...

...
M.

piątek, 31 października 2014

Miód, malina ;)

Przeziębienie  - dzień 14.
Codziennie słyszę dodające mi otuchy słowa "Ale Ty źle wyglądasz, M." i zdziwione głosy, mówiące: "A Ty DALEJ chora?!".
Albo te, które najbardziej lubię: "Chyba jesteś jeszcze bardziej podziębiona niż tydzień temu".
I "To na pewno Ebola!".
Taaa...
Już nie pamiętam, jak to jest kłaść się spać bez stosu poduszek i tony chusteczek i jak fajnie jest przespać noc bez męczącego kaszlu.
Ale prognozy są dobre. Powoli zaczynam już oddychać przez nos, co umożliwia mi jedzenie i spanie bez jęzora wywieszonego jak u zmachanego psa.
Kaszleć kaszlę w sumie ciut mniej. Ale tylko ciut, bo dla tego, kto wcześniej nie słyszał mojej twórczości pt. "Mokro - sucho - krtaniowo" , mówi :"Ojej. Jak Ty rychasz!" i gorączkowo rozgląda się, jakby tu chyłkiem czmychnąć z pola rażenia moich wirusów.
Wciąż mówię nosowo, ale grunt, że przestałam chrypieć.
Od paru dni kręci mi się w głowie i robi mi się słabo po przejściu trzech schodków, co oznacza, że biegać zacznę pewnie dopiero po Nowym Roku.
Aaa... Od tygodnia zmieniłam też nastawienie z "byle naturalne" na "dawać chemię i to zaraz". Vicksy, Gripexy, Hot Activy, Fervexy, sól Emska, wapno... Co tylko znajdę w apteczce. Ale mimo hektolitrów mikstur, ja wciąż kaszlę i smarkam.
Tabletki przepisane przez lekarkę też nie zadziałały, więc ogólnie średnio mnie to cieszy.
Przez kilka ostatnich dni chodziłam spać o ósmej, bo nie byłam w stanie utrzymać się na nogach dłużej niż było to konieczne. Można by rzec, że dzięki temu się wysypiałam, ale biorąc pod uwagę fakt, że co noc wybudzam się o 3 (kaszel), rozmyślam do 4 (kaszląc), słucham muzyki do piątej (pokaszlując cichutko, żeby nie zagłuszać muzyki), a potem gram w Brain Champa i oglądam filmy przed śniadaniem, to nie ma tego snu aż tak za wiele ;)
Za to w ciągu dnia dzielnie się trzymam i...wciąż chodzę do Toś :D. Nie wiem, jakim cudem jeszcze daję sobie z nią radę w takim stanie ;P.
Ledwo ją taskam po schodach (zatrzymując się co parę kroków i dysząc), co chwilę myję ręce, żeby jej nie zarazić i chwilami nie widzę na oczy ze zmęczenia, kiedy ona dokazuje w najlepsze, krzycząc i buntując się przeciwko drzemce, butli czy grzecznemu siedzeniu w wózku.
Przedwczoraj miała taki koszmarny dzień, że na 8 godzin spała pół godzinki.
Resztę czasu przemarudziła, przepłakała i przekrzyczała.
A ja ją uspokajałam, nosiłam, zabawiałam.
Po raz pierwszy miałam ochotę dać ją komuś innemu na ręce, a sama chciałam położyć się na sofie z zimnym okładem na głowie... ;)


Dziś Mała zachowywała się za to jak aniołek.
Oprócz wrzasku, jaki urządziła mi na Plantach (wyrodna niania nie wzięła butli z mlekiem...) cały dzień była słodka. Gaworzyła, uśmiechała się, miziała mnie po twarzy (nie szarpiąc włosów) i puszczała mi ślinowe bańki. Strużki śliny też puszczała, ale to już nie było takie słodkie, zwłaszcza kiedy z pasją obśliniała mi dżinsy (jasne, świeżo prane. Toś doskonale wie, kiedy warto upstrzyć nowy ciuch efektywną plamą ;P).
Ale ogólnie była przekochana. Ciężko mi było od niej wyjść, zwłaszcza dlatego, że kończy się październik i moja rola "dorywczej niani" stanęła pod znakiem zapytania...






PS No a dziś byłam u lekarki po raz drugi i dowiedziałam się, że moje przeziębienie to nie przeziębienie, tylko zapalenie oskrzeli. Ajć ;P. Oczywiście mam leki, antybiotyki i portfel lżejszy o stówę... ;P. Za to humor trochę lepszy, bo strasznie dużo mam fajnych znajomych, wiecie? ;]. Dziękuję ;):*.
http://theway-tohappiness.blogspot.com/2013/09/cud-miod-malina.html









poniedziałek, 27 października 2014

Pazurki ^^

Jak na osobę, która lubi wszystkich i wszystko i która zwykle ma zajebisty humor, posiadam całkiem pokaźny zbiór rzeczy, które niesamowicie mnie irytują.
Są to*
- zbyt wysoka temperatura podczas snu,
- głośne reklamy w radiu, zamiast głośnej muzyki,
- ostre zapachy,
- mocne łaskotki,
- zgrywanie się aktorek podczas mówienia,
- mdłości (obojętnej etiologii),
- nachalne męskie spojrzenia, kierowane w stronę dekoltu,
- spuszczające się pająki...

* kolejność przypadkowa.

Irytuje mnie też całkiem sporo ludzkich zachowań.
Fałsz - to na początek.
Gderanie (zwłaszcza, kiedy towarzyszy mu podniesiony o dwa tony głos).
Zadawanie zbyt wielu pytań - w tej dziedzinie ostatnimi czasy wyspecjalizowała się moja mama. Fakt - niepotrzebnie rozmawiałam z nią prawie o wszystkim, ale to nie powód, żeby męczyć i dręczyć mnie pytaniami, kiedy nie wykazuję chęci do zwierzeń...
Zawracanie głowy. Szczególnie kiedy jestem czymś zajęta.
Nadopiekuńczość (nie mylić z subtelną troską).
Namawianie do jedzenia (tego czego nie lubię) i picia większych ilości % niż chcę.
Krytykanctwo.
Pustactwo.
Próżność.

Frustruje mnie jeszcze parę innych rzeczy i zachowań, ale zdecydowanie najgorzej jest wtedy, kiedy wszystko na raz się skumuluje i muszę porządnie się zmotywować, żeby nie rzucić w kogoś czymś ciężkim i masywnym... ("Jeśli chcesz iść do Policji nie możesz być karana..". "Jeśli chcesz pracować z dziećmi, nie możesz być karana..."). Taaa... M. i jej perfekcyjna sztuka wizualizacji... ;).

Pechowo dziś miałam właśnie taką wielką kumulację nieprzyjemnych zdarzeń.
I to akurat teraz, kiedy dopiero co rozstałam się z chłopakiem, kiedy z niecierpliwością i stresem czekam na odpowiedź w sprawie wysłanego CV, kiedy znajomy narobił mi nadziei, że w przyszłym roku szykują się przyjęcia do Policji i kiedy przynajmniej raz w ciągu dnia mam ochotę wlać sobie w usta kieliszek czystej, żeby oszukać ból wyżynającej się niesfornej ósemki.
Awrrrr...
Nie dość, że przeziębienie ciągnie się drugi tydzień, więc brzuch mam już obolały od napinania mięśni podczas kaszlu, że zażywanie syropu kończy się odruchem wymiotnym (bo jest ohydnie słodko - gorzki, gęsty i imbirowy... ;/), że kroplomierz w kropelkach na odkrztuszanie jest jakiś trefny i pół godziny potrząsam butelką, żeby wydusić z niej 80 kropli (!!!), że mam nos piekący od smarkania i krwotoków spowodowanych smarkaniem, że w nocy nie spałam od 3 do 6, bo średnio się śpi z otwartymi ustami (o obawie, że wejdą mi tam pająki nie wspominając), że przez katar męczy mnie wejście po trzech schodach i że praktycznie nie jem, bo ciężko mi oddychać przy zatkanym nosie i otworze gębowym załadowanym żarciem, to jeszcze Toś dała mi się we znaki, marudząc, płacząc i nie śpiąc praktycznie cały dzień (bawiłam ją 7 godzin, z czego spała pół godziny...). Jej braciszek z kolei chciał, żebym się nim zajmowała i płakał, że chcę bajkę o cyt. "no takich fajnych... Mama wie, jakich" i brzuch bolał mnie z tego samego powodu co co miesiąc, a ja niestety nie mogłam zwinąć się w kłębek pod kocykiem w groszki, z kubkiem herbaty, szynszylem w roli termofora i książką.
Byłam więc zmęczona, smutna, sfrustrowana, chora, zła, poirytowana, głodna i obolała.

Kiedy wyszłam od Małej, marzyłam tylko o tym, żeby wrócić do domu i zrelaksować się, nie słuchając niczyjego płaczu i zawodzenia.
Niestety w domu zostałam zrugana za wszystkie czasy, bo wg żeńskiej części mojej rodziny ośmieliłam nie pozamiatać podłogi przed wyjściem do pracy, tym samym zostawiając w domu nieprzeciętny syf. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że specjalnie, by uniknąć podobnych nalotów, przed pracą latając z językiem na brodzie zamiatałam, mimo, że cały poranek poprawiałam referat i dokańczałam prezentację na studia. Ale co to kogo obchodzi... Przecież starania, deadliny, zaliczenia i stypendia naukowe są nieważne...
Plus - czepianie się, jeszcze raz czepianie, pyskówki, podniesione tony, syczenie, warczenie...



Aaaajj... ;>.

Z tego wszystkiego miałabym ochotę zjeść coś słodkiego na poprawę humoru, ale nie mam w domu szarlotki, a z racji lęku o przytycie i tak nie mogłabym zjeść niczego, co nie jest beztłuszczowe, bezcukrowe i bezsmakowe ;P.
Chciałabym pobiegać, żeby się wyżyć, ale dyszę po przejściu 100 metrów z wózkiem, więc z czym do ludzi? ;P.
Chciałabym gdzieś z kimś pójść, ale nagle wszyscy znajomi nie mają czasu, a faceci, którzy podrywali mnie, kiedy byłam zajęta, zniknęli gdzieś, niczym wessani w czarną dziurę.

Uhhh.
Przynajmniej trochę się wyżyłam stukając energicznie w klawiaturę...
No nic. Może hula hop i słuchanie RMFki wytrzęsie ze mnie emocje ("M. nie słuchaj tak głośno muzyki!!!"), długi prysznic zmyje frustracje ("M. nie wychlapuj wszystkiej wody!!!"), a dobra książka (thrillerek z barwnymi i dokładnymi opisami seksu) na pewno odwróci uwagę od faktu, że od ponad tygodnia zasilam grono singielek... ;P.



PS Ktoś ma dla mnie coś na poprawę humoru? :P. Wyjście na piwo? Pożyczenie książki? Dobry film? Rozmowa? ;P. Biorę wszystko ;).

http://www.kobieta.pl/drukuj/artykul/zimne-stopy-i-rece/

sobota, 25 października 2014

Krótka lekcja usypiania

Toś macha radośnie rączkami, kiedy się z nią witam.
Cieszy się i uśmiecha, gdy wygłupiamy się razem przy lustrze.
Lubi, jak robię śmieszne miny.
Chichra się, gdy "pierdzę" w jej brzuszek.
Patrzy na mnie spod byka, kiedy robię jej "Idzie raczek...".
Chętniej je papki, kiedy wcześniej trochę się ją przegłodzi :D.
Na spacerze siedzi grzecznie w wózku.
W domu równie grzecznie buja się w bujaku.
Słucha czytanej bajki z uwagą godną snajpera.
Nie protestuje, kiedy śpiewam jej piosenki albo gram na dziecięcych cymbałkach.
Zaczęła też współpracować podczas przewijania, nie wkładając łapek do Sudokremu i nie turlając się, kiedy chcę jej założyć nowego pampersa.
Iiii... za cholerę nie chce dać się uśpić! ;P.

Usypianie Toś nigdy nie było zadaniem łatwym.
Niby logiczne - jest niemowlakiem, potrzebuje dużo snu.
Ehe.
Niby jak śpiąca, powinna sama padać, jak zabawka z wyjętą nagle baterią.
Ehe.
Była śpiąca i w związku z tym marudziła tak mocno, że się rozbudzała.
Płacz zmieniał się w krzyk, a usypianie w wyzwanie.

Kiedy szłam z Małą na spacer, wszyscy wkoło szczebiotali na widok słodko śpiącej na brzuszku Toś, z pupą wypiętą do góry i z rączkami ułożonymi nad główką.
Bo wyglądała słodko, nie powiem.
Gorzej, że samo uśpienie było ciężką przeprawą, wymagającą różnych sztuczek i kombinacji.
Ale wszystko było do przejścia ;).
Przeważnie uspokajała się na rękach, więc lulanie, noszenie i kołysanie gwarantowało sukces.
Okupiony płaczem i lamentem, ale sukces.
Często przydawała się też butelka pełna mleka i smoczek uspokajacz.
Toś po półgodzinnym marudzeniu i kwadransie płaczu zasypiała, a ja szpanowałam wózkiem z małym, śpiącym aniołkiem.

Teraz coś jej się poprzestawiało w tej małej kochanej główeczce i Tosik za nic w świecie nie chce spać.

Tzn. spać chce.
Zapamiętale trze oczka, ziewa rozdzierająco i marudzi.
Ale zasypiać już nie bardzo...
Próbuję wziąć ją na ręce - odpycha się gwałtownie do tyłu i protestuje przeciwko przytulaniu.
Nie chce być w pozycji ani leżącej, ani pionowej.
Nie przymyka sennie powiek podczas dotąd niezawodnej butli.
Ze złością katapultuje z ust smoczek, który frunie na drugi koniec łóżeczka.

Nie chce leżeć na brzuszku.
Nie chce leżeć na pleckach.
W ogóle nie chce leżeć.

Nie chce patrzeć na pozytywkę.
Nie chce spoglądać na gwiazdki z projektora.
Nie chce słuchać śpiewania.
Nie chce żeby ją ruszać.

A równocześnie CZEGOŚ chce, bo płacze.
I to tak, że obawiam się o zdrowie jej płuc.
I w sumie to wiem, czego chce.
Chce spać...
Krzycząc aż czerwienieje ze złości.
Widzę, jak główka zaczyna jej się kiwać.
Jak napinają się mięśnie jej małego ciałka.
Jak lecą jej oczy.

Ale po chwili przebudza się i z nową energią zaczyna płakać.
Ze zdwojoną siłą.
Przewrót na brzuszek? Nie. Na boczek? Ani tyle. Na plecki? No pewnie... Rączki? Ee. Piosenka? Niet. Butelka? Odpycha z odrazą wymalowaną na buźce. Smoczek? Nigdy w życiu.
Więc co?
Co można jeszcze zrobić?
Pomysły jak ją uśpić zostają zepchnięte na drugi plan.
Ważniejsze jest - jak uspokoić, bo płacze, spazmuje i krzyczy.
Lustro. Okno. Zasłonka. Roleta. Światło.
Próbuję wszystkiego.

Najlepiej działa okno.
Więc sadzam Małą na parapecie, opieram czoło o jej główkę i nucę.
Smętne piosenki mają swoje pięć minut.
Smęcę, smęcę.
I tak długo.
Dłuuugo.

Najpierw powoli się uspokaja.
Początkowo jest oporna, ale po chwili wycisza się i przymyka oczka.
Głowa opada jej na brzuszek, wygląda przekomicznie.

Próby przeniesienia jej do łóżeczka często kończą się fiaskiem, ale jak pozwolić jej spać na siedząco?
I to na parapecie ;P.
Kładę ją więc do łóżeczka, odpadam pozytywkę i liczę na cud.
Czasami się budzi z rykiem, czasem śpi dalej.
Jak ryczy - próbuję z butlą. Dalej płacz? Smoczek. Nie pomogło? Zmiana pozycji. Też nic? Rączki. Nie działają? Kołysanie. Nic z tego? Nucenie. Dalej lipa? Lustro. Nie pomaga? No to okno...
Jak wzdycha rozkosznie i śpi dalej, uśmiecham się do siebie.
I oddycham z ulgą, że się udało.
I że jeszcze tylko kilka razy w ciągu dnia będę musiała powtórzyć ten zabieg ;P.
Dopóki działa.
Bo za chwile może się okazać, że Toś przestanie uspokajać parapetowanie.
I co wtedy...?



Najgorsze jest to, że mimo, że Toś buntuje się przeciwko usypianiu, ona naprawdę jest śpiąca.
I źle jej robi zbyt długa aktywność, bo jest zmęczona i marudna.
Masakra jakaś ;P.

Jeśli ktoś ma małe dziecko i bez problemu zasypia samo, kładzione do łóżeczka, powinien skakać ze szczęścia.
Ten, którego pociecha uspokaja się przy smoczku, butli czy lulaniu też winien mieć powody do zadowolenia.
Za to ci wszyscy, których dzieci dają w pióra i nie chcą spać, powinni dostać medale za cierpliwość ;P.


A ja sama od siebie dodam, że wczoraj podczas babskiego wieczorku z koleżanką i siostrą, bez najmniejszego kłopotu kimnęłam na sofie.
Pewnie przez winko, które uderzyło mi do głowy po trzech łykach i drink na dokładkę ;P.
Po półgodzinnym spacerku do domu (mróz!) i szybkim umyciu równie szybko padłam.
I nie przeszkadzał mi ani kaszel ani katar ani nic innego.

Okej.
Koniec o usypianiu. Idę spać ;P.
Na szczęście nie muszę wcześniej położyć do łóżeczka niemowlaka, tylko mogę walnąć się na łóżko z książką, a potem sennym ruchem zgasić lampkę i odpłynąć
Eh.
Raj ;)


PS Jakie słodkie maleństwo! Sama rozkosz! Słodziutkie i grzeczniutkie jak aniołek...
Ciekawe, czy też wymaga tylu zabiegów przez zaśnięciem ;> ;> ;>.



http://www.tapeciarnia.pl/146933_spiace_niemowle_czapeczka_wlochacz.html






czwartek, 23 października 2014

Różne odcienie szarości ;)

Parę tygodni temu polubiłam szary kolor.
Nie rozstawałam się z jasnoszarą kurtką, stalowymi butami i popielatą apaszką.
I nawet cieszyłam się, że zapałałam sympatią do bardziej stonowanych kolorów, bo mogłam wtykać w uszy szalone kolczyki typu truskawki, mojito czy tęcze i nikt nie miał prawa zarzucić mi, że wyglądam jak pisanka ;P.

Na uczelnię śmigałam w szarej wiatrówce.
W domu zakładałam szare dresy i szarą bluzę.
Toś ubierałam na szaro - różowo, żeby ochłodzić słodycz znienawidzonego przeze mnie dziewczyńskiego koloru.
Buszowałam po sklepach w poszukiwaniu szarej torebki i szarych rękawiczek.
Zamówiłam sobie w sklepie z bielizną jasnoszare ocieplane baletki.
Szary, szary, szary.
Wszędzie szarości.
... A wtedy słoneczna, jesienna pogoda się spieprzyła i nagle przestałam lubić szary kolor ;P.

Rano otwieram oczy - w pokoju szaro.
No bo nie do końca ciemno. I nie tak całkiem ponuro przez zielone ściany.
Zerkam przez okno.
Szaro.
Wychodzę do sklepu po bułki.
Mgła, deszcz, śliski chodnik i głębokie kałuże.
No i - szaro...
Łysawe drzewa, pusta łąka, zero życia na ulicy.
Wracam do domu po bawieniu Toś - szarówka...
Chce się tylko wpełznąć pod kocyk i spać ;P.

Z tego wszystkiego rzuciłam szare buty w kąt i założyłam ciepło brązowe butki a'la Robin Hood.
Potem wyciągnęłam z garderoby liliową apaszkę w groszki i pasiaste fioletowo - żółte rękawiczki.
Bieliznę skompletowałam całą na niebiesko.
A Toś ubrałam na różowo ;P.

I tak się teraz zastanawiam, że zamiast szarych baletek trzeba było zamówić tęczowe.
Na ubarwienie tej nieszczęsnej szarości ;P.

A poza szarością?
Trochę się u mnie przejaśniło ;).
Nie jakoś wybitnie, ale jest okej.

Nie piszę, bo podcięłam sobie pisarskie pióro i zostałam nielotem ;P.
Za to książki pochłaniam jedną za drugą, a czasem dwie na raz.
Nie biegam, bo do dziś kaszlałam jak gruźlik, choć dziś po wymieszaniu 4 rodzajów syropów na kaszel (domowego robionego z sosny, z porostu islandzkiego i dwóch których nie będę reklamować, bo nikt mi za to nie płaci ;P) powoli przestaję.

Chociaż niewątpliwym plusem kaszlowych ataków było to, że poćwiczyłam mięśnie brzucha lepiej niż z Chodakowską ;P.
No i ćwiczyłam też umiejętność pohamowania się od kaszlu, kiedy trzymam na rękach dziecko.
A uwierzcie mi - strasznie ciężko nie kaszleć, kiedy w gardle łaskocze, jakby ktoś smyrał nas piórkiem po przełyku ;P.
Chyba mogę wpisać sobie w CV: zdolna do poświęceń, twarda i wytrzymała.
Ha ;P.

Aaa... I w przyszłym tygodniu będę bawić na cały etat (pon - piąt.), więc nie spodziewajcie się wpisu o czymś innym niż o niemowlaku ;P.

PS Takiego słodkiego szaraczka mogłabym w sumie przygarnąć... Gdyby nie to, że mam szarego szynszyla i rodziców niechętnych do kolejnych zwierzaków w domu... ;D.

http://tapety.tja.pl/tapeta_102237.html


 


niedziela, 19 października 2014

Banalnie ;)

Nie wiem o czym mam pisać.
O czymś konkretnym czy o niczym szczególnym.
O rzeczach ważnych czy błahych...
W związku z tym napiszę jak zwykle - o tym, co u mnie słychać ;P.
Nie bardzo mam na to ochotę, bo zraziłam się, odkąd usłyszałam, że nie powinnam robić z bloga pamiętnika...
Mimo to - skoro już blog przybrał zwierzeniową formę, ciężko będzie nagle przestać pisać w taki sposób.
Zwłaszcza, że ostatnio pisałam o dylematach i zdołowanym nastroju, więc pasuje dać jakiś znak życia ;).

Może daruję sobie sprawy uczuciowe, emocjonalne i refleksyjne i przejdę do banałów.
Święte prawo bloggera - może pisać, o czym chce ;).

Zadomowiłam się już w Rzeszowie na całego.
Znów idąc "swoją" dawną ulicą mijam same znajome panie sprzedawczynie i wymieniamy między sobą uprzejme "DzieńDobryMiłegoDnia".
Znów łażę po parku, nie omijając żadnej ścieżki.
Znów chadzam do Galerii wdychać zapach empikowskich książek i do szmateksów, przekopując się przez stosy ubrań.
I znów mam opryszczone czoło dzięki rzeszowskiej wodzie i załatwioną krtań, dzięki rzeszowskiemu powietrzu P.
Ajć ;].
A na uczelni?
Oprócz tego, że na zajęciach pilnie notuje PrawieŻeWszystko w zeszycie i staram się nie czytać całe zajęcia thrillerków pod stołem, napisałam już wstęp do pracy mgr.
Wow ;P.
Jest postęp ;D.

Częściej biegam, praktycznie co 2-3 dni.
Byłam dwa razy w kinie. Raz o mało nie zasnęłam na "Krocząc wśród cieni", za to na "Zaginionej dziewczynie" cały czas pilnie śledziłam film.
Ćwiczyłam w parku na sprzętach do fitnessu skumulowanych na jednym z trawników.
I wciąż nie byłam na imprezie ;P.
Co można łatwo zrozumieć, bo już w środy wieczór wracam do domu.
Czwartki, piątki i niektóre soboty poświęcam Toś.

Parę dni temu skończyła pół roku i nie mogę się nadziwić, jak bardzo się zmieniła.
Przede wszystkim - urosła.
Ale to normalne - w  końcu dzieci rosną ;P.
Czasami ciężko jest wcisnąć Małą w jakieś śpiochy, czasem zaklinuje się w nosidełku, kiedy chcę ją z niego wyjąć po spacerze.
Wierci się i kręci podczas przewijania i ubierania jak dziecięcy zabawkowy bączek.
Siada zamiast słodko leżeć na podusi i ciągnąć butle.
Siedząc na bujaczku macha nóżkach i rączkami, jakby naoglądała się za dużo zajęć z fitnessu w TV.
Dzwoni grzechotkami głośniej niż ministranci w Boże Ciało.
Gaworzy, piszczy, krzyczy.
Wyrzuca na podłogę zabawki, z uwagą śledząc ich lot.
Kiedy przygotowuje jej mleko, trzymając ją na rękach, próbuje chwycić ścierkę, łyżki, zakrętkę od butelki i wszystko to, czego nie powinna chwytać.
Z szerokim uśmiechem na buzi ciągnie mnie za włosy i triumfalnie patrzy na kilka pojedynczych kłaczków w swojej zaciśniętej piąstce, uśmiechając się słodko do swojej NaSzczęścieJeszczeNieŁysej niani ;).


Od listopada Toś chyba będzie miała nową nianię :(.
O masakra.
Nie sądziłam, że można się tak przywiązać do niemowlaka.
Może jednak mam jakiś minimalny instynkt macierzyński ;P.

A w domu?
Dalej spędzam mało czasu, choć przynajmniej w nim sypiam.
Tzn. "sypiam" to trochę za dużo powiedziane, bo ostatnio nocami czytam książki przy latarce.
Przez duszący kaszel leżę na siedząco (taa, to nie błąd...), więc nie mogę zmrużyć oka średnio do drugiej nad ranem.
Zasypiam przeważnie już na płasko (w sensie bez piramidy poduch) umęczona ciągłym naprężaniem mięśni brzucha i strun głosowych.
Dziwne, że w ciągu dnia mam siły bawić Toś, czytać, hula hopić i oglądać "Skazanego" i w ogóle nie odsypiam nieprzespanych nocek ;P.



I tyle.
Z banałów.

Nie - banały kiedy indziej, jak ochłonę.

PS Nie wiem, o czym ma być PS, jaki dać tytuł i obrazek... ;P. W związku z czym daję banalny tytuł, banalny obrazek i banalnego PS-a.


https://sites.google.com/site/polskawporachroku/jesien

wtorek, 14 października 2014

Niebanalny i niekonwencjonalny przepis na szczęście ;)



Kiedyś robiłam prezentację o szczęściu. Była ona wprawdzie po angielsku, ale spokojnie mogłabym ją przełożyć na polski i sypnąć Wam tu garść rad, jak być w życiu szczęśliwym. 
Bo zalecenia Ekspertów Od Szczęścia są raczej mało skomplikowane. W gruncie rzeczy - to same banały.
Mieć przyjaciół. Dużo się śmiać. Mieć pasję. Być optymistą. Mieć udane życie rodzinne. Nie kłócić się z ludźmi... Tego typu rzeczy.
A wiecie co tak szczerze myślę o przepisie na szczęście? Myślę, że są trzy ważne zasady, żeby być w życiu szczęśliwym.

Te trzy rady to:

1. Bycie asertywnym.
2. Samospełnienie
3. Postawa pt. „Mam wyje***e na wszystkich i wszystko”.


Ad 1.

Jestem asertywna, kiedy ktoś chce mnie poczęstować papierosem, a ja nie palę. 
Jestem asertywna, kiedy mówię „Nie, wypiję tylko jedno piwo i nie będę pić wódki”, bo nie lubię wódki. 
Jestem asertywna, kiedy ktoś mówi „Ale na pewno nie chcesz troszkę mięska?”, bo od ośmiu lat jestem wegetarianką.
Tak, tak. Jeśli chodzi o poglądy, jestem uparta jak osioł. Twardo stoję przy swoich racjach i zawsze mam swoje zdanie.

Ale...

Nie jestem asertywna, kiedy ktoś mnie prosi o coś, co o 180 stopni zmienia moje plany.
Nie jestem asertywna, kiedy trzeba komuś odmówić.
Nie jestem asertywna, kiedy ktoś mnie wykorzystuje.
Nie jestem asertywna, kiedy czuję, że ktoś mnie obraża, ale nie chcę się z nikim spierać czy kłócić.
Nie jestem asertywna, kiedy zgadzam się na coś, na co nie mam ochoty.
Nie jestem asertywna, kiedy widzę, że ktoś chce coś zrobić moim kosztem, a mimo to potulnie kiwam główką na znak zgody.

Nie jestem asertywna. No, nie jestem, noo... Czemu mam ściemniać, że jestem, skoro widać jak na obrazku,  że to nieprawda? ;).


Okej. To, że lubię „robić ludziom dobrze” (^^) i że chętnie pomagam innym, to jedno. To, że daję się wykorzystywać i nie mam odwagi walczyć o swoje to drugie.

Więc skromna rada. Dla siebie, dla Was, dla innych. Nauczcie się dbać o siebie. O swoje szanowne tyłki. Bo nikt za Was tego nie zrobi, chyba, że jesteście przyszłymi Królami/Królowymi/Milionerami/Ludźmi Sukcesu.

Jeśli chcecie i możecie – zgadzajcie się na drobne przysługi, na pomoc, na poświęcenie.
Nie chcecie, nie możecie, nie macie ochoty – nie róbcie dobrze innym, kosztem siebie. Tak, tak. Wiem, że to nie po katolicku, ale... Nie jesteśmy Jezusami, niestety ;). A z takiego dawania się wykorzystywać i wodzenia się za nos rodzą się tylko frustracje.

Ad 2.

Co mam na myśli, mówiąc o samospełnieniu?
Robienie tego, co się lubi.
Robienie tego, na co się ma ochotę.
Robienie tego, co sprawia nam radość.
Robienie tego, co daje nam poczucie wolności.
I robienie tego wszystkiego, co sprawia, że jest nam dobrze z samym sobą ;).

Więc...
Nie idziemy w ślady rodziców, bo oni tak chcą.
Nie robimy czegoś tylko dlatego, że „tak wypada”.
Nie zadowalamy nikogo swoim kosztem.
Nie ograniczamy się.
I nie jesteśmy bierni, sami podejmujemy decyzje o swoim życiu.


Ad 3.


Nie chcę się przejmować tym, co inni o mnie myślą. Nie chcę się martwić, bo Ktoś powiedział o mnie coś. Nie chcę pozwalać ludziom żyć moim życiem. Nie chcę, żeby inni decydowali o moich wyborach. Nie chcę martwić o wszystko i o wszystkich.
Nie chcę... Ale to robię.
I po co, ja się pytam? Co mi to daje oprócz tego, że niepotrzebnie powiększam swoją kolekcję kompleksów? Że zamartwiam się, bo ktoś coś sobie o mnie pomyśli, bo ktoś przestanie mnie lubić. Pfff. Szczerze? Czy ja naprawdę nie mam innych problemów? ;P.
Rada? Po prostu - trzeba mieć wyje***e na wszystko.
Proste ;).
Okej. Odrobina empatii, altruizmu i wrażliwości – jak najbardziej. Ale nic poza to.
A więc:
Nie przejmujemy się ludźmi i ich gadaniem. Jak mają ochotę, niech się zastanawiają, czemu ich złośliwości spływają po po nas jak po kaczce.
Nie bierzemy do siebie czyichś głupich słów krytyki, przykrych komentarzy, wrednych złośliwości.
Nie analizujemy po sto razy swoich słów, czynów, gestów. Bo co nas interesuje, co inni o nas myślą? No powiedzcie mi, czy to coś zmienia? Czy to, że komuś nie pasuje to, że jesteście tacy, a nie inni, zmienia fakt, że jesteście tacy, a nie inni...? ;P. Zmieniacie się, bo ktoś chce, żebyście przestali być tacy, jacy jesteście? ;P. Jeśli ktoś czepia się Waszych poglądów, Waszej osoby, Waszego życia – naprawdę będziecie się poświęcać dla takiej osoby?

Doskonale wiem, jakie mam wady. Potrafię je wymienić bez zastanowienia. I wiem, że niektóre z nim mogłabym zmienić, ale... Wygodnie mi z nimi ;P. I lubię robić to, co robię źle ;P. Lubię dużo gadać, choć wiele osób wypomina mi gadulstwo. Ale to, że ktoś wypomina mi, że za dużo mówię, wcale nie sprawia, że zamykam się w sobie. Przeciwnie. Gadam jeszcze więcej. Bo co komu do tego? Nikt nie musi mnie słuchać, nikt nie musi ze mną rozmawiać. ;P. Lubię być egoistyczna, choć wiem, że to nieładnie. Ale szczerze? I like it ;P. I czemu nie mam się troszczyć o siebie samą, skoro wiem, że nikt inny tego za mnie nie zrobi? ;P. Wiem, że jestem roztrzepana, ale... Czy muszę być idealną, świetnie zorganizowaną perfekcjonistką? Grunt, że zajmując się dziećmi jako niania, pilnuję wszystkiego i chucham i dmucham na dzieciaka jak na kryształową figurkę. Wystarczy, że na studiach jestem idealną (* kiedy nie czytam thrillerka pod ławką... ;P) studentką. To, że zapominam o wielu rzeczach, że jestem trzpiotką i szałaputem to nieistotne. To tylko część mnie ;).

Tak więc...
Mam przyjaciół. Mam pasje. Mam rodzinę (choć nie jest to kochający mąż i gromadka dzieci ;D ;D). Jestem wolna. Jestem szczęśliwa. Zdrowa. Zadowolona z życia. Będąca dokładnie w tym miejscu, w którym chcę być.
I wiem, co powinnam zmienić, a czego zmieniać nie powinnam.
Czyli śmiało mogę się nazwać szczęśliwą osobą ;).

I Wam też życzę, żebyście zdali sobie sprawę z tego, co przeszkadza Wam być naprawdę szczęśliwym, żebyście umieli pokonać te przeszkody i wreszcie – żebyście byli usatysfakcjonowani życiem, które prowadzicie.

Kropka ;P.


PS Wpis odgrzebany. Napisany kiedyś pod wpływem emocji tj. wzburzenie, frustracja i złość na samą siebie ;). Ale pasuje do dzisiejszego nastroju, więc... publikujemy ;P.

 PPS A jaki jest dzisiejszy nastrój? Taki sam jak przez ostatnie dni. Depresyjny... ;P.

http://willowoakcounseling.com/cultivating-happiness/

piątek, 10 października 2014

Zielone ;P

Może to i dobrze, że nie mam na nic czasu, bo nie mam też czasu na myślenie.
Szczególnie o głupotach typu: kompleksy, krzywdy, problemy (te prawdziwe i te urojone), kłopoty sercowo - rozumowe i podcinające skrzydła niepowodzenia ;).

W Rzeszowie było super. Paradoksalnie wypoczęłam przez te kilka dni lepiej niż na wakacjach ;P.
Dłużej spałam i dłużej odpoczywałam.
Bajka ;P.
Oprócz tego - rozpakowywałam się, robiłam zakupy, spacerowałam po parku (dziwnie się czułam, nie pchając przed sobą wózka z niemowlakiem ;P) i siedziałam po turecku na ławce z książką, rozmawiałam z nowymi koleżankami z nowego mieszkania, wieczorami biegałam, sprzątałam mieszkanie, chodziłam na zajęcia, byłam na spotkaniu z japońskiego, spacerowałam z przyjaciółką, poznawałam znajomych swoich znajomych...
Zero stresu, zero pośpiechu, zero wysiłku.

Do domu wróciłam w środę wieczór.
Autobusem ;P.
Bez zbędnego bagażu, jedynie z małą torbą.
2,5 godziny słuchania muzyki przez słuchawki, 2,5 godziny kreatywnego zmieniania pozycji na fotelu.
I 2,5 godziny zaciskania pęcherza w supełek siłą mięśni Kegla;P.

W czwartek i piątek bawiłam Małą, po ponad 7 godzin dziennie
I dopiero wtedy znów przypomniałam sobie, jakie to męczące ;D.
Jakoś, kiedy pokazywałam koleżankom z uczelni sweet focie Małej, zapominałam o wszystkich trudnościach w zajmowaniu się niemowlakiem.
Na zdjęciach Toś była czysta, ładnie ubrana, uśmiechnięta i gaworząca ;).
Nie było marudzenia, płaczu, niechęci do ubierania, jedzenia czy spania ;P.
Oczywiście opowiadając o niej, czułam jakąś tęsknotę.
Ale dopiero gdy zobaczyłam Toś w łóżeczku, poczułam jak bardzo się za nią stęskniłam ;).

Mała oczywiście słodka jak zawsze.
A nawet bardziej, bo jest bardziej komunikatywna i aktywna.
Choć ta aktywność ciut przeszkadza przy przewijaniu i ubieraniu, bo muszę się bawić w łapanego z uciekającą na wszystkie strony Toś ;P.
Poza tym Mała ma problemy z refluksem, więc dostałam nowe zalecenia dotyczące karmienia, kładzenia spać, odbijania, przygotowywania posiłków itd.
Pogoda nam dopisała, więc większość dnia spędzałyśmy na spacerach.
W wózku Mała o dziwo siedziała bardzo grzecznie i nie musiałam taszczyć jej pod pachą, popychając wózek biodrem ;P.
Toś drzemała w wózeczku z główką w cieniu, ja wylegiwałam się na ławce z książką i głową w słonku... ;P.
Mmm... ;)
Po powrocie do domu było trochę gorzej, bo Toś strasznie marudziła przy usypianiu.
A ja po powrocie do swojego domu szłam biegać, a potem padałam na pysk ;P.

Czytałam tylko, kiedy Mała spała i kiedy nie zagadywał mnie nikt znajomy.
Nie miałam czasu poprawić dziennika praktyk.
Nie miałam czasu odwiedzić cioci.
Nie miałam czasu jechać z szynszylem do weta.
Sprzątanie? Znajomi? Serial? Pisanie pracy?
Pfff...
Ledwo mam siły na spotkanie się z chłopakiem, bo najchętniej chodziłabym spać o 22 ;P.


Ale kiedy w dłoni zaszeleścił mi dziś jeden zielony papierek, od razu poczułam się lepiej ;P.
I obok powrotu do domu, spotkania się z bliskimi i wycałowania małej niemowlęcej główki to smakowało mi najbardziej ;P.
Materialistka w pełnym wydaniu ;P. Pozdrawiam zielono i... zielono ;)


http://pl.dreamstime.com/obraz-stock-stos-banknoty-z-zielonym-faborkiem-odizolowywaj%C4%85cy-na-bia%C5%82ym-tle-image35224721

wtorek, 7 października 2014

Dekalog Studentki Z Odzysku ;P




  Kiedy w czerwcu pakowałam swoje manatki i jechałam do domu, myślałam, że to był mój pierwszy i ostatni rok w Rzeszowie.
W ostatnim tygodniu stancji wszystko robiłam pod tytułem „To ostatni raz”.
„Ostatni raz ucinam sobie beztroską pogawędkę z portierem na uczelni.”
„Ostatni raz biegnę swoją ulubioną trasą.”
„Ostatni raz spaceruję leniwie po parku ze słuchawkami na uszach i książką w torebce.”
Strasznie żałowałam, że nigdy nie przekonam się, co produkuje się w magazynie, który mijałam, biegając wieczorami i kiedy czułam dolatujący z niego podejrzany, chemiczny zapach.
Żałowałam, że nie będę śmigać po świeże bułeczki do piekarni, która dopiero powstawała na Krakowskiej.
Żałowałam, że nie będę już miała okazji chodzić na małosłodkie muffinki do „Ach te baby”, na mrożoną kawę i lody grejpfrutowe do Keksa i na smoothie do Heliosa ;P.
Byłam prawie w 100% przekonana, że jeśli nie w lecie, to jesienią już na pewno dostanę wezwanie na szkółkę i pójdę do Policji, a studia będę ogarniać tokiem indywidualnym.
Że Rzeszów będę witać i żegnać w biegu.
Że będzie tylko uczelnia i chroniczny brak czasu.
Wyszło jak wyszło – przyjęć do Policji póki co nie ma. Nadzieja jeszcze jest, ale też nie jakaś szczególnie duża.
Więc oto jestem.
Znowu w Rzeszowie ;).
Wprawdzie mam inne mieszkanie i nowe współlokatorki, ale reszta wygląda bardzo podobnie.
Niedaleko uczelni. Niedaleko Galerii Rzeszów. Niedaleko dworca.
Te same sklepy, ci sami ludzie, te same miejsca.
I ta sama trasa do biegania ;P.
Jedynie założenie studiowania mam teraz nieco inne.
Plan był taki: Wszystko będę robić inaczej.
To, co mi nie wyszło, to, co zrobiłam źle albo to, czego nie zrobiłam w ogóle.
Wzięłam to sobie mocno do serca i postanowiłam zrobić sobie mały „dekalog”, żeby mieć to rozpisane czarno na białym.

Przykazanie 1 – Nie biegać!

Tzn. w legginsach i adidasach – jak najbardziej.
Nie biegać w sensie nie łapać stu srok za ogony, nie chodzić na pięć różnych kół naukowych, nie szukać sobie miliona dorywczych prac.
Skupić się na studiach, na pisaniu pracy i pisaniu w ogóle. Mieć czas na pasje, rozwijanie się, spotkania ze znajomymi.

Przykazanie 2 – Biegać… ;P

Taaa… M. i jej genialne pomysły…
Chodzi mi oczywiście o bieganie jako o aktywność ;].
W razie gdyby szkółka JEDNAK wypaliła, muszę mieć kondycję.
Z pewnością mieszkanie na trzecim piętrze pomoże mi zachować formę, ale bieganie, zumba, basen i spacery mają być nieodłączną częścią studiowania ;P.
No, a jeśli nie szkółka, to figura, figuraaaa ;P.

Przykazanie 3 – Imprezować ^^

Kurczę.
W sumie w zeszłym roku byłam na imprezie… Trzy? Cztery razy? Pięć, jeśli policzyć kręgle połączone z procentami i pląsami na parkiecie ;). No i parę wyjść do kina, parę spotkań w pubach. Nic szczególnego, jeśli weźmie się po uwagę fakt, że studiowałam 10 miesięcy ;).
Nie zamieram wprawdzie zmieniać się w jaką straszną imprezowiczkę, ale chcę jednak skorzystać z tej okazji wyszumienia się. Póki mogę ;D.

Przykazanie 4 – Pisać!

Wziąć się solidnie za pracę mgr (który raz już to mówię? ;]), próbować pisać coś konkretniejszego (książka???), regularnie skrobać coś na bloga iii… wrócić do copywrittingu, żeby…

Przykazanie 5 – … zarabiać

To się nieco kłóci z misją – odpoczynek, ale jednak byłoby miło, gdyby jakiś grosz wpadał regularnie do mojej kieszeni. Więc artykuły, weekendowe bawienie Toś, kiedy będę wracać do domu i korepetycje z angielskiego, kiedy będę w Rzeszowie – jak najbardziej pożądane ;).

Przykazanie 6 – Dogłębnie poznać miasto :)

Ostatnio jedna pani zaczepiła mnie na ulicy i spytała, gdzie w pobliżu znajdują się busy.
Umiałam bezbłędnie wskazać jej to miejsce, bo często tamtędy przechodzę, a nie jestem aż tak zakręcona, żeby nie zauważyć kilku busów ;P.
Innym razem podczas biegania, kierowca spytał mnie o drogę na „Janiowe Wzgórze” (stadnina koni) i znów umiałam mu pomóc, bo biegam w tamtym kierunku ;).
Przyznam, że to był fuks i obeznanie w swojej okolicy.
Ale problem w tym, że reszta Rzeszowa jest dla mnie jak Tajemnicza Wyspa ;P.
Nie wiem, gdzie co jest. Nie wiem, jak trafić tu i ówdzie. Nie orientuję się w mieście.

Dlatego… chcę to zmienić.
Chodzić, jeździć, zwiedzać.
I to nie tylko w te miejsca, które już znam ;P.
Rzeszów chcę mieć w małym paluszku ;D.

Przykazanie 7 – Wychodzić z domu

Rok temu popełniłam taki błąd, że jak się czymś zajęłam (pisanie, pisanie…), nie wyściubiałam nosa za drzwi kamienicy.
Siedziałam jak ten krecik, często gęsto nie korzystając ze sprzyjającej aury.
Ale teraz to naprawiam ;P. Już w niedzielę (choć korciło mnie leżenie i oglądanie Scofielda…) wyszłam na długi spacer i na zakupy. A wieczorem biegałam.
W poniedziałek byłam na spacerze trzy razy ;P.
Do południa, po południu i wieczorem.
Spotkałam się z przyjaciółką, przegadałyśmy kilka godzin.
I przynajmniej nie siedziałam jak ten odludek w książkach/filmach/książkach ;P.

Przykazanie 8 – ambitniej podejść do studiów ;)

No cóż. Może to mało ambitne, że ten punkt jest na 8 miejscu, ale grunt, że w ogóle go tu umieściłam ;P.
Więc – chodzić na zajęcia, nie opierdzielać się, pisać referaty nie w przeddzień oddania i PISAĆ PRACĘ MAGISTERSKĄĄĄ! ;P.

Przykazanie 9 – Oszczędność, rozsądek, umiar ;) 

Nie szastać pieniędzmi ;P.
Nie kupować niepotrzebnych rzeczy, ciuchów, których i tak nie będę nosić, jedzenia, którego nie zdążę zjeść.
I nie zabierać na stancję zbędnych przedmiotów, masy ubrań, tony jedzenia.

Przykazanie 10 - …

Ostatnie i najważniejsze ;)
Cieszyć się i korzystać ze studiów! ;P.
Z tego, z jednak udało się i studiuję dziennie.
Że będę mogła ten ostatni rok wolności poświęcić na to, co wyodrębniłam w powyższych punktach.
Że mogę biegać do Słodkiego Domku po bułeczki (jak go otworzą ;P), wdychać chemiczny zapach z niewiemjakiegomagazynu, chodzić po rondzie dla pieszych, łazić po szmateksach, galeriach i parkach i… mieszkać w Rzeszowie ;).


PS No. To teraz, skoro mam ambitny plan, mogę ubrać pasiastą bluzę ze Snoopym, wesprzeć się na czarno – białej poduszce w baranki, wziąć w ręce kubek w pandy i nakryć się zielonym kocem i… obejrzeć kolejny odcinek „Skazanego”, a potem wylegując się na łóżku, poczytać parę stron nowej książki ;P. (Ale spoko, spoko. Po południu japoński, a wieczorem bieganie. Mur beton ;P).



http://www.sadeczanin.info/wiadomosci,5/refleksje-nastolatki-w-pogoni-za-no-wlasnie-za-czym,13053,archiwum#.VDM2xRafLIU

niedziela, 5 października 2014

Na stos ;P

Układanie ubrań w zgrabne stosiki.
Szykowanie pościeli, kołder, poduszek.
Przygotowywanie naczyń, misek, talerzy, garnków.
Magazynowanie kasz, przypraw, muesli i płatków.
Szukanie książek (do pisania artykułów, do pisania pracy, do czytania).
Wybieranie zeszytów, notatników, markerów, długopisów.
Buszowanie w bieliźnie, skarpetkach, butach.
Ściąganie ze strychu walizek i toreb.
Układanie kosmetyków i leków.
Sortowanie kolczyków (no comment ;P).
Przekładanie kluczy (no comment...).
Przygotowywanie kapci do przyszycia kokardek (...).
Planowanie, planowanie, planowanie.



Tak.
Pakuję się na studia ;)
Mniej więcej wiem już co warto, a czego lepiej nie zabierać na mieszkanie.
Zwłaszcza, że będę mieć ciut dalej od uczelni i będę mieszkać na trzecim piętrze.
Bez windy ;P.

Mój pokój od razu przejrzał.
Zniknęły ulubione kolczyki z biurka.
Zniknęła masa poduszek z łóżka.
Zniknęła połowa ubrań z szaf.



Dziś ostatnie zakupy.
Pewnie kupię mnóstwo rzeczy, które wpadną mi w oko a których nie powinnam kupować... ;).


Wczoraj ostatni dzień byłam u Toś.
Spacer krótki, bo zimno.
Drzemki Małej też były krótkie, ale wystarczająco długie, żebym zdążyła zjeść ;)
Marudzenie trwało z kolei rekordowo długo, ale miałam przynajmniej pretekst, żeby nosić i przytulać Toś do woli.
Wyciumałam ją tysiące razy.
Głaskałam po puszku na główce, pozwalałam się ciągnąć za włosy, całowałam oślinione policzki, wąchałam specyficzny zapach niemowlaka ;).
Zrobiłam sobie pierwsze (i ostatnie ;D) selfie z pięciomiesięczną już panną Toś.


Poza tym co?
Oglądam już drugą serię Prison Break. Nałogowiec ze mnie straszny ;P. Oglądam serial rano zanim wyjdę z łóżka i wieczorem do poduszki ;P. Zaraziłam oglądaniem swojego Strażaka, ale on szybko pada, a ja oglądam do nocy ;P.
Ostatnio dwa razy byłam biegać. Za każdym razem metodą kija i marchewki...
Raz kolega przywiózł mi płytki (z jakim serialem? ;P) i poszedł biegać. Musiałam na niego czekać, więc... biegałam razem z nim. Za drugim razem biegłam za kurierem, bo nie wzięłam telefonu na spacer z psem i kiedy zobaczyłam samochód Siódemki, od razu wiedziałam, że do mnie jedzie i gnałam jak głupia przez pół alei ;P.
Wreszcie przypomniałam sobie o zumbie i hula hopie, więc mam nadzieję, że teraz znów wrócę do aktywniejszego trybu życia ;). Spacerki z wózkiem i noszenie malucha w nosidle to niby też wysiłek, ale jakoś nie widzę efektów w postaci ubytku tkanki tłuszczowej ;P.

Zaczęłam robić mniej błędów, pisząc na nowym laptopie, więc mogę śmiało brać się za pisanie pracy bez ryzyka, że usunę wszystko jednym ruchem.

No i powoli przyzwyczajam się do myśli, że wyjeżdżam ;).
Oczywiście obiecuję sobie, że będę pisać pracę, że będę szukać jakiegoś dorywczego zajęcia etc., ale tak naprawdę póki co chcę sobie solidnie odpocząć ;P.
Nie latać, nie biegać, nie brać na głowę miliona spraw i opierdzielać się na maxa ;P.
Na pewno mi to wyjdzie, skoro we wtorek jadę na japoński, w środę mam korki, a wieczorem wracam, bo w czwartek i piątek idę do Toś ;P.



PS A teraz idę do cioci posłuchać opowieści z wakacji w Tunezji. I mam nadzieję, że w walizce, którą pożyczyłam kuzynowi na wczasy, nie znajdzie się żaden egzotyczny pająk ;P.


http://czteryscianytoniedom.blogspot.com/2013/01/pile-stos-ozdoba-czy-baagan.html





czwartek, 2 października 2014

Pół żartem pół serio o... schematach ;)


Wszystkie genialne pomysły, jakie przychodzą mi czasem do głowy, dziwnym trafem przypływają do mnie między 12, a 3. W porywach do piątej.
Nad ranem ;P.
Jeszcze dziwniejsze jest to, że wszystkie te "genialne pomysły" równie szybko odpływają wraz z nadejściem nowego dnia.
Zupełnie jakby promienie porannego słońca rozpraszające mrok, rozpraszały moje myśli.
Wtedy te promienie - myśli robią się cienkie, cieńsze, aż w końcu całkiem znikają.
Jakby w blasku dnia mój mózg uświadamiał sobie, że takie marzenia to mrzonki.


Ostatnio jednak miałam genialny przebłysk w ciągu dnia.
Niby o dziesiątej rano, za to po pełnym przebudzeniu (zimna woda, tortury przy użyciu szczotki do włosów, gorąca herbata) i po godzinnym bawieniu Toś.
Zapewne miało to związek z rozmową, którą kilka dni wcześniej przeprowadziłam ze swoją pracodawczynią (w sensie mamą Małej) o powielaniu schematów i różnych sposobach na życie.
I zapewne z tym, że oglądałam telewizję śniadaniową, a tam pojawiało się wiele ciekawych osób.
No i tym, że bawiłam dziecko, spędzając typowo słodkawo - nudnawy poranek, ten z rodzaju: Mleko -  Pieluchy - Marudzenie ;).

Mianowicie...
Stwierdziłam, że choć wydaje mi się, że jest inaczej, żyję jak... chomik w klatce ;P.
Z miseczką, poidełkiem na wodę i cholernym kolorowym kółkiem.
I chociaż usilnie staram się ignorować to kółko, które zmusza do bezskutecznych działań, to jednak robię to, co inne chomiki.
Gonię w koło ;P.



http://iza-en.blogspot.com/2014/04/neverending-story-dieta.html



Pomyślmy...
Czemu przez większość wakacji zasuwałam (może nie przy barze i może nie za kasą, ale jednak), ganiając od jednego dzieciaka do drugiego?
Dla pedagogicznego spełnienia?
Wypełnienia swojej ideologicznej misji - sprawdzania się jako niania i pedagog?
Po co ślęczałam godzinami w poszukiwaniu materiałów o antykoncepcji i pisałam teksty nocami?
Dla sławy?
A ile osób czyta te teksty i kto wie, że to akurat ja - dzielna panna M. skrobię te artykuły, nie wyściubiając nosa z "Intymnego zdrowia kobiet"?
Dlaczego wciąż bawię się w dawanie korepetycji z angielskiego?
Bo jestem taka dobra? Tyle przyjemności daje mi tłumaczenie gramatyki?

Bo...
Tak, tak.
Lubię dzieci. Lubię pisać. Lubię angielski.
Ale najwyraźniej lubię też biegać.
Ganiaaam, aż miło.
Jak chomik w kółku ;P.
Żeby mieć jakąś pracę.
Jakąkolwiek, ale żeby ją mieć.
I pieniądze.
Żeby mieć jakiś grosz na swoje wydatki.
I żeby mieć co wydawać na studiach.
No i właśnie - studia.
Studiuję.
Bo lubię się uczyć.
Bo chcę poznawać nowych ludzi.
Bo chcę się uczyć życia.
No i pewnie też dla papierka.
I dla pracy.
O ile będę ją mieć bez znajomości ;).

Odkładam każdy grosz.
Bo laptop. Bo telefon. Bo samochód.
Samochód po co?
Żeby dojeżdżać do przyszłej pracy.
Potem będę zapewne odkładać na mieszkanie.
I co z tym związane - płytki, farby, meble, dodatki.
Rachunki.
Etc. etc.
A że mam chłopaka i jesteśmy razem od trzech lat (i trzech miesięcy, gwoli ścisłości...), pewnie za chwilę będę słyszeć - "A kiedy zaręczyny?", "Kiedy wesele?", "Kiedy bobas??????"

http://demotywatory.pl/4384545/Gdyby-powszechnie-obowiazujace-schematy-wierzenia-sposoby-na-zycie-i-poglady-byly-w-porzadku


Hm.
W przedszkolu nie lubiłam rysować zgodnie z szablonami.
Ani odrysowywać misiów czy wazoników z gotowych obrazków.
Ja wolałam to robić po swojemu.
Koślawy dzbanek, ale własny.
Pulchniejszy misio, ale oryginalny.

Ciekawe, że dziś już o tym zapominam ;).

Bo tak naprawdę, gdyby nie to, że jestem strasznym tchórzem, zrobiłabym inaczej.
Studia - okej.
Bo uczą życia, samodzielności, pewności siebie.
Bo dają szansę na przyszłą pracę.
Bo dają możliwość poznania wielu nowych osób.

Praca?
Okej.
Bo uczy gospodarowania pieniędzmi.
Radzenia sobie z ludźmi, problemami, życiem.

Pieniądze?
Okej.
Bo nie da się bez nich żyć.

Związek?
Czemu nie.
Miłość, uczucie, ciepło, seks.
Przecież to fajne.
Ale...
Ale, ale ;P.
I teraz wyjdzie, jaka naiwna i marzycielska jestem.
O ;P.

Jakby tak wykorzystać wszystkie swoje pieniądze i czas i pojechać gdzieś, gdzie nigdy się nie było?
I to nie do cioci 15 km dalej, tylko gdzieś za granicę?
Imać się każdej dorywczej pracy, żeby podszkolić nowy (niekoniecznie angielski) język?
Poznawać inne kultury, innych ludzi, inne sposoby na życie?
Radzić sobie z różnymi problemami, lękami?
Zwiedzać, jeździć, podróżować?
Tracić pieniądze i zyskiwać coś, czego nie da się ująć w żadne ramy? ;).
Ryzykować i dostawać?
Umiejętności, doświadczenia.
Robić coś, czego się nigdy nie robiło?
Pomagać ludziom inaczej niż wysyłając sms-a?
Żyć inaczej.
Nie wygodnie, nie lekko, przyjemnie i przynudnawo ;).

...

Albo chociaż jeśli nie prowadzić życia beduina, to nie popaść w rutynę i nie dać się zagonić do kółka pt. Praca - rodzina - kredyt - obowiązki.
Żyć po swojemu i tak jak się chce, a nie tak jak powinno się chcieć.
Wybierać intuicyjnie.
Robić to, na co ma się ochotę.
Ryzykować, szaleć, żyć.
I nie według schematu - chłopak, zaręczyny, ślub, praca, budowa, dziecko, pies, drugie dziecko, ogródek, biały płotek, ciepłe kapcie i stagnacja.
No chyba, że jakoś wyjątkowo by mnie to pociągało.
Ale nie pociąga ;P.
Choć to w zasadzie dość przewidywalny i łatwy (?) schemat.
A przynajmniej w pełni akceptowalny przez otoczenie.
I bardzo "po Bożemu".

http://slodkie-chomiczki-kisi.blog.onet.pl/


Ha.
Ale żeby zrobić schematom wspak, musiałabym częściej dopuszczać do głosu serce, a nie rozum.
Mieć więcej odwagi.
Więcej kasy ;P.
No i śmiałości, żeby powiedzieć rodzicom "Wyjeżdżam nie wiem gdzie, bo nie chcę biegać w kóło jak chomik".
Taaa...
To byłoby na pewno ciekawe...
... Widzieć ich miny i usta rozdziawione jak koparki ;P.
A jeszcze lepiej gdybym powiedziała mojemu Strażakowi: "Słuchaj, nie chcę pierścionka, nie chcę weselicha i nie chcę owocu Twoich lędźwi. Wyjeżdżam, żeby żyć poza schematami."
Haha. Już widzę jego spojrzenie ;D.

Zresztą - dziś rano przy okazji zbierania się do pracy, kiedy bratanica W. marudziła, narzekała i pyskowała, że nie chce jeść kanapek z pasztetem, tylko z nutellą, że nie będzie chodzić do szkoły, nie będzie szybko chodzić spać, odrabiać lekcji i słuchać rodziców, kiedy kłóciła się i buntowała, powiedziałam W., że nie chcę takiego schematu w swoim życiu.
Że nie chcę użeraczki, naciągaczki, pośpiechu, maruderstwa, gonitwy.
Wypruwania sobie żył, spalania się.

Spytał, dlaczego więc codziennie wstaję wcześnie rano, dlaczego jem zawsze to samo na śniadanie, dlaczego biegam bawić Toś, dlaczego za parę dni idę na studia i dlaczego martwię się o każdą wydaną złotówkę, bo wiecznie oszczędzam.
No.
I kółko się zamyka ;)
I kręci, kręci...
... Jak na chomiczy kołowrotek przystało ;P.


PS Szkoda, że nie bierzecie aktywnego udziału w dyskusji, pisząc komentarze. Poczytałabym chętnie o Waszym podejściu do życia, do schematów. Dowiedziałabym się, czy tylko ja jestem jakaś nienormalna, że nie chcę białej sukni, gromadki dzieci i kredytu, czy może jest więcej takich buntowników z wyboru... ;).



http://blogarytm.pl/styl-zycia/czym-jest-dla-ciebie-wolnosc