko szło świetnie. Mały siedział grzecznie w wózku. Ja miałam intensywniejszy spacer, bo musiałam pchać przed sobą czterokołowy pojazd.
Herbatka w kubku – niekapku.
Chrupki kukurydziane.
Obserwowanie kózek i kurek w zagrodzie.
Brak problemów z usypianiem.
Hamaczek, książeczka, kubeczek z parującą pu erh..
Idealnie ;]


          Trzeciego dnia równie miło. B. był grzeczny i spokojny. Na spacerze zasnął mi w wózku. Pewnie zmęczył go upał i miarowe kołysanie ;P. Przy przenoszeniu go z wózka do łóżeczka, starałam się zachować maksymalną delikatność. Mruczałam mu coś do sennego uszka, przytulałam bezwładne ciałko do siebie. Wydawało mi się, że jest tak słodko rozmemłany, że spokojnie odpłynie w Krainę Snu.
Ehe.
Niedoczekanie...
Rozbudził się, kiedy tylko poczuł pod pupą materacyk od łóżeczka.
Ignorując szeroko otwarte ślepka, poszłam zrobić mu butlę.
Udając, że nie widzę jego uśmieszku i figlarnych błysków w oczach, wpakowałam butelkę do rozdziawionej buźki.
Nie zwracając uwagi na powieki, które jakoś nie miały ochoty opadać, nuciłam jakąś otępiająca melodię.
Du**.
Było po spaniu.
Nie pomógł ani bujaczek, ani smoczek, ani mizianko, ani mruczanko.
Poturlaliśmy się chwilę po łóżku (ja wciąż z nadzieją, że Młody w trakcie robienia przewrotu na atłasowej kołderce, nagle zapadnie w kimono, jakby dostał zastrzyk ze środkiem uspokojającym...), poprzytulaliśmy iii... poszliśmy się bawić.
        Ja w przeciwieństwie do B. nie miałam chroniącej przed słońcem czapeczki na spacerku. Ja nie siedziałam w wózku jak Królowa Angielska. Ja łaziłam jak głupia przez dwie godziny, bo zachciało mi się wietrzenia dziecka ;P. A rano nie dostałam porcji kaszki z jakimiś dopalaczami, żeby popierdzielać cały dzień i nie mieć ochoty na spanie ;P. Ja wstałam o 7 rano, bo musiałam, a nie dlatego, że mnie nosiło ;P. Ja w południe byłam już zmęczona. Ja chętnie bym sobie kimnęła. Na hamaczku. Na fotelu. Na kanapie... Nawet na podłodze ;P. Niestety odpoczynek nie był mi dany, bo jak miałam spać, skoro dziecko spać nie chciało? ;P. Ale i tak nie było tak źle – nie było płaczu, kupy, marudzenia. Było okej.

        Ostatniego dnia była rewolucja. Rewolucja pt. „Bunt”. Bunt, kiedy przyszłam do domu Małego. Bunt, kiedy chciałam go wziąć na ręce. Bunt, żeby mama wyszła z domu.
O kurczę.
Co się stało? Co się stało, ja się pytam? ;P.
Chwila stresu. Chwila paniki.
Chwila gimnastyki pt. „OlaBogaJakGoOdczepićOdMaminejSpódnicy?!”
Uff...
Jakoś poszło. Zagadałam („Popatrz, jaki samochodzik! Łał! Jaki ładny! Czerwoniutki jak pomidor. Popatrz, jak sobie jedzie po drodze. Brrr, brrr... Trututut... Piiii piiip!. Podoba Ci się takie autko...?” ), zabawiłam.
Mamcia czmychnęła po angielsku. Odetchnęłam, bo Młody nie zorientował się, że wyszła.

Został jego siedmioletni brat. Wyrozumiały, cierpliwy, spokojny starszy braciszek.
Zawsze mi pomagał.
Zawsze pozwalał Małemu wchodzić do jego pokoju.
Zawsze był grzeczny.
Tego dnia był jakiś przewrót. Kolejny bunt na pokładzie... :D.
Zamiast wesołych zabaw ze starszym bratem – bijatyki, płacz, foch i pretensje.
Bo on mi zabiera zabawki.
Bo on mi niszczy budowle Lego.
Bo on jest za mały.
Bo on jest niedobry.
Bo ja go nie lubię.

Ja pitolę! 
Kogo ratować? Kogo uspokajać? 
Łkającego Poszkodowanego Nr 1. czy Ryczącego Poszkodowanego Nr 2.?
Rozhisteryzowanego M.?
Zapłakanego B.?

Mina Małego wyrażała czystą rozpacz.
Jak to nie mogę się bawić słuchawkami?
Jak to nie mogę rzucać autkami?
Jak to nie mogę dotknąć tego Spidermana?
Jak to nie możemy iść do pokoju pełnego zabawek?

Łeee...
„Ojej, nie płacz, B.” - zagruchała M. Pocieszycielka Strapionych.
ŁEEEEE!!! - rozwył się głośniej.
Akcja – ewakuacja. Na podwórko, gdzie jest piaskownica i zabawki i babki z piasku i basen i kooootek...
Łeee!!! - nie muszę tego wyjaśniać, prawda...?
Okej, okej.
To może spacerek?
Łeeeeee!!! - awrrr...
Ajaj. Niania spocona. Niania przerażona. Niania zastanawia się, czy wszyscy sąsiedzi już słyszą, że dziecko się drze, jakby je obdzierała ze skóry.
OMG...
O.M.G.


       Kiedy łezki przestały płynąć po pucułowatej buźce, kiedy Mały zajął się zabawą, zapominając o płaczu i marudzeniu, kiedy poszliśmy na spacer, do koników, do kurek, kiedy zjadł deserek, kiedy wtrąbił kaszkę, kiedy zasnął...
Byłam P-R-Z-E-S-Z-C-Z-Ę-Ś-L-I-W-A ;].

Przyjechała jego mama. Zdałam jej Raport Specjalny. Dostałam zapłatę za opiekę nad dzieckiem.
Do domu wracałam w podskokach. Śpiewając sobie pod nosem (nie chcecie znać słów tej spontanicznej piosenki, pod niebiosa wychwalającej cud antykoncepcji), uśmiechając się do siebie...

W domu siekłam się na łóżko. I mruczałam, mruczałam, mruczałam... ;P.
Ach ;P.

Fajnie jest być nianią.
Fajnie jest być przedszkolanką.
Fajnie jest zajmować się dzieciaczkami.
Fajnie słyszeć tupot tych małych, tycich tycich stópek...

...ale tylko w telewizji, u znajomych albo w snach.
A potem wyłączyć telewizor, wrócić do domu albo obudzić się.
Oooo, tak.
Tupot małych stópek doprawdy jest słodki ;)

Ale tylko na chwilę ;P.

PS A dziś, skoro nie bawię półtoraroczniaka - idę pobiegać ;P ;P ;P.


http://mamatomaka.pl/sls-sles-silikony-parabeny-wrogowie-skory-twojego-dziecka/280

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz