...

...
M.

wtorek, 18 listopada 2014

Chapeau bas!

Zawsze byłam dzieckiem, które słucha upomnień rodziców w kwestii garderoby.
Nosiłam czapkę.
Nosiłam szalik.
Nosiłam nawet rajtuzy ;P.
I tak przez wszystkie lata podstawówki.

W gimnazjum nosiłam już tylko szalik i czapkę.
W liceum głównie szalik.
Czapkę ubierałam, kiedy musiałam.
Czyli w czasie choroby, po chorobie i gdy robiło się już naprawdę zimno.
A naprawdę zimno oznaczało, że czułam przeciągi w mózgu i zaczynały mi zamarzać smarki w nosie ;P.

Na studiach miałam lub nie miałam nakrycia głowy w zależności od tego, czy poruszałam się autobusem czy autem.
Jeśli autobusem - oczywiście dzielnie naciągałam czapę na czoło, kiedy dreptałam na dworzec i naciągałam ją jeszcze głębiej (na uszy^^), gdy przytupywałam z zimna, oczekując na (zwykle spóźniający się) autobus.
Jeśli autem - zarzucałam na siebie kurtkę, owijałam szalik byle jak wkoło szyi, szłam do auta postawionego przez uczelnią, sadowiłam się wygodnie w fotelu, zrzucałam z siebie odzienie wierzchnie i włączałam ogrzewanie samochodowe ;).

A teraz?
Teraz paraduję w nieocieplanym czerwonym płaszczyku, z lekką apaszką zamiast szalika, z rękawiczkami bez palców i gołą głową ;P.
Wróć - paradowałam.
Dziś właśnie zdecydowałam, że pora przestać szpanować gołym czołem i zacząć nosić czapkę.
Oczywiście wszystko wyglądałoby inaczej, gdybym należała do osób, które zakładając na głowę najbardziej pokraczny i durny łaszek, wyglądają jak Miss Świata...
No niestety.
Ja w czapeczce - kondonku wyglądam jak w czapeczce - kondonku.
W luźnej, wiszącej wyglądam jak lump.
W dziecinnej z uszkami ludzie dają mi czternaście lat.
W poważnej wyglądam jakbym okradła własną babcię.
W kolorowej czuje się jak pisanka, w czarnej - jak w żałobie.
Nie lubię cekinów, połyskujących nitek we włóczce, czapek, które wiszą mi z głowy jak odwłok...
Lubię tylko swoją czapkę pandę, która jest wielka, śmieszna i futrzasta, ale niestety nadaje się na mrozy, ewentualnie śnieżne zamiecie.
Nie jest typem czapki odpowiedniej na jesienne chłody.

Jak miałam wybrać coś dla siebie? No jak? ;D.
Nijak.
Chodziłam więc bez czapki.
Za to zawsze miałam pod kurtką bluzę z kapturem, żeby "mieć coś na głowę".
Ale kiedy dzisiaj rano sunęłam na uczelnię, przytrzymując targany wiatrem kaptur wyżej już wspomnianego czerwonego płaszczyka (w którym wyglądam wypisz wymaluj jak Czerwony Kapturek ;P) i kiedy wiatr wtykał mi się w uszy... I kiedy zaczęłam czuć gwizdanie zimnego wiatru w zatokach... Postanowiłam sobie - dziś kupuję czapkę.

Po zajęciach odwiedziłam ulubiony szmateks, gdzie ku mojemu niezadowoleniu były same futrzaste i cętkowane nakrycia głowy.
A tak na marginesie - nie cierpię panterek, zeberek, futerek i innych zwierzęcych motywów ;P.
Chyba, że to moja panda albo bluzo - kurtka, zwana potocznie futrzakiem, którą noszę zimową porą ;P.
Odwiedziłam jeszcze jeden sklep, gdzie na wystawie roiło się od czapek. Przymierzałam wszystkie po kolei, jednak z każdą kolejną mój entuzjazm spadał, bo z minuty na minutę wyglądałam coraz bardziej jak oszołom...
Potem spotkałam się z koleżanką w kawiarence, gdzie dla poprawy nastroju wtrąbiłam (przyznaję bez bicia ;P) dwa muffinki (jabłkowo - cynamonowy i marchewkowo - jabłkowy) i wypiłam wielki kubek rozgrzewającej herbaty z miodem, sokiem, pomarańczą i korzennymi przyprawami (mmm ^^).
Gdzie się podział mój chorobowy brak apetytu?! No gdzie? ;P.

Pogadałyśmy z G., poprawiłyśmy sobie humor dawką kalorii i wreszcie w trakcie wlewania w siebie rozgrzewającego płynu, poprosiłam przyjaciółkę o pomoc w szukaniu Czapki Idealnej.
Albo takiej, w której JA będę wyglądać idealnie ;P.
Udałyśmy się o Galerii, gdzie na samym wstępie zamiast szukać czapki, zaczęłam uruchamiać wszystkie bramki głośnym pipczeniem.
Oczywiście na początku nie zdałam sobie sprawy, że to ja piszczę, bo razem ze mną do sklepu wchodziło więcej osób.
No i jakoś nikt specjalnie nie zwracał uwagi na piski osób wchodzących do sklepu, bo wtedy istniały marne szanse, że zdążył coś zdalnie wynieść ;D.
Dopiero w Kappahlu zczaiłam się, że to JA jestem odpowiedzialna za włączanie się alarmów ;P.
"Może ma pani na sobie jakiś nowy ciuch" - podpowiedziała ekspedientka.
Zaczęłam kręcić odmownie głową, a wtedy przypomniałam sobie, że i owszem.
Mam i nową bluzkę, i nowe spodnie i nowy sweterek.
Chociaż sweterek z używki, więc nie podejrzewałam go o robienie ze mnie złodziejki ;P.
Ku radości młodego ekspedienta zaczęłam się roznegliżowywać i szukać zdradzieckich metek, które przypuszczalnie były źródłem problemu. Podniosłam granatową tunikę, a tam... Ta dam! Wielki zwitek metek i papierków ;P.
Pfff...
Zwykle podczas zakupów sprzedawczynie odcinały mi takie śmieci.
Nie zwróciłam więc kompletnie uwagi, że włóczę za sobą plik metek...
Pożyczyłam od sprzedawczyni nożyczki, ciachnęłam nieszczęsne zwoje papieru i z ulgą przeszłam przez bramki BEZ PISKU ;P.
Nawet nie wiecie, jakie to uwłaszczające, kiedy wszyscy ludzie patrzą w Twoją stronę, bramki zaczynają świecić i wydawać przeciągły dźwięk jak syrena strażacka, a ekspedienci zamierają wpatrując się w Ciebie jak oszusta ;P.

C&Aowskie i Kapphalowskie czapki okazały się być ładne, acz za drogie ;P.
W końcu chciałam jeszcze coś zjeść w tym tygodniu i obawiałam się, że zapas mandarynek, kasz i wody na mieszkaniu nie wystarczy ;).
Rozpromieniłam się więc kiedy doszłam do Kari.
Kupowałam już tam buty na wesele, szare kozaki, torebkę i rękawiczki, więc wiedziałam, że produkty mają fajne, a ceny przystępne.
No i miłe sprzedawczynie, które mnie kojarzą, chętnie doradzają i sympatycznie się uśmiechają ;].

Nie minęło dziesięć minut, a już wychodziłam ze sklepu z szarą, prostą czapką z pomponem.
Nie jest specjalnie mała ani specjalnie duża.
Jest ciut luźniejsza, ale nie wisi mi po barki.
Nie ma guziczków, kwiatuszków, wstążeczek, kokardeczek ani błyszczących elementów.
Ot, zwykła normalna czapka.
Za przyzwoite siedemnaście złotych ;P.

Na zewnątrz od razu naciągnęłam ją na głowę (miła pani ekspedientka usłużnie obcięła mi wszystkie metki i inne pierdoły ;P) i wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, jak jest mi dobrze ;P.
Niby dalej miałam cienki płaszczyk, nie do końca zabudowane rękawiczki i lekką apaszkę, ale było mi o niebo cieplej.
Nie było mi zimno, nie czułam porywistych podmuchów w uchu ani w mózgu ;D.
Nie czułam się może jak Miss World, kiedy wracałam na mieszkanie (choć z torebką wyładowaną zeszytami i siatami z jabłkami i tak miałam marne szanse tak wyglądać :D), ale czułam się całkiem dobrze.

I teraz też czuję się dobrze, grzejąc się w pokoiku przy parującym kubku z pomarańczowo - cynamonowym rooibosem.
Za oknem hula wiatr i jest nieprzyjemny chłód, a ja siedzę przy herbatce, zapachowej bananowej świeczce i miseczce z aromatycznymi mandarynkami.
W cieplutkiej, milutkiej (i ostatnio zapomnianej) szarej bluzie w gwiazdki, z gotowym obiadem do podgrzania, z brakiem trosk, zmartwień i baterii leków do zażycia.
Z ciekawie zapowiadającą się książką ("Jeden dzień"), która o dziwo nie jest ani kryminałem, ani thillerem ;P.
I z tłukącymi się z tyłu głowy poleceniami "Pisz pracę!!!", "Weź się za dokańczanie referatu na końcowolistopadową konferencję!!!", "Szukaj pracy, skoro nie bawisz już Toś!!!" i "Zrób coś pożytecznego", które spycham do szufladki pt. "Nie teeeeraz. Chilloutuję się" ;P.


PS I czy naprawdę szukam sobie problemu na siłę, skoro tak strasznie brakuje mi pracy, nawet dorywczej jako niania? ;P. Że zamiast cieszyć się niezależnością, wolnym czasem, studiowaniem, relaksem i czekać na wieści z Policji, mnie nosi z braku pracy? ;].

http://adriannafolwar1.pinger.pl/








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz