...

...
M.

środa, 26 listopada 2014

Pół żartem, pół serio o... wyborach ;)

Pisząc ten wpis, siedzę w Rzeszowskim mieszkanku, które wybrałam, bo nie miałam czasu szukać nic innego...
Siedzę w miękkich granatowych dresach, które kupiłam na szmatach tylko i wyłącznie za namową koleżanki, wzruszając ramionami i mówiąc "Mam w domu kilka par spodni dresowych"...
Na ręce brzęczy mi bransoletka z C&A z kolorowymi zamkami, którą pokazała mi siostra i którą bez przekonania zaniosłam do kasy...
Stukam w klawiaturę laptopa, którego nie chciałam kupić, bo wydawał mi się za drogi, za elegancki, zbyt pretensjonalny...
Co chwila przebieram palcami po łańcuszku w poszukiwaniu ważki - małej błyskotki zawieszonej na mojej szyi, którą kupiłam na ulicznym bazarku dziesięć minut przed odjazdem autobusu dobrych parę lat temu...



Pierwszego dnia po oglądaniu mieszkania miałam gulę w gardle.
Cieszyłam się, że znalazłam sobie stancję, ale nie czułam euforii.
Ba - czułam niechęć.
Mieszkanie wydawało mi się małe i niefunkcjonalne (przechodni pokój, trzecie piętro).
Myślałam, że będę niezadowolona i sfrustrowana obecnością koleżanek w swoim pokoju i taskaniem zakupów po masie schodów.

A teraz?
Uwielbiam to miejsce.
Przyjeżdżając do Rzeszowa z tobołami, z uśmiechem wysiadam z auta. Przytrzymując kolanami walizkę, przeszukuję torebkę w poszukiwaniu kluczy z kolorowym imiennym breloczkiem. Chwytam w zęby szarego pasiastego kotka ze zmrużonymi oczkami, który dynda wesoło przy kluczach i manewrując torbami, człapię do klatki.
Uśmiecham się, mimo że jest mi niewygodnie jak cholera.
Uśmiecham się na widok min sąsiadów, patrzących z pobłażliwym uśmieszkiem na obłożoną tobołami jak wielbłąd dziewczynę z pluszowym kotem w zębach.
Uśmiecham się nawet wtedy, kiedy torby wysuwają mi się z rąk i kiedy zasapana docieram pod 14tkę.

Lubię bliskość uczelni, okoliczne sklepy, codzienną wspinaczkę po schodach, dobry kontakt z współlokatorkami, zapach truskawkowego odświeżacza w mieszkaniu i mikroskopijną kuchnię, gdzie dwie osoby to już tłum.
Lubię to mieszkanie.

Dresy, które mam na tyłku, są już przetarte od częstego noszenia.
Choć w szafce leży stos innych dresów i legginsów, ja uparcie zakładam na cztery litery granatowe dresy za dychę.
Lubię w nich chodzić, siedzieć, leżeć i czytać pod kocykiem.
Najchętniej chodziłabym w nich na zajęcia.
Przemawia do mnie jedynie fakt, że są już tak znoszone, że powoli zaczynają mi prześwitywać spod nich majtki ;P.

Bransoletki praktycznie nie zdejmuję.
Noszę się na czarno, szaro i biało, wybieram jednolite kolory bluz, żeby móc założyć tęczowe zameczki na lewy nadgarstek.
Lubię się nimi bawić, lubię kręcić ręką, patrząc jak zamki kręcą się jak na karuzeli.
Lubię widzieć bransoletkę na swoim przegubie.
I czuję, że czegoś mi brakuje, kiedy ją ściągam.

Laptopa co chwilę przecieram ściereczką (albo rękawem^^).
Pilnuję, żeby przy nim nie jeść.
Pilnuję, żeby przy nim nie pić.
Lubię moment, kiedy uruchamia się z cichutkim mruczeniem.
Lubię swoją jesienną tapetę, znajome przyciski na klawiaturze, zapamiętane ulubione strony.
Lubię na nim pisać, bezbłędnie znajdując słowa, których chcę użyć.

Ważki nie zdejmuję nigdy.
Jest ze mną podczas ćwiczeń.
Jest za mną pod prysznicem.
Jest ze mną na basenie.
Urządzam cyrk, kiedy przypadkiem zsunie mi się z szyi.
Padam wtedy na kolana i gorączkowo przeszukuję teren, żeby czasem nie zgubić tego małego błyszczącego badziewia z jubilerskiego stoiska ;P.
I ulga, jaką odczuwam, kiedy znów zaczyna błyszczeć w moich dłoniach jest nieporównywalna do niczego innego, choć zdaję sobie sprawa, jaki to banał ;).


A przecież to były same przypadki.
Mieszkanie, które znalazłam po ciężkich trudach, kiedy nie mogłam już wybrzydzać.
Dresy, które miałam zamiar wrzucić do szafy i zapomnieć o nich równie szybko, jak je kupiłam.
Bransoletkę, którą nabyłam, bo miałam Dzień Rozrzutności i Kupowania Pierdół.
Laptopa, na którego się skusiłam, bo potrzebowałam narzędzia do pisania.
I nieszczęsną ważkę, którą nawet nie pamiętam po co i na co kupiłam, skoro goniłam na autobus ;P.

Przypadki.
Same przypadki.
Ale teraz bez tych przypadków byłoby mi ciężko, choć nie są niezbędne do życia.
Spokojnie mogłabym mieszkać gdzie indziej, siedzieć w innych dresach, innej biżuterii i przy innym laptopie.
Ale przypadkowe i banalne wybory okazały się słuszne i szybko stały się dla mnie ważne ;).


W odróżnieniu od nieprzemyślanych zakupów, rzeczy, na które się napaliłam, leżą rzucone w kąt.
Brązowe legginsy (ani razu nie miałam na sobie), brązowe botki na koturnach (jeden sezon), brązowa nowa torebka (nieużywana), wielkie czerwone kolczyki w kształcie serduszek z kolorowymi nitkami (po jaką cholerę ja je właściwie kupowałam?!).
Mimo, że odkładałam na nie pieniądze, mimo, że cieszyłam się jak dziecko, kupując je, mimo że planowałam już, jaki sweterek dobiorę do spodni i jakie buty założę do torebki...
Mimo, że ZAPLANOWAŁAM te wybory, okazały się one fiaskiem.


Przed większością ważnych decyzji rozrysowuje na kartce drzewo.
Nie zajęłoby ono pierwszego miejsca w konkursie na najładniej naszkicowane drzewo.
Nie ma zielonych liści ani rozłożystej korony.
Ma za to dwie grube gałęzie, które rozchodząc się po obu stronach kartki, tworzą dwa osobne obozy.
Plusów i minusów.
Piszę tam wszystkie za i przeciw, wypunktowuję sobie liczne zagadnienia i argumenty.
Stosując tę metodę jestem praktycznie w 100% pewna swojej decyzji, bo jest ona dokładnie przemyślana i przeanalizowana.
Tak było w przypadku studiów, składania papierów do Policji, wyjazdu na wymianę zagraniczną i paru innych ważnych dla mnie kwestii.
W większości przypadków byłam zadowolona z wyboru, ale bywało, że coś przeoczyłam, o czymś nie pomyślałam, czegoś nie uwzględniłam w swoim idealnym grafiku, choć miałam na to mnóstwo czasu.


Bywają jednak sytuacje, kiedy nie mam czasu na gdybanie.
Decyzję trzeba podjąć tu i teraz.
Na szybkości.
Wtedy postępuję instynktownie.
Spontanicznie.
Tak zrobiłam, zrywając z chłopakiem.
Oczywiście nasze relacje przemaglowałam wzdłuż i wszerz już w trakcie trwania związku.
I wiele razy obiecywałam sobie "To już ostatni raz".
Zawsze mówiłam, że jeśli jeszcze raz będę miała jakieś wątpliwości co do sensu naszego spotykania się, zerwę.
I tak mijał miesiąc, dwa, pół roku...
Wiele razy myślałam "Okej. Będziemy rozmawiać, negocjować. Powiem to i to, on się nie zgodzi, więc zerwę". Widziałam dokładnie całą sytuację. Siebie, swoją zaciętą twarz, dwie łezki spływające po policzkach i swój drżący głos.
Widziałam jego zdziwienie, próby przekonywania, dyskusje.
Wreszcie moment zerwania. Jego minę, swoją minę.
Wszystko.
Od A do Z.


A jak było?
Nie zaplanowałam tego. Nie myślałam, co powiem.
W ogóle o niczym nie myślałam.
I w ogóle nie przyszło mi do głowy, że z nim zerwę.

Spotkaliśmy jak zwykle wieczorem.
W nastroju jak to po kłótni i trzech cichych dniach.
Oboje lekko fochnięci, oboje lekko zniesmaczeni.
Powiedziałam co chciałam, wyłożyłam swoje argumenty.
On zaczął mnie przekonywać do swoich racji.
Nakręcał się coraz bardziej, błędniej interpretując moje milczenie.
Uśmiechnął się nawet triumfalnie, bo wydawało mu się, że jak zwykle wygrał i...
Wtedy powiedziałam "To koniec. Nasz związek nie ma już sensu".
Tak po prostu.
Słowa same ze mnie wyleciały, ale dałam im na to przyzwolenie.
Bez emocji, bez drżenia głosu, bez łez.
Opanowanie godne snajpera.

I co?
Cieszę się, że podjęłam wreszcie jakieś kroki, żeby zmienić coś, co nie dawało mi satysfakcji.
Nawet, jeśli były one drastyczne.

Bo czasem trzeba coś zmienić.
Czasem trzeba podjąć jakąś decyzję.
Czasem trzeba wybrać.

Codziennie wybieram. Przeważnie decyzje są banalne i na pozór mało znaczące. Pospać dłużej czy iść na wykład? Zjeść coś treściwego czy nie bawić się w przygotowywanie śniadania i wypić tylko truskawkowe smoothie? Opracowywać pytania na egzamin czy przeglądać fb? Pójść na spacer czy zalec na kanapie z książką?

Cały czas dokonuję mniej i bardziej ważnych wyborów.
I nie wiem, jakie skutki będą one miały w przyszłości.
Nie wiem, czy kupiona dziś bluza będzie za chwilę powycierana od ciągłego użytkowania czy przeleży sezon rzucona w kąt i na wiosnę oddam ją na PCK?
Jakie decyzje i wybory podejmę jutro i czy będą one satysfakcjonujące czy raczej frustrujące?
Czy dziś po imprezie wrócę do domu o przyzwoitej godzinie, żeby wyspać się przed jutrzejszą konferencją czy zostanę do rana, żeby obskoczyć wszystkie osiem klubów, na które mam wejściówki?
Czy jutro będę improwizować i wygłaszać referat z głowy czy zeżre mnie trema i będę czytać, rumieniąc się i zacinając?
Czy to, że dziś zerwałam się z łóżka przed siódmą, żeby iść na Breakfast Club do Fitness For Life oznacza, że miałam dobry dzień na trening czy znaczy to, że od dziś będę prowadzić extra aktywny tryb życia?


I chociaż nie wiem, jakie wybory dalej przede mną.
Chociaż nie wiem co wybiorę i co zrobię.
Chociaż nie wiem, z kim będę i czy w ogóle z kimś będę.
To wiem na pewno, że nie będę niczego żałować ;).
Bo nieważne, czy wybór uargumentuję milionem przyczyn.
Nieważne, czy rozłożę go na czynniki pierwsze w drzewku decyzyjnym.
Nieważne, czy decyzję podejmę po namyśle czy spontanicznie.
Bo grunt, że to moje decyzje i moje wybory.
I skoro je podejmuję, to znaczy, że są dobre ;).
Więc nie warto po tysiąc razy zastanawiać się "co by było gdyby" tylko pomyśleć i zrobić to, co wydaje się słuszne.
Albo podjąć decyzję intuicyjnie, bez wnikliwej, psychologicznej analizy.

A potem cieszyć się decyzją i nie żałować.
Bo ponoć najbardziej żałuje się tego, czego się nie zrobiło ;].

PS A teraz pytanie za sto punktów... Iść czy nie iść na dzisiejsze seminarium dyplomowe??? ;P.

http://likely.pl/zdjecie/437672/dziewczyna-nad-morzem





2 komentarze:

  1. Krótki i banalny komentarz, ale za to bardzo szczery: dobrze mówisz! (piszesz;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem dlaczego tak jest, ale czasami najlepsze decyzje, jakie możemy podjąć to te, które pojawiły się w naszej głowie pod wpływem impulsu. Plany są dobre, ale całego życia nie zaplanujesz. Niech żyją błędy, impulsy i spontan! :D

    OdpowiedzUsuń