...

...
M.

czwartek, 20 listopada 2014

All night long ;)

Chorowanie (zwłaszcza miesięczne ;P) nie jest jakoś wybitnie przyjemne, ale kiedy wreszcie zaczynamy normalnie funkcjonować i wracać do życia - nie da się opisać radości z właściwie zwyczajnego, ale przynajmniej pozbawionego nieprzyjemnych symptomów, leków i ograniczeń życia ;).

Świętując swój powrót do świata zdrowych i uniezależnionych od antybiotyków ludzi, postanowiłam wziąć się za siebie.
Czyli żyć, bawić się i równocześnie... odpoczywać i być bardziej ambitna.
Hm ;].


Na początek - Coś Szalonego.
Czyli skorzystanie z zaproszenia znajomego do domku nad jeziorem i w efekcie:
Trzęsienie się z zimna na łódce.
Zakładanie na siebie kilku warstw męskiego odzienia.
Śmianie się mimo szczękających zębów.
Żałowanie, że nie wzięłam ze sobą koca termicznego.
Uważanie, żeby zimna woda zbierająca się na dnie łódki nie zalała moich ulubionych butków i horrendalnie drogich spodni z Calzedoni, bo oczywiście płynięcia łódką nie było w grafiku wycieczki ^^. Przecież gdyby było, rozsądna  M. wzięłaby ciepłe dresy i nieprzemakalne gumaki ;P.
 
Ale oczywiście nie narzekałam, bo było super.
Rozgrzany do czerwoności piecyk (i to przez all night long ;P).
Grzane wino.
Piętrowe łóżka.
Koce (^^).
Sikanie w krzakach z latarką przymocowaną do czoła.
Wznoszenie toastu na pomoście przed północą.
Pójście spać bez umytych zębów, bo zapomniałam szczoteczki ;P.
W pełni przespana noc, bez problemów z zaśnięciem, wybudzaniem i kręceniem się w pościeli.
I poranny niesmak w ustach po wypitym grzańcu ;D.

Ale gdybyście wiedzieli, jak smakowało mi domowe śniadanie (jedzone przed pierwszą w południe) i ile rozkoszy sprawiły mi gorące strugi wody pod prysznicem. Mmmm ;].

Potem pojechałam na studia iiii...
W poniedziałek przyszła do mnie koleżanka, z którą chodzę (ekhm, chodziłam i ZAMIERZAM chodzić) na ściankę.
Z ciastkami (nie tknęłam ;P) i piwem (tknęłam...).
Wieczorem pooglądałam motywujący film "W pogoni za szczęściem", a w łóżku zaczęłam czytać powieść "Jeden dzień". Czyli same wzruszające i szczęśliwie kończące się historie ;P.

We wtorek wybyłam na imprezę z moimi współlokatorkami.
Znów piłam (to zaczyna się robić niepokojące ;D), znów się śmiałam, znów ochrypłam.
Tym razem z przekrzykiwania się w głośnym klubie.
Wymęczyłam się, pląsając po parkiecie.
Wymęczyłam się, tłumacząc po N razy, że "Nie, nie będę pić trzeciego piwa, nawet jeśli mi je postawisz". "Nie, nie mam ochoty na shota, niezależnie od tego czy zawiera Malibu czy nie" i "Nie, nie spijesz mnie, bo mam w głowie coś takiego jak zdrowy umiar".


Do mieszkania wróciliśmy we trzy o trzeciej, uchachane, przesiąknięte dymem papierosowym i wreszcie porządnie zintegrowane ;).

Wstałam przed dziesiątą, żeby wyskoczyć po bułki (cóż za poświęcenie ;P), zjeść i ogarnąć się przed przyjściem "mojej" maturzystki na korki. No i wywietrzyć pokój, bo jak to tak poprocentowe zapachy przy młodej, patrzącej na mnie z uznaniem uczennicy? ;P.
Ambitne poszłam na wszystkie zajęcia, ambitnie ugotowałam porządny obiad i ambitnie spakowałam książki, żeby w domu pisać referat.


A teraz wróciłam już do siebie, gdzie zgrywam Perfekcyjnie Zorganizowaną Studentkę (Ostatniego...) Roku.
Objechałam wszystkie biblioteki (płacąc karę za przetrzymanie książek do pisania pracy i pożyczając jedenaście poczytajek ;P).
Napisałam referat o anoreksji na czwartkową (!!!) konferencję i zrobiłam prezentację, umieszczając w niej masę ciekawych (niekoniecznie wystającożebrowatych ;P) zdjęć.
Wyzajmowałam się Borysiastym (klatka otwarta na fulla przez all day long).
Wysprzątałam dom.
Ugotowałam sobie obiad.
Pokręciłam hula hopem, starając się przywrócić dawną kondycję... Yyy... Chyba muszę znów przypomnieć sobie Killera i Skalpel, bo na bieganie za zimno, a na pływanie za szybko (trzeba chyba jakoś się prezentować w stroju, nie? ;P).

Tak więc po wakacyjnej bieganinie i dniach upływających pod tytułem: "OBożeNieMamNaNicSiłyAniCzasu" i po jesiennym rozleniwieniu: "MamOchotęLeżećICzytać", wreszcie wraca mi chęć do robienia czegoś innego i nowego, a równocześnie do solidnego wykonywania zadań i obowiązków.
No cóż. Po prostu porządna ze mnie studentka ;P.

PS A w sobotę idę bawić Toś, która parę dni temu skończyła 7 miesięcy, więc prognozuję, że kolejny wpis będzie miał tytuł "Rozwój psychomotoryczny niemowlęcia po pierwszym półroczu życia" ;P.



http://www.twojewedliny.pl/content/32-grzaniec-idealny
Hahah, link odsyłający do grzańca miażdży ;P. Jak ktoś znajdzie mojego bloga dzięki wpisaniu w Google "Twoje wędliny", będę chyba pierwszą wegetarianką, która padnie na zawał ze śmiechu ;P.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz