...

...
M.

czwartek, 4 grudnia 2014

Bakcylek ;]



Ze skrajności w skrajność.
Jak siedziałam i pisałam – tak siedziałam i pisałam.
Godzinę, dwie, pół dnia...
A teraz cisza.
Nie piszę, bo... nie mam czasu ;).

Oprócz tego, że ambitnie robię notatki i uczę się do egzaminu, że znów piszę teksty jako copywritterka, że piszę pracę magisterską i chodzę na uczelnię, mam nowe wypełniacze długich jesiennych wieczorów.
Złapałam bakcyla i nie mogę się od niego uwolnić.
Tak, tak.
Dałam się wciągnąć w ćwiczeniowy szał ;P.
I to tak, że szaleję codziennie. Godzinę albo trochę ponad. Do dwóch i pół, jeśli są fajne zajęcia fitnessowo – taneczne w grupach.

Podejrzewałam, że jak zacznę, nie będę umiała powiedzieć sobie „stop”, bo jestem niewyżyta, nieokiełznana i skłonna do przesady, ale myślałam, że obecna kondycja mi na to nie pozwoli.
A tu proszę – minęły jakieś trzy tygodnie od mykoplazmy, a ja już odzyskuję siły, choć straszono mnie, że do formy dochodzi się do pół roku.
Pół roku? Nie ma szans ;P.
Prędzej pójdę na siłownię nafaszerowana lekami jak kaczka jabłkowym farszem niż sobie odpuszczę ;D.
Ale spoko. Póki co – daję radę i bez faszerowania się lekami.
Mimo, że zaczęłam ćwiczyć praktycznie z dnia na dzień ;).
Jednego dnia musiałam położyć się do łóżka w ciągu dnia, drugiego spakowałam sportowe łaszki i poszłam na siłownię ;).
I mimo, że wciąż zdarza mi się kaszleć, a od jakiegoś czasu co noc boli mnie gardło, jestem zakatarzona i codziennie jadę na syropie i tabletkach na odporność, żeby się nie dać choróbsku, wytrwale trenuję, jakby ktoś stał nade mną z batem.

Daję z siebie wszystko, choć miałabym prawo sobie odpuścić.
Słucham prowadzących zajęcia jak nigdy nikogo wcześniej.
Ćwiczenia robię do końca, nawet jeśli czuję, że mięśnie mam napięte jak postronki.
Śmiać mi się chce, kiedy widzę swoją zawziętą minę w wielkim lustrze, ale mimo to – nie odpuszczam.
Po prostu nie odpuszczam.
Kiedy idę ćwiczyć, przestaję kichać i kaszleć.
Katar też mi nie doskwiera.
Jedynie ból mięśni, zmęczenie i zakwasy.
Ból mięśni jest dla mnie przyjemny, co w połączeniu z upodobaniem do mocnego masażu, kręceniem wypustowym hula hopem na gołym brzuchu i unikaniem przeciwbólowych leków i zastrzyków robi ze mnie prawie że masochistkę ;].
Siłownia wciągnęła mnie jak sekta ;).
Nie wyobrażam sobie, żeby nie pójść na zajęcia, nie pobiegać na bieżni.
Karnet mam od zeszłej środy i od zeszłej środy byłam na siłowni codziennie, pomijając sobotę i niedzielę, kiedy byłam w domu ;].
Byłam na różnych zajęciach grupowych (na niektórych dwa razy), obczajałam funkcjonowanie nieznanych mi dotąd maszyn.
Poznałam (choćby przelotnie) mnóstwo osób, które podobnie jak ja, z butelką wody i małym ręczniczkiem, dzielnie pedałują, stepują, chodzą albo pocą się na różnych urządzeniach.
Jestem rozpoznawana przez recepcjonistki, kojarzą mnie trenerzy.

I mogłabym z pasją dalej ciągnąć wątek, opowiadając Wam o celebracji związanej z pakowaniem sportowych butów, spacerem na siłownię, podekscytowaniem, które czuję, kiedy dostaję kluczyk do szafki w szatni i... tak dalej, aż w końcu byście pozasypiali ;P.

Dodam tylko, że nigdzie w tym tygodniu nie wychodziłam (nie było czasu ;P), nic nie piłam (tyle kalorii?!) i na nic nie poświęciłam więcej czasu niż na ćwiczenia.
Nawet na czytanie ;P.
I pisanie ;).
O - i zapełniłam już sobie grafik na kolejny tydzień ;].
Siłownią oczywiście.

Ale dziś sobie odpuszczam. Raz, że chodząc dwa dni pod rząd na wszystkie zajęcia, jakie leciały od 17.00 do 19.30, nabawiłam się porządnych zakwasów w łydkach, dwa, że były u mnie koleżanki i przez plotki, ploteczki, plotunie nie zrobiłam nic konstruktywnego, trzy - w poniedziałek egzamin, a przez weekend pewnie nie będę mieć czasu na naukę... ;P.
No i cztery - ponoć nie powinno się ćwiczyć codziennie, dając organizmowi czas na regenerację ;).




PS Za to jutro rano - bieżniaaa! ;P.

http://kingakalu.pinger.pl/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz