...

...
M.

poniedziałek, 29 września 2014

3 razy K ;)

Okej.
Trzeci raz próbuję zacząć ten wpis i jeśli jeszcze raz skasuje mi się wstęp, wyrzucę swojego nowego laptopa przez okno.
Zrozumiano?
No. Więc proszę mi nie brzęczeć wkurzającym dźwiękiem, że wciskam coś źle i nie kasować tekstu, bo dopiero się uczę pisać na innej klawiaturce ;).

Tak to jest z przyzwyczajeniami i pisaniem na pamięć. Zwykle piszę, jakbym brała udział w wyścigach. Nie mam czasu patrzeć na klawiaturę, no i teraz mam. Kłopot ;P.

Ale nie o tym miałam pisać.
Chociaż w sumie to nie mam żadnego pomysłu na dziś.
Upłynęło za dużo czasu od ostatniego wpisu, więc zdążyło się trochę wydarzyć, trochę pozmieniać.
Na pewno humor mam dzisiaj lepszy.
Polepszył się już dzień po dodaniu tamtego posta ;).
Zupełnie, jakbym zrzucając z siebie część żali, pozbyła się złego nastroju.

W tamtym tygodniu miałam większy luz.
Wszystko dzięki złemu samopoczuciu i przeziębieniu.
Po prostu nie miałam siły działać na takich obrotach jak zwykle.
Chodziłam tylko do Toś, a po powrocie z pracy odpoczywałam z książką albo oglądając serial ("Skazany" twice ;P).
Teksty i pisanie pracy leżało.
I bynajmniej wcale mnie to nie martwiło. Nie poszłam na zumbę, nie biegałam.
Za to odwiedziłam znajomych z dziećmi i oglądałam z dziewczynkami "Krainę Lodu" ;).
A w domu ukochane 3 razy K.
Kocyk, kubek, książka ;P.
W taką porę, kiedy robi się zimno i ponuro (i nie daj Boże - deszczowo), najlepiej siedzi się pod kocem z kubkiem wypełnionym czymś smacznym i gorącym, z dobrą książką i cichą szemrzącą muzyką w tle.
A może tylko ja mam takie upodobania jesienną porą ;).


Weekend też miałam leniwy do bólu.
W sobotę kilka godzin byłam u Toś, potem jakieś pobieżne porządki, czytanie, film i wieczorem spotkanie z W.
A w niedzielę cały dzień na motorze.
Nogi okrutnie mi zdrętwiały, bo choć nowe specjalne spodnie i buty na jazdę są ciepłe i nie przepuszczają wiatru, są też mega niewygodne ;P. Chodziłam więc, stawiając szeroko nogi i wyglądając przy tym na 10 kg więcej ;P.
Ale wycieczka była udana.
Byliśmy w Przemyślu, Arłamowie i Sanoku.
Aaa... I na Kalwarii Pacławskiej, ale tylko przelotem. Tacy z nas bezbożnicy, że nawet się nie pomodliliśmy w kościele ;P.
Chociaż mój Strażak był zadowolony, że choć raz nie straciłam kasy, odwiedzając nowe miejsce. Zwykle gdzie nie pójdę, tam coś kupię. Kolczyki, książki, pamiątki. Ale co niby miałam kupić na dewocjonalnym straganie? Butelki w kształcie Maryi czy święte kolorowanki...?
Obiad zjedliśmy w Xavito, więc byłam zadowolona, że nie muszę się wysilać i gotować sobie czegoś z półproduktów u W.
Dzień upłynął strasznie szybko, pewnie dlatego, że strasznie szybko robi się też ciemno.
Wieczorem kupiłam sobie jeszcze parę drobiazgów w Biedronce. Zeszyty z WWF, na których roi się od pand i składane wzorzyste pudełko, do zabrania na studia.
Bo wyjazd na stancję zbliża się wielkimi krokami i słabo mi się robi na myśl o pakowaniu, wyjeżdżaniu i końcu wakacji...



A dzisiaj wcześnie wstałam z ambitnymi zamiarami, ale laptop odmawia mi posłuszeństwa skarżąc się na brak pakietu Office, więc moje plany palą się na panewce i zamiast wzmożonej pracy, będę intensywnie leniuchować ;P.
A później intensywnie bawić, bo na drugą idę do małego Bąbla.
Jeszcze tydzień będę ją niańczyć, potem wracam na studia.
Może w weekendy będę czasem pomagać przy Toś, ale skończą się codzienne spacerki i śledzenie codziennych postępów rozwojowych ;).
Szkoda, bo takie maluchy zmieniają się z dnia na dzień i fajnie jest obserwować, jak nabierają wciąż nowych umiejętności.
Ostatnio Toś zrobiła się bardzo żywa. Kręci się i wierci, więc trzeba na nią uważać i nie wolno jej zostawiać samej na łóżku, żeby nie fiknęła na dywan.
Przechodzi też obecnie fazę fascynacji ludzką twarzą. Oczy. Włosy (zwłaszcza, jeśli można za nie ciągnąć) usta, policzki. Wszystko ją interesuje. Często wpatruje się we mnie z taką uwagą, że jestem zszokowana, jak bardzo pięciomiesięczne dziecko może być skupione. 
Dotyka moich policzków, głaska je, czasem podszczypuje, często gęsto szczypie do czerwonych śladów ;).
Kochana jest. Strasznie się z nią zżyłam. Pewnie dlatego, że jest najmłodszym dzieckiem, jakie bawiłam, no i bawię ją ze zdecydowanie największą częstotliwością ;).


Ok.
Teraz uciekam, zająć się tym, czym zajmować się powinnam, a Wam życzę miłego dnia/popołudnia/wieczoru w zależności od tego, kiedy natrafiliście na ten wpis ;)


PS Czy Wam też wakacje upłynęły w zawrotnym tempie...? ;)


http://www.facehairbodycare.pl/2013/11/25-pomysow-jak-przyjemnie-wykorzystac.html





 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz