...

...
M.

niedziela, 30 listopada 2014

Domówka, wersja niekonwencjonalna ;P ^^

"Baw się dobrze!" - powiedziałam do taty, kiedy wyskakiwałam z auta.
Dzięki swojemu darowi przekonania udało mi się go zachęcić, żeby podwiózł mnie na miasto, choć przyznam, że zrobił to dość niechętnie. Odkąd dowiedział się, że kupiłam sobie karnet na siłownię (i pytanie, ile za niego dałam spędza mu sen z powiek ^^) ciągle ironizuje, że powinnam chodzić do miasta na piechotę, bo to gimnastyka ZA DARMO...
"Dzięki, Ty też baw się dobrze" - odparł, co skwitowałam krótkim parsknięciem śmiechem.

Wysadzał mnie z auta pod gabinetem dentystki, a godzinę później miałam i owszem bawić, ale siedmiomiesięcznego niemowlaka :D.
U dentystki wybawiłam się średnio. Bolało bardziej niż zwykle, ale oczywiście znieczulać się nie znieczulałam, bo jestem typem, który woli miętolić sobie przód sweterka z bólu niż dać się obezwładniać znieczuleniem ;P. Starałam się nie zwracać uwagi na ból i myślałam o samych przyjemnych rzeczach.
Np. o tym, że po borowaniu będę mieć władzę w języku, więc nie będę miała problemów z wypluciem stosu gazików i wacików z ust, że nie będę seplenić jak czterolatek i nie pogryzę sobie języka, próbując napić się wody ;P.

Po zabiegu poszłam do Toś, gdzie wybawiłam i ją i siebie ;).
Mała jest coraz bardziej kumata i komunikatywna, więc można ją zabawić na milion różnych sposobów.
Śpiewałyśmy więc piosenki (kto śpiewał, ten śpiewał ;P), grałyśmy na cymbałkach (ja brzdękoliłam  do re mi, a Toś śliniła pałeczkę), bawiłyśmy się w "Idzie raczek" (ja gilgałam, Toś chichotała) i sprawdzałyśmy wytrzymałość produktów na gryzienie i ślinienie (Toś).
Z usypianiem jednak dalej są kłopoty i przeważnie trzeba się namęczyć i napocić, żeby odesłać Toś w ramiona Morfeusza.
Wczoraj udało mi się to zrobić miarodajnie bujając Toś w huśtawce.
Widok jak jej oczy zaczynają najpierw uciekać, a potem powoli opadać, a głowa kiwać się jak pieskowi z tylnej szyby auta jest tak bezbłędny, że z trudem powstrzymuję się od śmiechu, kiedy ją huśtam ;).
Choć wyspana Toś zdecydowanie częściej i głośniej się śmieje, nerwus jest z niej niesamowity i często daje upust swoim niemowlęcym emocjom, piszcząc, krzycząc i frustrując się bez powodu ;].
Wtedy nie pomaga ani zabawianie ani pacyfikowanie smoczkiem, a jedynie noszenie, tańczenie z Toś na rękach, robienie z nią przysiadów, noszenie na barana i robienie z siebie błazna przed lustrem.

Do domu wróciłam spacerkiem, aktywnie odpoczywając po przyjemnym, acz męczącym dniu z małym dzieckiem. Paradoks niemowlaków polega na tym, że przyciągają do siebie jak magnes swoją słodyczą i bezzębnym uśmiechem, ale mimo tej słodkości i tak potrafią solidnie wyssać energię ;]. Niemniej jednak po kilkugodzinnej regeneracji, jestem znów chętna stawić czoło grymaszeniu, marudzeniu i ślinieniu ^^.

Wróciłam do domu i praktycznie chwilę po moim powrocie, wszyscy wybyli z domu.
Nie ma to jak wolna chata w Andrzejki ;).
Zwłaszcza, kiedy wraca się do domu po sześciu godzinach bawienia dziecka, które spało godzinę, a wojowało pięć ;P.
I kiedy nie ma się żadnych planów na wieczór.
I kiedy nie ma się siły ani ochoty nigdzie wyjść.
Ani nie ma się samochodu, żeby gdzieś pojechać ;].


Kiedy więc rodzice poszli na zabawę andrzejkową, a siostra wybyła z domu, od razu pomyślałam: "Jak fajnie, że będę mieć wolną chatę. Na pewno z tego skorzystam".
I skorzystałam ;P.
Choć dość niekonwencjonalnie ;D.
Na początek odpaliłam sobie głośną muzykę i ćwiczyłam, nie przejmując się uciszaniem domowników, bo domowników nie było w domu ;P.
Nie musiałam odrywać się od maty, bo mama coś chciała, tato czegoś szukał, a siostra czegoś potrzebowała....
Swoją drogą - ja miałam wszystko co chciałam, szukałam i potrzebowałam ;). A więc spokój, brak zawracania głowy i czas ;).

Potem wymyśliłam sobie akcję - pranie.
Choć moja rodzina to zwyczajna mała rodzinka 2+2, pralka jest zwykle pełna po brzegi.
Dlatego wczorajszego wieczoru bezkarnie i samolubnie wyrzuciłam z pralki wszystkie ciuchy, po czym załadowałam swoje przywiezione z Rzeszowa ubrania i z satysfakcją włączyłam przycisk "Start".
Kiedy wyprały się wszystkie śmierdzące dymem ciuchy z imprezy, strój do ćwiczeń na siłowni i nowe nabytki ze szmat, postanowiłam nastawić pranie pościeli ;P.
Potem wskoczyłam pod prysznic i jak to skwitowała moja sis "Wychlapałaś CAŁĄ ciepłą wodę?!?!?!".
Pościel wieszałam na poręczy schodów (nigdzie indziej nie było już miejsca ;P) przed jedenastą, wciąż słuchając muzyki i kręcąc biodrami (po godzinie z hula hopem zaczyna się kręcić tyłkiem pod prysznicem, w aucie i w łóżku, kiedy tylko słyszy się muzykę ;P).
No a na koniec wskoczyłam pod kołderkę z Richardem Doetschem. Tzn. właściwie z jego "13 godziną". Ostatnio do łóżka zabieram tylko fajnych i utalentowanych facetów ;P. Takich, którzy mistrzowsko potęgują napięcie, zaskakują, wciągają i satysfakcjonują przed zaśnięciem, niezależnie od tego czy piszą thriller, kryminał czy komedię romantyczną.
Tak więc zgasiłam lampkę koło północy (dla urody trzeba chodzić spać przed północą, wiedzą o tym wszyscy? ;P) i poszłam grzecznie spać.


A dziś czuję się wyspana, wypoczęta i zadowolona, choć wczoraj nie bawiłam się do białego rana.
Mam dużo energii i jestem pozytywnie nastawiona do życia.
Mam też mnóstwo planów na dziś i wątpię, czy uda mi się zrealizować chociaż połowę z nich ;).
A teraz zmykam sprzątać skutki wolnej chaty, czyli ścielić zmierzwione porządnym snem łóżko, ściągać pranie i zbierać porozrzucane po pokoju części garderoby do ćwiczeń ;).


PS Ale spoko, spoko. To, że z pasją zrobiłam pranie i wyhuśtałam w ramionach bobasa, nie robi ze mnie kandydatki na Przyszłą Mamuśkę Roku ;P. W przyszłym tygodniu chyba odwiedzamy chłopaków z prawa z moimi współlokatorkami, więc odbiję sobie te Andrzejki PRAWDZIWĄ domówką ^^ ;].

http://www.everydayme.pl/dom-i-ogrod/wspanialy-dom/artykul/pranie-nowych-ubran

piątek, 28 listopada 2014

Hulaj duszo... ! ;)


To był dobry tydzień ;).
Jeden z tych, które mogę postawić sobie jako wzór postępowania na całe studia ;P.
WRESZCIE skończyłam zamulać, chorować i hibernować, a zaczęłam żyć ;). 
(Co nie znaczy, że nie zdarzy mi się drzemeczka w ciągu dnia i momenty lenistwa z książką ;P).

W poniedziałek ambitnie pojechałam na japoński, choć nie miałam ochoty na naukę. Zwłaszcza szlaczkowatego i skomplikowanego języka...
Ponieważ nie było mnie na ostatnich zajęciach, skwapliwie korzystałam z udzielanych szeptem rad koleżanki z ławki, bo za cholerę nie wiedziałam, co do czego ;P.
Ale grunt, że JAKOŚ wybrnęłam i że nasz sympatyczny japoński nauczyciel kiwał głową i uśmiechał się, zamieniając swoje oczy w jeszcze mniejsze niż zwykle szparki ;).
Niestety nie wiem czy nie zrezygnuję z tych zajęć, bo kolidują mi z innymi, a japoński z dwojga złego wydaje mi się mniej ważny...

We wtorek poszłam na poranny wykład i na wszystkie ćwiczenia…
(Miejsce na pełne podziwu oczy, oklaski i fanfary ;P).

Na wykładach nie czytałam książki (siedziałam w pierwszym rzędzie z racji tego, że wykłady były łączone, nie mogłam znaleźć przyzwoitego, skrytego miejsca ;P), tylko wdzięcznie słuchałam i notowałam treść slajdów w zeszycie.
(Miejsce na owacje na stojąco ;P.)

Wieczorem poszłam do kina z przyjaciółką (trzecia część „Igrzysk śmierci”) i nie dałam się namówić na żadną kawę, ciastko ani lody (choć to ostatnie może powinnam była, bo gardło mnie boli już trzeci dzień ;P), za to kupiłam sobie miesięczny karnet na siłownię w Fitness For Life ;].
(Skandowanie tłumu ;P).

W środę wstałam przed siódmą (!) i już o wpół do ósmej (!!!) machałam nogami i rękami w porannym zestawie ćwiczeń kontrolowanym przez trenerkę.

Oooo ;P.
I tu się zdziwiłam ;P.
Z jednej strony myślałam, że takie ćwiczenia (jakieś banalne kroczki, słony, ćwiczenia na piłce i na macie) będą lajtowe, więc planowałam, że później pójdę jeszcze na bieżnię.
Ale gdzie tam ;P. 
Byłam mokra, czerwona i obolała, więc poszłam nie na bieżnię, a do szatni, doprowadzać się do porządku, a potem do domu na śniadanie.
Cieszy mnie jedynie fakt, że dałam radę ćwiczyć przez godzinę bez żadnej przerwy, ani na chwilę nie zostając w tyle, a wręcz – robiąc niektóre rzeczy za szybko, jak to ja, a miałam przecież długą przerwę w ćwiczeniach i równie długi okres rekonwalescencji po chorobie.

Później – uwaga, uwaga! – usiadłam przy laptopie obłożona książkami, które trzymam w domu prawie pół roku iiii... napisałam pięć stron pracy magisterskieeeej!!! ^^.
Pierwsze pięć stron ;P.
A tak mnie wciągnęło, że nie chciałam się oderwać od ekranu ;).
Potem poszłam na zajęcia (na których czytałam ;D :D. Pewne rzeczy się nie zmieniają…), a wieczorem wybyłam z dziewczynami na urodzinową domówkę.
Z domówki większą grupą przeszliśmy do Szafy, z Szafy do Grandu. Miliśmy bilety na wejście do ośmiu klubów, skorzystaliśmy z dwóch ;].
O ile w Szafie były wygodne i miękkie sofy (nie, nie szafy ;P), o tyle był mały parkiet i pląsało po nim stanowczo za mało ludzi. Choć i tak nie przeszkodziło nam to w tańczeniu ;P
W drugim klubie z kolei był dziki tłum.
Dziki był też wrzask i gorąc, ale było suuuper ;).
Dość mocno zaschło mi gardle, bo tańczyłam prawie cały czas, a nie kupowałam piwa ani nic innego do picia. Po pierwsze wypiłam jednego Reddsa na domówce, a po drugie… Wiecie, ile piwo ma kalorii, a ile wydałam na karnet…? ;P. No właśnie ;).
Wybawiłam się, wyszalałam.
Do mieszkania chciałam wrócić o 1, wróciłam przed 4 ;P.
Padłam jak długa w pościel, jak tylko się umyłam.
I spałam do dziesiątej ;P.

Po to, żeby rano obudzić  się z obolałym brzuchem (ćwiczenia), żebrami (?), nogami (tańce, hulanki, swawole) i gardłem ;P.
Chrypiałam jak zawodowa pijaczka, więc trochę martwiłam się o wydajność swojego głosu podczas konferencji, ale okazało się, że niepotrzebnie.
Trema, którą miałam kilka dni przed konferencją też dziwnie zniknęła, jak wyszłam na środek.
Zaczęłam od przedstawienia się i rzucenia anegdotki, potem przeczytałam wstęp i doszłam do wniosku, że nie chce mi się czytać i wolę dopowiadać coś od siebie albo mówić całkiem sama.
Tak więc jestem z siebie bardzo dumna, bo zawsze to większa wprawa w wystąpieniach publicznych.
Przyda się jak wydam swój bestseller. Haha... ;>.
Niestety nie wszystko było idealnie i było parę momentów tego okropnego "eeee" i zamotania się w zbyt wielokrotnie złożonym zdaniu ;]. Ale przecież nie wszystko musi być perfekcyjne ;).

Dziwnym trafem opowiadając o głodzeniu się, strasznie zgłodniałam ;P.
Po wystąpieniu pobiegłam więc do spożywczaka, gdzie obkupiłam się w soki i owoce.
A wieczorem pojechałam na zumbę ;P.
Szczerze mówiąc nie podobała mi się aż tak jak ta, na którą chodziłam w swojej miejscowości, ale było okej. Chwilę jeszcze poćwiczyłam na orbitreku i wróciłam na mieszkanie.
Na mieszkaniu koleżanki przyjmowały gości, więc razem z chłopakami obejrzałyśmy "Bez litości". Na szczęście oglądałam ten film trzeci raz, więc wiedziałam kiedy schować się pod kocyk, żeby uniknąć "scen" ;).

A dziś rozbój w biały dzień ;P.
Nie dość, że szaleństwo zakupowe (dwie godziny na szmateksach i w Galerii...), to jeszcze szaleństwo fitnessowe ;P.
Ćwiczyłam na orbitreku, rowerku, bieżni i dwóch sprzętach, których nie umiem nazwać ;D. Nieco ponad godzinkę.
Wszystko to z sympatyczną, nowo poznaną koleżanką, która mocno mnie zmotywowała, mówiąc ile schudła na samej siłowni ;P.
Teraz tylko czekać aż ja będę wyglądać jak Little Miss Fitness ^^.
Zastanawia mnie jedynie, czemu TYLKO ja zawsze wyglądam jak upiór po treningu...?
Jakoś nie widzę, żeby inni ćwiczący mieli buraczany kolor twarzy i włosy mokre od nasady pod końcówki...
Po ćwiczeniach trudno jest mi się poznać w lustrze ;P. Wyglądam okropnie. I w tym momencie nie przesadzam ;P.
Przydałoby się tylne wyjście z Galerii, żeby nikt nie musiał mnie oglądać w takim stanie.
Ale nie - musiałam przedefilować przez cały obiekt, żeby z niego wyjść ;P. 
A potem iść kilka ulic z wzrokiem wbitym w ziemię... ;P.

Nie mniej jednak siłownia - świetna rzecz i karnet uważam za zakup miesiąca.
A w tym miesiącu duuużo kupowałam...;/ / ;]  (niesmak łamany na kołtuńskie zadowolenie ;P) 

Teraz na miłe zwieńczenie tygodnia odstawiłam domowy taniec radości pt. "Hula hop i początek weekendu" przy otwartym oknie i zasiadłam przy ławie z kubkiem herbaty i laptopem. Niestety szynszyl zaczął biegać mi po klawiaturze, próbując mi chyba napisać "Hej, zajmij się mną, zamiast blogiem" , więc wracam do swoich domowych zajęć.

Ale mimo to jestem bardzo usatysfakcjonowana.
Fajnie znów mieć cały czas zajęcie i prowadzić bardziej intensywne życie niż siedzenie w domu i pilnowanie godzin zażycia lekarstw ;P.


PS Tak na marginesie - to chyba tylko ja mogę iść na imprezę, na której nie piję, a tańczyć jakbym była pijana, następnego dnia ochrypnąć, ale mimo to z pasją wygłosić referat na konferencji, wydać mnóstwo oszczędności na ciuchy, marudząc, że nie mam pieniędzy i nie ćwiczyć miesiąc, a potem kupić karnet i chodzić na treningi codziennie ;P.


http://likely.pl/zdjecie/120565/dziewczyna-smiejaca-sie
 




 
 

środa, 26 listopada 2014

Pół żartem, pół serio o... wyborach ;)

Pisząc ten wpis, siedzę w Rzeszowskim mieszkanku, które wybrałam, bo nie miałam czasu szukać nic innego...
Siedzę w miękkich granatowych dresach, które kupiłam na szmatach tylko i wyłącznie za namową koleżanki, wzruszając ramionami i mówiąc "Mam w domu kilka par spodni dresowych"...
Na ręce brzęczy mi bransoletka z C&A z kolorowymi zamkami, którą pokazała mi siostra i którą bez przekonania zaniosłam do kasy...
Stukam w klawiaturę laptopa, którego nie chciałam kupić, bo wydawał mi się za drogi, za elegancki, zbyt pretensjonalny...
Co chwila przebieram palcami po łańcuszku w poszukiwaniu ważki - małej błyskotki zawieszonej na mojej szyi, którą kupiłam na ulicznym bazarku dziesięć minut przed odjazdem autobusu dobrych parę lat temu...



Pierwszego dnia po oglądaniu mieszkania miałam gulę w gardle.
Cieszyłam się, że znalazłam sobie stancję, ale nie czułam euforii.
Ba - czułam niechęć.
Mieszkanie wydawało mi się małe i niefunkcjonalne (przechodni pokój, trzecie piętro).
Myślałam, że będę niezadowolona i sfrustrowana obecnością koleżanek w swoim pokoju i taskaniem zakupów po masie schodów.

A teraz?
Uwielbiam to miejsce.
Przyjeżdżając do Rzeszowa z tobołami, z uśmiechem wysiadam z auta. Przytrzymując kolanami walizkę, przeszukuję torebkę w poszukiwaniu kluczy z kolorowym imiennym breloczkiem. Chwytam w zęby szarego pasiastego kotka ze zmrużonymi oczkami, który dynda wesoło przy kluczach i manewrując torbami, człapię do klatki.
Uśmiecham się, mimo że jest mi niewygodnie jak cholera.
Uśmiecham się na widok min sąsiadów, patrzących z pobłażliwym uśmieszkiem na obłożoną tobołami jak wielbłąd dziewczynę z pluszowym kotem w zębach.
Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy torby wysuwają mi się z rąk i kiedy zasapana docieram pod 14tkę.

Lubię bliskość uczelni, okoliczne sklepy, codzienną wspinaczkę po schodach, dobry kontakt z współlokatorkami, zapach truskawkowego odświeżacza w mieszkaniu i mikroskopijną kuchnię, gdzie dwie osoby to już tłum.
Lubię to mieszkanie.

Dresy, które mam na tyłku, są już przetarte od częstego noszenia.
Choć w szafce leży stos innych dresów i legginsów, ja uparcie zakładam na cztery litery granatowe dresy za dychę.
Lubię w nich chodzić, siedzieć, leżeć i czytać pod kocykiem.
Najchętniej chodziłabym w nich na zajęcia.
Przemawia do mnie jedynie fakt, że są już tak znoszone, że powoli zaczynają mi prześwitywać spod nich majtki ;P.

Bransoletki praktycznie nie zdejmuję.
Noszę się na czarno, szaro i biało, wybieram jednolite kolory bluz, żeby móc założyć tęczowe zameczki na lewy nadgarstek.
Lubię się nimi bawić, lubię kręcić ręką, patrząc jak zamki kręcą się jak na karuzeli.
Lubię widzieć bransoletkę na swoim przegubie.
I czuję, że czegoś mi brakuje, kiedy ją ściągam.

Laptopa co chwilę przecieram ściereczką (albo rękawem^^).
Pilnuję, żeby przy nim nie jeść.
Pilnuję, żeby przy nim nie pić.
Lubię moment, kiedy uruchamia się z cichutkim mruczeniem.
Lubię swoją jesienną tapetę, znajome przyciski na klawiaturze, zapamiętane ulubione strony.
Lubię na nim pisać, bezbłędnie znajdując słowa, których chcę użyć.

Ważki nie zdejmuję nigdy.
Jest ze mną podczas ćwiczeń.
Jest za mną pod prysznicem.
Jest ze mną na basenie.
Urządzam cyrk, kiedy przypadkiem zsunie mi się z szyi.
Padam wtedy na kolana i gorączkowo przeszukuję teren, żeby czasem nie zgubić tego małego błyszczącego badziewia z jubilerskiego stoiska ;P.
I ulga, jaką odczuwam, kiedy znów zaczyna błyszczeć w moich dłoniach jest nieporównywalna do niczego innego, choć zdaję sobie sprawa, jaki to banał ;).


A przecież to były same przypadki.
Mieszkanie, które znalazłam po ciężkich trudach, kiedy nie mogłam już wybrzydzać.
Dresy, które miałam zamiar wrzucić do szafy i zapomnieć o nich równie szybko, jak je kupiłam.
Bransoletkę, którą nabyłam, bo miałam Dzień Rozrzutności i Kupowania Pierdół.
Laptopa, na którego się skusiłam, bo potrzebowałam narzędzia do pisania.
I nieszczęsną ważkę, którą nawet nie pamiętam po co i na co kupiłam, skoro goniłam na autobus ;P.

Przypadki.
Same przypadki.
Ale teraz bez tych przypadków byłoby mi ciężko, choć nie są niezbędne do życia.
Spokojnie mogłabym mieszkać gdzie indziej, siedzieć w innych dresach, innej biżuterii i przy innym laptopie.
Ale przypadkowe i banalne wybory okazały się słuszne i szybko stały się dla mnie ważne ;).


W odróżnieniu od nieprzemyślanych zakupów, rzeczy, na które się napaliłam, leżą rzucone w kąt.
Brązowe legginsy (ani razu nie miałam na sobie), brązowe botki na koturnach (jeden sezon), brązowa nowa torebka (nieużywana), wielkie czerwone kolczyki w kształcie serduszek z kolorowymi nitkami (po jaką cholerę ja je właściwie kupowałam?!).
Mimo, że odkładałam na nie pieniądze, mimo, że cieszyłam się jak dziecko, kupując je, mimo że planowałam już, jaki sweterek dobiorę do spodni i jakie buty założę do torebki...
Mimo, że ZAPLANOWAŁAM te wybory, okazały się one fiaskiem.


Przed większością ważnych decyzji rozrysowuje na kartce drzewo.
Nie zajęłoby ono pierwszego miejsca w konkursie na najładniej naszkicowane drzewo.
Nie ma zielonych liści ani rozłożystej korony.
Ma za to dwie grube gałęzie, które rozchodząc się po obu stronach kartki, tworzą dwa osobne obozy.
Plusów i minusów.
Piszę tam wszystkie za i przeciw, wypunktowuję sobie liczne zagadnienia i argumenty.
Stosując tę metodę jestem praktycznie w 100% pewna swojej decyzji, bo jest ona dokładnie przemyślana i przeanalizowana.
Tak było w przypadku studiów, składania papierów do Policji, wyjazdu na wymianę zagraniczną i paru innych ważnych dla mnie kwestii.
W większości przypadków byłam zadowolona z wyboru, ale bywało, że coś przeoczyłam, o czymś nie pomyślałam, czegoś nie uwzględniłam w swoim idealnym grafiku, choć miałam na to mnóstwo czasu.


Bywają jednak sytuacje, kiedy nie mam czasu na gdybanie.
Decyzję trzeba podjąć tu i teraz.
Na szybkości.
Wtedy postępuję instynktownie.
Spontanicznie.
Tak zrobiłam, zrywając z chłopakiem.
Oczywiście nasze relacje przemaglowałam wzdłuż i wszerz już w trakcie trwania związku.
I wiele razy obiecywałam sobie "To już ostatni raz".
Zawsze mówiłam, że jeśli jeszcze raz będę miała jakieś wątpliwości co do sensu naszego spotykania się, zerwę.
I tak mijał miesiąc, dwa, pół roku...
Wiele razy myślałam "Okej. Będziemy rozmawiać, negocjować. Powiem to i to, on się nie zgodzi, więc zerwę". Widziałam dokładnie całą sytuację. Siebie, swoją zaciętą twarz, dwie łezki spływające po policzkach i swój drżący głos.
Widziałam jego zdziwienie, próby przekonywania, dyskusje.
Wreszcie moment zerwania. Jego minę, swoją minę.
Wszystko.
Od A do Z.


A jak było?
Nie zaplanowałam tego. Nie myślałam, co powiem.
W ogóle o niczym nie myślałam.
I w ogóle nie przyszło mi do głowy, że z nim zerwę.

Spotkaliśmy jak zwykle wieczorem.
W nastroju jak to po kłótni i trzech cichych dniach.
Oboje lekko fochnięci, oboje lekko zniesmaczeni.
Powiedziałam co chciałam, wyłożyłam swoje argumenty.
On zaczął mnie przekonywać do swoich racji.
Nakręcał się coraz bardziej, błędniej interpretując moje milczenie.
Uśmiechnął się nawet triumfalnie, bo wydawało mu się, że jak zwykle wygrał i...
Wtedy powiedziałam "To koniec. Nasz związek nie ma już sensu".
Tak po prostu.
Słowa same ze mnie wyleciały, ale dałam im na to przyzwolenie.
Bez emocji, bez drżenia głosu, bez łez.
Opanowanie godne snajpera.

I co?
Cieszę się, że podjęłam wreszcie jakieś kroki, żeby zmienić coś, co nie dawało mi satysfakcji.
Nawet, jeśli były one drastyczne.

Bo czasem trzeba coś zmienić.
Czasem trzeba podjąć jakąś decyzję.
Czasem trzeba wybrać.

Codziennie wybieram. Przeważnie decyzje są banalne i na pozór mało znaczące. Pospać dłużej czy iść na wykład? Zjeść coś treściwego czy nie bawić się w przygotowywanie śniadania i wypić tylko truskawkowe smoothie? Opracowywać pytania na egzamin czy przeglądać fb? Pójść na spacer czy zalec na kanapie z książką?

Cały czas dokonuję mniej i bardziej ważnych wyborów.
I nie wiem, jakie skutki będą one miały w przyszłości.
Nie wiem, czy kupiona dziś bluza będzie za chwilę powycierana od ciągłego użytkowania czy przeleży sezon rzucona w kąt i na wiosnę oddam ją na PCK?
Jakie decyzje i wybory podejmę jutro i czy będą one satysfakcjonujące czy raczej frustrujące?
Czy dziś po imprezie wrócę do domu o przyzwoitej godzinie, żeby wyspać się przed jutrzejszą konferencją czy zostanę do rana, żeby obskoczyć wszystkie osiem klubów, na które mam wejściówki?
Czy jutro będę improwizować i wygłaszać referat z głowy czy zeżre mnie trema i będę czytać, rumieniąc się i zacinając?
Czy to, że dziś zerwałam się z łóżka przed siódmą, żeby iść na Breakfast Club do Fitness For Life oznacza, że miałam dobry dzień na trening czy znaczy to, że od dziś będę prowadzić extra aktywny tryb życia?


I chociaż nie wiem, jakie wybory dalej przede mną.
Chociaż nie wiem co wybiorę i co zrobię.
Chociaż nie wiem, z kim będę i czy w ogóle z kimś będę.
To wiem na pewno, że nie będę niczego żałować ;).
Bo nieważne, czy wybór uargumentuję milionem przyczyn.
Nieważne, czy rozłożę go na czynniki pierwsze w drzewku decyzyjnym.
Nieważne, czy decyzję podejmę po namyśle czy spontanicznie.
Bo grunt, że to moje decyzje i moje wybory.
I skoro je podejmuję, to znaczy, że są dobre ;).
Więc nie warto po tysiąc razy zastanawiać się "co by było gdyby" tylko pomyśleć i zrobić to, co wydaje się słuszne.
Albo podjąć decyzję intuicyjnie, bez wnikliwej, psychologicznej analizy.

A potem cieszyć się decyzją i nie żałować.
Bo ponoć najbardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło ;].

PS A teraz pytanie za sto punktów... Iść czy nie iść na dzisiejsze seminarium dyplomowe??? ;P.

http://likely.pl/zdjecie/437672/dziewczyna-nad-morzem





poniedziałek, 24 listopada 2014

Cmok, cmok! ^^ ;]


 
Pamięta ktoś o czym miał być obiecany wpis?
O siedmio(już)miesięcznej pannie Toś, oczywiście! ;]
Taa… Niania M. (zwana inaczej „Babysitterką na telefon”) znów się uaktywniła ^^.

Cały tydzień cieszyłam się, że idę bawić tę Małą Rozrabiakę, a w sobotę rano zerwałam się  z łóżka, podekscytowana jak pięciolatka przed imprezą z udziałem klowna ;].
Do mieszkania wchodziłam z pozytywnym nastawieniem i nadzieją, że Toś nie zapomniała jeszcze swojej pierwszej niani ;P.
Żeby udowodnić mi, że nie zapomniała, a wręcz, że doskonale mnie pamięta i wciąż żywi do mnie jakąś sympatię i nić przywiązania, postanowiła przywitać mnie głośnym piskiem, szerokim uśmiechem i żywym machaniem wszystkimi czterema kończynami na raz.
Uradowana przejęłam ją z rąk jej taty i wreszcie bezkarnie wycałowałam z góry na dół (wcześniej cmokałam Toś ukradkiem, bo kaszlałam i kichałam średnio co dwie minuty ;P), tarmosząc i wywołując u niej histeryczny niemalże chichot.
Boże, jak ja się stęskniłam za tym bezzębnym bobasem!
Nie macie pojęcia ;P.

Oczywiście nikogo nie zdziwi wieść, że Toś przez dwa tygodnie (z haczkiem ;D) niesamowicie się zmieniła.
Jeździ już w „dorosłej” spacerówce (i dzięki Bogu, bo ledwo ją dopinałam szelkami w foteliku. Zwłaszcza, kiedy wyglądała jak mały zapaśnik sumo w ocieplanym kombinezoniku…).
Mimo braku zębów wsuwa biszkopty i Flipsy. Te pierwsze najchętniej kruszy i rozrzuca po podłodze, a te drugie najbardziej lubi rozmakać śliną i wcierać w trudne do doczyszczenia powierzchnie. Albo w swoje/moje włosy, swoje/moje ciuchy.
Pałaszuje prawie pełną butlę mleka, przysysając się do niej tak, że smoczek zaczyna wydawać dziwny dźwięk przypominający zatkany odkurzacz. Kiedy próbuję wyjąć go na chwilę z jej buzi, żeby odpowietrzyć zawór, Toś zaciska na nim usteczka i ciska oczkami gniewne błyski mówiące „Tylko spróbuj mi zabrać flaszkę z mlekiem, to zobaczysz!”.
Siada ciągnięta za rączki i siedzi podtrzymywana pod paszki (nie mówiąc o tym, jak mistrzowsko próbuje zachować równowagę kiedy się ją puści, jak siedzi na łóżku wsparta poduchami ;P).
Z wielką siłą ciągnie za włosy.
Z lubością szczypie mnie po policzkach, nadając mi wygląd zdrowej, rumianolicej dziewuszki, która wróciła do domu po półrocznym pobycie w sanatorium ;P.
Mniej się ślini, za to wykazuje się niesamowitą zręcznością w konkurencji „Strącanie”.
Nieważne czy to mój poturbowany już telefon, który sunie po panelach niczym wyścigówka czy jej smoczek, którego idealny łuk lotu Toś śledzi z nabożną niemalże fascynacją.
A już najchętniej zrzuca z wysokiego krzesełka miseczkę pełną jagodowej papki, której cudem (cudem, powtarzam) nie miałam w sobotę na swoich spodniach, bluzie i skarpetkach (za to na rzęsach i nosie już tak ;P).

No i ogólnie trzeba uważać, bo Toś to mały harpagan i już.
Kiedy trzyma się ją na rękach niebezpiecznie blisko stołu, jest w stanie złapać wszystko to, co ma w zasięgu małych wszędobylskich łapek.
Małe elementy od zabawek. Pilota do telewizora. Szklankę wraz z zawartością.
Podczas karmienia w błyskawicznym tempie kradnie i wpakowuje do ust papierowy ręcznik albo chusteczkę (gdybyście widzieli jak szybko jej tymczasowa niania, czyli ekhm ja, wyciąga z jej słodkiej buźki zmiętolono-mokre białe farfocle… Ha! Sto farfocli na sekundę ;D).
Podczas przewijania mam wrażenie, że mam zmienić pieluchę trzem małym Toś. Jest na brzuszku, za chwilę na plecach, za chwilę sięga po mokre chusteczki w połowie łóżka, za chwilę jest już blisko krawędzi… Tylko czeka na moment zdjęcia pampersa, po czym błyskawicznie zwiewa. A przecież jeszcze nie raczkuje ;P. Ba – nawet nie pełza ;P. Mała Mistrzyni Turlania ;P.
Chusteczkami i Sudokremem traktuję ją w biegu, w zębach trzymając już zapasową pieluchę. Wzdycham z ulgą, kiedy udaje mi się zapiąć rzepy pampersów i biorę głęboki wdech, sięgając po body.
Najłatwiej byłoby ją ubierać w niemowlęce poncho ;P. Nagle zapinanie trzech zatrzasków na bodach i pokonanie całego rzędu guziczków na śpiochach staje się przeszkodą nie do pokonania, chyba że ma się pod ręką cały arsenał zabawek (np. portfel, klucze, telefon).
Przy usypianiu dalej daje popis i udaje, że wcale nie jest śpiąca, choć ziewa rozdzierająco jak wygłodzony lew, ale po kwadransie miarowego bujania (przy moim wciąż jeszcze ciut zachrypniętym smęceniu „Mam tę moc”) głowa opada jej na oparcie huśtawki, a ja triumfalnie ją wyciągam, przytulam ciepłe bezwładne ciałko do siebie i przenoszę je do łóżeczka, odpalając dla pewności pozytywkę i uśmiechając się do wzdychającej przez sen Toś ;).
Jedynie podczas spaceru Toś jest małym aniołkiem.
Siedzi grzecznie w grubym kombinezonie i misiowej czapce z uszami, nakryta po nos kocykiem.
I nawet nie chce jej się marudzić ani płakać ;P.
Przypatruje się leniwie spacerującym po Plantach gołąbkom, łypie ciekawskimi oczkami na przechodniów i marszczy brwi, kiedy pochylam się nad nią i mówię, jaka jest grzeczna, kochana i jak bardzo się za nią stęskniłam ;) ;) ;)


PS Może ktoś ma bobasa, dla którego szuka dorywczej niani na telefon? ;P. Chętnie się pokuszę o pokochanie kolejnego małego człowieczka ;) I bardzo się cieszę, że w najbliższym czasie odwiedzę znajomą i jej 2- miesięczną córcię i że na mojej ulicy pod koniec tego i na początku kolejnego roku przybędzie dwójka kolejnych bobasów, które chętnie wymokam i wytulę, jak dostanę nagłego przypływu uczuć macierzyńskich, który będę chciała zignorować ;P. 



https://dlaczegoplacze.wordpress.com/2011/06/

piątek, 21 listopada 2014

Pół żartem, pół serio o... facecie idealnym ;P



Niedawno rozstałam się z chłopakiem, więc nie zamierzam zbyt szybko wplątywać  się w kolejny związek, ale...
Musiałabym nie być zdrową, młodą, heteroseksualną dziewczyną, żeby nie patrzeć w stronę facetów i nie zastanawiać się, który z nich by mi podpasował ;P.


Najgorsze jest nie tyle NASZE przekonanie o jakimś typie mężczyzny, tylko wszystko to, co kreuje nasze myślenie.
Otoczenie. Rodzice. Przyjaciółki. Znajomi. Media.
Wszystko to składa się do kupy.
Kręci się, miesza, kotłuje.
I tak rodzi się mit faceta idealnego.
Tylko, że ten ideał jest „trochę” rozdarty, bo trudno jest stwierdzić, które cechy są pożądane przez nas, które przez naszych rodziców, a które przez społeczeństwo.
A więc…

Jaki ma być facet idealny?

„Najlepiej, żeby był sierotą” – powiedziała kiedyś moja mama.
„Obejdziesz się bez problemów z teściową” – dodała po chwili.
„Eee… Jeszcze się okaże, że miał trudne dzieciństwo i będzie miał…” – tato szuka właściwego słowa.
„Spraną banię?” – podpowiadam.
„O, taak” – potakuje.
„Ale w sumie rodzina jest ważna. Przecież to istotne, jak się zachowuje w stosunku do rodziców, do matki” – peroruje mama.
„No a jak okaże się, że pochodzi z jakiejś patologii?” – pyta przebiegle tato.
„Ale to nie jego wina z jakiej rodziny pochodzi. Rodziców się nie wybiera” – patrzę na nich spod byka.
I tak zaczyna się dyskusja…
Nie tylko z rodzicami, ale ogólnie.
W programach śniadaniowych, na kawie z koleżaneczkami, w pracy…

Lepiej żeby nie był jedynakiem.
Będzie egoistyczny i samolubny.
Nastawiony tylko na branie.
Fajnie, gdyby miał rodzeństwo.
Z drugiej strony…
Jeśli urodził się pierwszy – może żyć cały czas pod presją jako pierworodny.
Jak jest najmłodszy – będzie niezaradny, bo wszyscy przez całe życie go wyręczali.
Jeżeli jest środkowym dzieckiem – będzie między Pierworodnym, a Rozpuszczonym, więc de facto będzie tym Zaniedbanym…

Dobrze, jeśli pracuje.
Oznacza to, że jest niezależny i pracowity.
Ale… jak pracuje za dużo to też niedobrze.
Nie będzie miał dla Ciebie czasu, będzie wiecznie zmęczony i sfrustrowany.
O, i jeszcze może mu nie stanąć z przepracowania…

Ma samochód?
E! To świetnie! Widzisz, jaki jest samowystarczalny?
Ma prawo jazdy, jest niezależny.
Tylko kurczę – czemu ma takiego pier***ca na punkcie czterech kółek?
Czemu cały czas gada tylko o samochodzie?
To też trochę nienormalne, nie sądzisz?

Chodzi do Kościoła?
To cudownie!
Będzie Cię kochał i szanował.
Będziecie się wspólnie modlić i stosować kalendarzyk małżeński.
O kurde… Naprawdę?
Nieee… Może nie jest fanatykiem.
Może poprzestanie na cowieczornym czytaniu Pisma Świętego.
A jak Kościół zrobił mu wodę z mózgu?
Hmm… Może księża go nie obmacywali, a tato nie łoił tyłka za każdym razem, kiedy nie odmówił paciorka.
OMatkoBoska!

Dobrze, gdyby był wrażliwy.
Mówił o swoich uczuciach, był empatyczny, wzruszał się, kiedy należy.
Ale kurczę…
Czemu on płacze na każdej babskiej łzawej komedii romantycznej i łka, kiedy szef zwróci mu uwagę, że popełnił jakiś błąd w pracy?
Nienormalny jakiś?
Bili go za dzieciaka?

Och, żeby jeszcze był kulturalny.
Lubił chodzić na wystawy i do teatru…
Tylko, żeby nie był za bardzo "ą ę" i żeby nie zanudzał.
Nudziarze są do bani!

Wychodzi z kolegami na piwo?
Imprezuje?
Jest rozrywkowy?
O, nie!
Najlepszy jest pantoflarz.
Niech siedzi w domu, patrzy Ci w oczy i wyznaje miłość.
Tylko… Hmm…
To trochę dziwne, że nie ma znajomych.
Może jest wredny?
Zamknięty w sobie?
Aspołeczny?
Może to socjopata?!

Pije?
To źle!
Będzie chlał na umór, bił Cię i wyzywał od najgorszych.
Ale upij go kiedyś, żeby sprawdzić, jak się zachowuje.
No i trochę alkoholu jeszcze nikomu nie zaszkodziło…
Wszystko jest dla ludzi.

Przystojny? Fajnie wyglądający? Z tym czymś?
No pewnie.
Nie będziesz mogła oderwać od niego oczu.
I rąk…
No i wszystkie koleżanki będą Ci go zazdrościć.
Chociaż w sumie…
Laski będą go podrywać i w końcu Cię rzuci.
Nie, nie. Lepiej wybierz przeciętniaka.
Tylko gorzej, jeśli będzie chciał się dowartościować i sprawdzić swoją atrakcyjność lądując z inną w łóżku…

Zadbany? Pachnący? Dobrze ubrany?
Marzenie każdej kobiety! ;).
Ale lepiej niech nie ma więcej mazideł niż Ty.
To niezbyt dobrze o nim świadczy.
Może ma zaburzenia obsesyjno kompulsywne i nerwicę natręctw, że tak często się myje.
A może jest gejem?!

Grunt, żeby lubił dzieci i zwierzęta.
Grucha słodko do niemowlaków i bierze maluchy na kolana?
Karmi bezpańskie koty?
Dzieci do niego lgną, a psy wpadają w ekstatyczny taniec radości na jego widok?
Ideał!
Po prostu ideał!
Ale czekaj…
Skoro tak lubi dzieci, to zapewne zaraz będzie Cię na namawiał na bobasa.
Może nawet zacząć przebijać gumki, żeby Cię zapłodnić.
A potem zagonić do pieluch, garów i miotły!
Albo przygarnie do domu sforę bezpańskich psów i zrobi na balkonie przytułek dla bezdomnych kotów.
Aaaaa!!!
Niedoczekanie!

Inteligentny? Oczytany? Błyskotliwy? Znający się na wszystkim i nie robiący błędów ortograficznych?
O Boże! Chyba za niego wyjdę!
Ale czekaj…
Może jest zbyt bufonowaty i zarozumiały?
Może puszy się, jakby pozjadał wszystkie rozumy?
Może jest za pewny siebie i będzie Cię miał za głupią gąskę?
A co, jeśli był genialnym dzieckiem i zamiast bawić się z innymi, robił w domu eksperymenty chemiczne, więc teraz brak mu ogłady towarzyskiej i nie potrafi komunikować się z innymi???


Szczupły? Umięśniony? Zrobiony?
Aaach.
Aż chce się… wzdychać ;).
Taki zadbany.
Taki wyrzeźbiony…
Tylko lepiej, żeby nie brał żadnych, no wiesz, dopalaczy.
Podobno powodują bezpłodność i problemy z potencją.
A co, jeśli spędza całe dnie na siłowni, lekceważąc Ciebie i Twoje potrzeby?
I ma obsesję na punkcie własnego ciała?
A co, jeśli ma bigoreksję?!

Bogaty?
Super, zapewni Ci co będziesz chciała i da gwiazdkę z nieba.
Eee…
A jak ma przewrócone w głowie?
Lepiej mieć skromnego faceta.
Wspólnie się dorobicie, będziecie biedni, ale szczęśliwi…
Mieszkając chyłkiem u jego rodziców na zaadaptowanym stryszku…

Dobry w łóżku? Doświadczony? Znający kobiece potrzeby?
Mmmm…
Taki to wie, jak sprawić rozkosz.
Tylko skąd on to wszystko wie?
Pracował jako męska dziwka?
Naoglądał się pornoli?
Przeleciał pół miasta i zaliczył wszystkie kobiety w wieku rozrodczym z najbliższej okolicy?
Miał starszą kochankę?
Awrrr…

Poczucie humoru – to jest to!
Zabawny, dowcipny, lekko ironiczny.
Może nawet ciut złośliwy.
Ale czemu on się tak głośno śmieje w towarzystwie?
Czemu nie potrafi się zachować w miejscu publicznym?
I czemu do diabła jest TAKI wredny?!

Rozmowny? Pogadany?
Ach, jak przyjemnie się z nim konwersuje.
Ale mógłby się czasem zamknąć, choćby po to, żeby dał Ci dojść do słowa…

Ma wysokie libido i duże eeee… potrzeby?
Wooow! Bomba!
O ile nie zajedzie Cię na śmierć...

Zazdrosny?
Podsyci ogień namiętności.
Albo będzie sprawdzał stan Twoich majtek po spotkaniu biznesowym, żeby udowodnić Ci urojoną zdradę.

Troskliwy?
Będzie się o Ciebie troszczył, kiedy złapiesz grypę.
I zagłaszczę Cię na śmierć, jak powiesz, że masz katar.

Dobry?
Będzie robił dobrze Tobie…
…i wszystkim wkoło też.
Nie, lepiej nie mieć dającego się wykorzystywać faceta.

Skryty?
Och, spowija go aura tajemniczości!
A za pół roku okaże się, że ma żonę, dziecko i drugie w drodze…

Szczery?
Będzie Ci kupował drogą biżuterię i zabierał do wytwornych restauracji.
Do czasu, do kiedy nie okaże się, że jest uzależniony od hazardu…

Dbający o porządek?
Będzie sprzątał, wrzucał skarpetki do pralki i spuszczał klapę w toalecie.
I jeździł po meblach ręką odzianą w białą rękawiczkę, żeby Ci udowodnić, że jesteś bałaganiarą, bo zostawiłaś na komodzie dwumilimetrowy pyłek ;P.


Wiecie jak długo mogę jeszcze tak pisać? ;P.
Długo ;P.
Więc… 
Podsumowując.
Nie znajdziemy nigdzie takiego ideału, którego idealne cechy nie wykluczają się wzajemnie.
Nie znajdziemy człowieka pozbawionego wad i dziwactw.

I albo się z tym pogodzimy i damy szansę fajnemu, zabawnemu chłopakowi z błyskiem w oku, charakterkiem i ciętą ripostą…
Albo ochajtamy się z bogatym, wpływowym nudziarzem…
Albo znajdziemy nieidealnego faceta, idealnego dla nas…
Albo będziemy same ;P.
Proste.

Ale spokojnie.
Rynek gadżetów erotycznych kwitnie.
Dilda i wibratory powstają jak grzyby po deszczu.
Można wybierać, przebierać i próbować.
Nie ma co się spinać i frustrować brakiem samca w okolicy ;P.
Wibrator nie ma problemów z erekcją, z szefem ani z samym sobą.
Tylko, że…
Jest wibratorem ;P.
Nie przytuli, nie porozmawia i nie pójdzie z Tobą do kina.
(Chyba, że przemycisz go na salę w torebce ;D).
Ekhm…
Wiecie, co mam na myśli, prawda? ;).
Nie chce mi się w koło powtarzać tego, co jest napisane między wierszami ;P.


PS Aaa… i ponoć idealnego faceta można sobie urodzić i wychować… Tylko najpierw trzeba znaleźć dawcę spermy z idealnym ciałem, wysokim IQ, rozwiniętą inteligencją emocjonalną i… Heh ;P.


http://m.se.pl/wydarzenia/ciekawostki/umiesniona-klata-i-slodkie-psiaki-na-faceci-wyrywaja-kobiety-zdjecia_409655.html