...

...
M.

środa, 12 listopada 2014

Pół żartem pół serio o... bezsenności ;/


Zaczyna się niewinnie.
Wskakuję do łóżka i moszczę się jak kociak, ugniatając poduszki.
Pokój mam wywietrzony, temperaturę optymalną.
Nie czytałam przed snem żadnych strasznych książek, nie oglądałam drastycznych filmów.
Zrelaksowałam się pod prysznicem, odpoczęłam, przeglądając babski magazyn w łóżku.
Nakrywam się kołdrą po uszy, chowam zimne stopy pod kocyk i… leżę.

Okej.
Przecież nie jestem robotem.
Nie zasnę ot tak, na pstryknięcie.
Leżę, leżę, myślę, leżę.
Wstaję do łazienki.
Wracam.
Gorąco mi, więc zrzucam z siebie kołdrę.
Teraz mi zimno w nogi.
Zakładam cienkie skarpetki.
Uchylam okno.
Nakrywam się kocem.
Przypływ świeżego powietrza odpręża, myślę sobie o czymś przyjemnym.
Brrr… Zimno sprawia, że mam wrażenie, że jestem na Grenlandii…
Zamykam okno.
Uhh… Gorąco. Teraz to już tropiki…
Odrzucam koc.
Patrzę na telefon - minęła godzina.
Houton, mamy problem.
Już wiem, że nie będzie lajtowo.
Nigdy nie jest ;P.

Jak więc zasnąć?

Myślę o tym, co dziś robiłam.
Myślę o tym, co będę robić jutro.
Myślę o dzieciństwie, o wydarzeniach śmiesznych, głupich, zapadających w pamięć.
Myślę o nudnych rzeczach, żeby wreszcie znużona odpłynąć…
Przewracam się kolejną godzinę, bezowocnie mierzwiąc pościel.

Pytanie przestaje brzmieć: Jak zasnąć?
Pytanie brzmi – Jak cholera, dotrwać do rana???

Gdybym była sama – okej.
Mogę właściwie robić co chcę.
Problem w tym, że NIGDY nie jestem sama ;P.
Jak śpię w swoim pokoju, mam towarzysza niedoli – szynszyla.
I rodziców + siostrę za ścianą.
W Rzeszowie  - współlokatorki i sąsiadów.
Kiedy w domu wstanę i zaświecę światło, Borys zacznie popierdzielać po klatce, świergocząc, gryząc pręty i urządzając koncert pod tytułem „Jak miło zacząć dzień od hałasu”.
Jeżeli wypuszczę go z klatki, przypuszczalnie przyjdzie do mnie pod kołdrę i będzie spał zwinięty w kłębek między moją szyją, a policzkiem.
Tylko, że wtedy dalej zostanie moja rodzinka.
A wszystkie pomysły na to, co można robić w bezsenną noc, dziwnym trafem są dość… głośne.
Raczej wątpię, żeby moi domownicy ucieszyli się, gdybym zaczęła kręcić hula hopem do swoich ulubionych (rytmicznych, głośnych) utworów. Zwłaszcza, że koło waży ponad 1,5 kg i czasem z łomotem spada na panele ;P.
Mania sprzątania, która też czasem mnie dopada, kiedy nie mam co robić między 3, a 6, też nie skończyłaby się dobrze, gdybym chwyciła wtedy za odkurzacz.
Chyba by mnie moi zamordowali ;P.
Więc jak dopada mnie głód porządków – sortuję skarpetki, układam majtki w zgrabne kupki, przekładam kolczyki z miejsca na miejsce i robię błysk w szafkach z ciuchami…
Skoro o głodzie mowa – jak się nie śpi, chce się jeść.
Ale kurczę, jak mam zejść na dół i tłuc się naczyniami, skoro wszyscy śpią?
Okej. Głód nieważny. Jakoś wytrzymam. I tak nie mam apetytu. W sumie ;P.

Co by tu robić, co by tu robić…
Książka.
Spaliła mi się lampka, więc zaświecam światło.
Tato człapie do łazienki.
„Oszalałaś, jest 4 nad ranem?! Gaś światło!”.
Kapituluję i włączam sobie film.
Mama wstaje o 6 i rozczochrana wtyka głowę do mojego pokoju.
„Co Ty robisz?!”, pyta, jakby złapała mnie na orgiach z drużyną piłkarską…
Kończę oglądać film.
Na kolejny nie mam ochoty.
Odpalam sobie muzykę z radia.
Cichutko, delikatnie.
Gaszę światło, wtulam się w miękkie futro szynszylastego.
Nie wiadomo kiedy – zasypiam.

Budzę się za parę minut, zerwana z łóżka przez budzik.
Wyłączam dziada, padam głową w poduszkę.
„M. wstawaj! Antybiotyk!” – woła mama.
„Mhmmmm mh” – mruczę sennie.
Antybiotyk nie ucieknie.
Przynajmniej chwilę obejdę się bez mdłości.
„M. antybiotyk!!!” .
Wrrrrr…
Biorę kęs jabłka, łykam gorzką tabletkę.
Wracam do łóżka.

Słonko bezlitośnie wkrada się pod powieki.
Słyszę poranną krzątaninę rodziców, brzdęk naczyń, psa, którzy głośno chłepta wodę.
A. wybiega z pokoju i po chwili słyszę szum wody i szum suszarki. 
Pewnie dowiedziała się, że za kwadrans jedzie z kursantami do Krosna, a jej wygląd dalece odbiega od ideału ;P. 
Rodzice się z czegoś śmieją, Pedro szczeka.
Awrrr…
Nie dadzą człowiekowi spać ;P. 
Słońce coraz bardziej zaczyna mnie drażnić. 
Drażni mnie też poplątana pościel, którą skopałam przez noc. 
Rad nierad wstaję. 
Wyglądam jak zombie i jak zombie też się czuję. 
Jem śniadanie, biorę prysznic. 
I zaczynam kolejny dzień, w którym choć mogę  - nie mam siły kręcić hula hopem. 
Choć nikt już nie śpi – nie chce mi się odkurzać.
I chociaż jest jasno – nie mam ochoty czytać…


PS Jedna nieprzespana noc to pikuś. Gorzej, kiedy wpadnie się w błędne koło bezsenności, dziennego odsypiania, problemów z zaśnięciem, wybudzania i ponownego odsypiania… ;P. To już jest hardcore ;P. I wtedy na pewno nie miałabym nastroju, żeby spłodzić humorystyczny wpis o bezsenności ;).




http://likely.pl/zdjecie/146757/dziewczyna-lezaca-na-lozku




 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz