...

...
M.

wtorek, 4 listopada 2014

Słodko - ostry listopad ;)

Kojarzycie film "Słodki listopad?".
Co roku planuję obejrzeć go w listopadzie, bo ten miesiąc jest właśnie taki słodko - spokojny.
Jeszcze nie zima, jeszcze nie świąteczny szał...
Za to spokojne odwiedziny na grobach zmarłych, wspominanie tych, którzy odeszli.
Ciepłe napoje, kocyki, kominek, długie swetry i rozgrzewające przyprawy.
Długie jesienne wieczory, spędzane na przyjemnościach, żeby umilić sobie pluchę i zimno.


Listopad nigdy nie kojarzył mi się z niczym ostrym...
Aż do przedwczorajszego dnia ;D.
Ale o początku.
Miesiąc zaczął się milutko i... do bólu słodko ;P.
Pierwszego listopada wstałam przed siódmą, bo pierwszego dnia kuracji genialnie zażyłam antybiotyk o 19.00 i teraz muszę się trzymać 12-godzinnych przerw.
Jeść mi się za bardzo nie chciało (żadna nowość w ciągu ostatnich tygodni...), więc po wmęczeniu w siebie połowy bułeczki, stwierdziłam, że leki lepiej mi wejdą przy szarlotce, upieczonej przez mamę.
W sumie pierwszy dzień miesiąca jest najlepszy na dietę, ale co tam.
Szarlotka na śniadanie - nie ma problemu ;).
Potem położyłam się do łóżka i obkładając się puchatymi poduchami stwierdziłam, że poczytam książkę, którą kiedyś zaczęłam, a nigdy do niej nie wróciłam.
Siedziałam pod kołdrą, czytając poradnik o zwierzętach, skupiając się na pytonach królewskich, legwanach i ptasznikach. Czyli same słodkie pieszczoszki ;P.
W moich nogach umościł się szynszylasty, miziając mnie po odsłoniętych nogach wąsikami, co ogólnie byłoby bardzo przyjemne dla takiego mizioluba jak ja, ale okazało się średnio przyjemne, kiedy arachnofobiczny miziolub czytał o kosmatych odnóżach pająków ;P.
Potem odpaliłam sobie ulubione piosenki z laptopa i kręciłam hula hopem w piżamie i grubych, futrzastych kapciach. Moja koordynacja przeziębieniowo - osłabieniowa i śliskie pantofle nie były może najlepszym sposobem na zgrabne kręcenie kołem, ale chyba znacie ten stan, kiedy ciężko jest wyleżeć w łóżku nawet mimo złego samopoczucia ;].
Przerzuciłam kartkę kalendarza na Pana Listopada, który prezentuje się chyba najlepiej z całej dwunastki (^^). A może co miesiąc tak mówię i może co miesiąc każdy model jest idealny, bo oprócz szynszylastego jest jedynym samcem w moim pokoju ;P.
Wzięłam długi prysznic, stojąc pod kaskadami gorącej wody i narkotyzując się zapachem żelu czekoladowo - pomarańczowego. I o dziwo - nie przeszkadzała mi zupełnie ta słodycz w nosie, chociaż zwykle wolę "zielone" zapachy ;P.
Pojechałam na cmentarz z siostrą, nie kłócąc się z nią i o nic nie spierając (a nawet - pozostając z nią w podejrzanie miłej komitywie... ;D).
Pogoda była piękna, ludzi mało, więc można było skupić się na modlitwie i na wspominaniu bliskich ("Hej, a pamiętasz, jak pani Ż. topiła pająki w kiblu, bo piszczałyśmy na cały dom?", "A pamiętasz, jak zabrałyśmy dziadkowi latarkę i wygłupiałyśmy się w nocy pod kołdrą?").
W domu pozamiatałam dom i pomogłam lepić pierogi (co tam, że Święto Zmarłych, sobota to sobota ;P).
Było przewidywalnie, ale miło i spokojnie.
Po obiedzie odwiedziłam ciocię.
I znów - pyszna wiśniowa herbatka z kardamonem, wygłupy i przepychanki z kuzynem, miłe babskie rozmowy...
Same przyjemności.
Następnego dnia?
Równie miło. Długie spanie. Spacer z psem w jesiennym słońcu. Herbatka w kawiarni z koleżanką.
A pod wieczór - znajomi.
Wybrałam się do nich razem z siostrą.

Jak zwykle fajnie i zabawnie. Dzieciaczki się bawią, my sączymy kawki i herbatki.
Rozmawiamy, śmiejemy się, odpoczywamy.
Wymyślamy imiona dla przyszłego dziecka koleżanki (propozycje ich córeczek biją wszystko na głowę... Maszka Chmurka - rulezzz).
Znajomi coś tam pichcą, wyjmując z szuflady słoiczki z przyprawami
I nagle genialna M. i jej znajomy wpadają na wspaniały pomysł ;P.
Pomysł to - Węchowe Zgadywanki.
Ja zamykam oczy, kolega podtyka mi pod nos słoiczek z aromatyczną zawartością i moim zadaniem jest wyniuchać, co to za przyprawa.
Jestem zadowolona, bo bawiłam się tak z siostrą w dzieciństwie kosmetykami, a że jestem osobą obdarzoną psim węchem, wydaje mi się, że zaraz olśnię wszystkich rewelacyjną znajomością przypraw.
No cóż...
Olśnić nikogo nie olśniłam ;P.
B. podsunął mi pod nos ostrą czerwoną paprykę, a ja niczego nie świadoma wciągnęłam ją do nosa i do oczu ;P.
Tzn. właściwie do jednego oka ;].
O kurczę...
Jeśli nie mieliście nigdy w oku czerwonej ostrej papryki - nie próbujcie swojej odporności na ból ;P.
Nie powiem, żebym konała z bólu, ale panika ("O Boże, wypali mi oczy czy nie?!"), pieczenie i uczucie gorąca w oku jest średnio przyjemne ;P.
Akcja ratownicza była na początku trochę ślamazarna (ciężko się idzie po schodach po omacku), ale już po chwili targany wyrzutami sumienia kolega prowadził mnie za rękę jak ślepca i przemywał mi oczy płatkami nasączonymi mlekiem.
Oczywiście mrugając i łzawiąc obficie z jednego oka, próbowałam zrobić minę pt. "JestemDzielnaIOstraPaprykaWOkuNieRobiNaMnieNajmniejszegoWrażenia", ale i tak podejrzewam, że wyglądałam żałośnie ;P.
Kolega kajał się i przepraszał, że podsunął mi właśnie paprykę, a nie jakieś oregano czy tymianek, a mi poniekąd chciało się śmiać z jego pełnych wyrzutów sumienia oczu.
Moje dla odmiany były pełne paprykowego pyłu, rozmokniętego tuszu i łez, więc nie wiem kto z nas wyglądał zabawniej. Chyba jednak ja ;P.
Do łazienki wpadła jego 6-letnia córeczka i obserwując nasze zabiegi kosmetyczne, ze zdziwieniem w głosie powiedziała "Ooo, tato robi M. demakijaż oczu!".
Demakijaż - dobre sobie ;P.
Akurat tego dnia udało mi się zrobić ładne kreski na górnej powiece, przez co oczy wyglądały na większe, a ja sama dobrze się czułam, patrząc w lustro.
"Ładnie miałaś pomalowane oczka" - stwierdził B., patrząc na czarne kleksy na mlecznych wacikach, piętrzących się na umywalce.
Taa...


Po przemyciu pechowego oka mlekiem, po wypłukaniu go wodą i po wielokrotnym mruganiu i płakaniu, byłam prawie jak nowo narodzona.
Tzn. z ciut zaczerwienionymi białkami, makijażem spływającym po policzku i łezkami w oku, ale za to z dobrym humorkiem i nauczką na przyszłość ;P.
Do końca wieczora nie bawiłam się w żadne zgadywanki - wąchanki ^^.
I podejrzewam, że przez całą chłodną jesień nie będę używać ani grama czerwonej ostrej papryki ;P.

Na szczęście oko ma się dobrze i nie widać po nim śladów z tego niemiłego incydentu ;).
A ja kupiłam sobie nową czarną kredkę i za punkt honoru przyjmuję nauczenie się robienia idealnej kreski ;).
Iiii... skoro mowa o słodko - ostrym listopadzie... Dziś pół dnia słodko spałam, bo moje choróbsko znów przybrało ostry przebieg. Jestem mega zakatarzona, trochę mniej zachrypnięta i bardzo niereagująca na antybiotyk ;P. Nawet nie wiem, jak to skomentować... Chyba tylko tak, że jutro wieczorem wracam do domu, a w czwartek idę robić badania pod kątem mykoplazmy, która ponoć grasuje wśród znajomych. Przecież nawet dla takich zdechlaków - nieodporniaków jak ja to NIENORMALNE chorować ponad trzy tygodnie ;/


PS To co, chyba zagrzebuję się z powrotem pod koc i włączam "Słodki listopad", chyba że ktoś ma inną propozycję dla przymulonej i zaspanej M. ? ;).




http://zdrowie.dziennik.pl/diety/artykuly/333068,papryczki-chilli-pomagaja-w-odchudzaniu.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz