...

...
M.

środa, 10 grudnia 2014

Jak fachowo przygotować się do egzaminu? ;] ^^




Zawsze, kiedy nie chce mi się uczyć, wyszukuję sobie milion zajęć domowych, ale kiedy chcę przysiąść nad notatkami, milion zajęć sam mnie dopada ;).
Zawsze uczę się do każdego egzaminu, a mimo to zawsze panikuję przed.
Zawsze robię ściągi, ale nigdy ich nie używam, bo się boję.
Zawsze trzęsą mi się ręce, kiedy na egzaminie notuję pytania, ale jak zaczynam na nie odpowiadać, piszę tak ochoczo, że długopis o mało nie zapali mi się w dłoni.
Zawsze burzę się, kiedy bliscy uspokajają mnie „Na pewno zdasz”, a oni zawsze wywracają oczami, kiedy dzwonię do nich podekscytowana i mówię „Napisałam wszystko!”… ;D.

I tak właśnie było z poniedziałkowym zaliczeniem.

Zaczęłam się uczyć równy tydzień przed.
Bo to przecież rozsądny sposób, żeby zdążyć.
W końcu jest tyyyle do zrobienia...
Zapoznanie się z zagadnieniami, przeczytanie treści, zrobienie notatek, popodkreślanie ich masą kolorowych zakreślaczy, dopisanie zabawnych adnotacji i wyrysowanie wykrzykników (buziek i kwiatuszków ^^) na marginesach, a wreszcie na koniec – powtórzenie materiału.
Tak wygląda Nauka Idealna.
I tak właśnie miałam zamiar się uczyć.
Ale pechowo CIĄGLE coś mi w tym przeszkadzało.

Najpierw zajęcia na uczelni.
Potem korki.
Tzn. angielski, nie wzmożony ruch na ulicy ;P.
Później siłownia…
Wiem, wiem ;P. Ale co? Bezwstydnie zmarnować karnecik? No przecież, że nie ;D.
A że jestem tak niewyżyta, że nie spocznę, póki się nie zmęczę, obskakiwałam wszystkie zajęcia, jakie po kolei były prowadzone w sali tanecznej, żeby wreszcie usatysfakcjonowana (czyt. mokra i czerwona ;P) wrócić na mieszkanie.
Do notatek ;).
Ale dopiero po beztłuszczowym jogurcie z bananem, prysznicu, myciu i suszeniu głowy i odpoczynku, co oznaczało, że miałam pół godziny na naukę, nim zmorzył mnie sen… ;P.
I tak codziennie.

Potem był piątek.
I powrót do domu.
Dłuuugi.
Bo korki.
Tym razem drogowe ;).
Po trzech godzinach jazdy jakoś nie miałam ochoty się uczyć… ;)
Tym bardziej, że było już późno.
Tzn. nie za późno na hula hop i czytanie, ale na naukę – zdecydowanie ;P.

W sobotę zerwałam się rano, żeby mieć czas wszystko ogarnąć.
Taaa…
Najpierw odkurzanie całego domu.
Potem robienie pierogów.
Potem sprzątanie trzytygodniowych trotów Borysa.
I mycie kuwety, która po trzytygodniowej przerwie Firmy Sprzątającej (ekhm) była odporna na czyszczenie…
Mycie wanny, w której myłam kuwetę.
Wycieranie wody, którą nachlapałam po całej łazience.
Wyprawa na zewnątrz po trociny, które trzymam na tarasie.
Zamiatanie tych trotów, które rozsypałam po drodze, spacerując z nimi przez całą długość domu.
Zamiatanie trocin, które rozsypałam w pokoju, przy wymianie ściółki.
Upominanie Borysa, żeby nie pił herbaty z mojego kubka.
Odkurzanie pokoju.
Ścieranie kurzy.
Łapanie Borysiastego, który stwierdził, że uciekanie przed sfrustrowaną pańcią jest super zabawą.
Zmiana pościeli.
Segregowanie majtek i skarpetek z prania.
Próba upchnięcia świeżo wypranych ubrań w szafie...
Pomoc 9-letniej sąsiadce z angielskim.
Zakupy na mieście.
Biblioteka.
Robienie obiadu.
Jedzenie…

Po obiedzie zasiadłam przy biurku z gorącym kubkiem herbaty.
Zaczęłam mozolnie pisać.
Bo najlepiej przyswajam, przepisując.
Całkiem chętnie skrobałam notatki o międzykulturowości i szoku kulturowym, ale wybiło wpół do piątej i musiałam jechać do Toś.
Wzięłam ze sobą caaały stos notatek, długopis i zielony zakreślacz.
I książkę ;P.
Do poczytania, jak zmęczę się nauką.
Bo hamerykańskim stylem, chciałam zasiąść nad notatkami jak przykładowa babysitterka z filmów, kiedy dzidziuś smacznie śpi… ;P.

U Toś, jak to u Toś.
Mała ładnie zjadła zupkę, nie opluwając mnie z góry na dół (choć po jej ciemnych, chochlikowatych oczkach widziałam, że ma ochotę to zrobić przynajmniej dwa razy w trakcie karmienia ;P).
Grzecznie dała się przebrać, mniej grzecznie ubrać na spacer.
Na spacerze (mój pierwszy wieczorny spacer z wózkiem ;P) zrobiła akcję pt. „Mam wyrodną niańkę” i ryczałaaaa, aż mi uszy spuchły.
Wtedy ucieszyłam się w duchu, że miasto wyglądało jak po Końcu Świata.
Ciche, spokojne, bez żywej duszy.

W domu, zahartowana mroźnym powietrzem (i zmęczona płaczem ^^) T., chętnie przyssała się do butli z mlekiem.
Wydudliła całą w ciągu pięciu minut.
Potem, posilona posiłkiem (co tam jest w tym mleku, że dzieciaki mają po nim takiego powera???) zaczęła pokazywać mi na podłodze, jaka jest pożądana pozycja do rozpoczęcia przygody z raczkowaniem ;).
I sprężynować na nóżkach.
I wyginać się na wszystkie strony...
Poszczypała mnie jeszcze po policzkach.
Ośliniła mój nos, kiedy chciałam ją pocałować w rumiany policzek.
Wreszcie wsadziła mi palec w oko... ;).

Z racji tego, że dostałam pozwolenie na samodzielną kąpiel Toś, skwapliwie skorzystałam z tej możliwości.
Napuściłam wody do wanienki, rozebrałam Toś, której niemowlęce ciałko wciąż przypomina ludzika Michelina ;P.
Nalałam do wody emolientu, wrzuciłam do wanienki myjkę.
Wsadziłam do wanny Toś i zaczęłam ją metodycznie myć (nie zapominając o przestrzeniach za uszkami i o pofałowanych nóżkach ;D ;D).
W trakcie kąpieli stwierdziłam, że Mała wygląda TAK absolutnie słodko (szczególnie z irokezem na głowie i myjką w zaciśniętych usteczkach ;P), że muszę, po prostu MUSZĘ cyknąć jej słit focię.
Tylko, kurde, nie miałam przy sobie komórki ;P.
Hm, hm.

Co by tu zrobić...?
Przecież nie zostawię Małej samej, choćby na pięć sekund.
Już miałam wizję przechylonej ciężarem Toś wanienki, wylewającej się wody iii… brrr…
Niewiele myśląc złapałam kąpielowy ręcznik z kapturem, zawinęłam weń Toś, która próbowała przytrzymać się brzegów wanienki w niemym proteście, przytuliłam Małą do siebie i… Pognałam do sypialni po telefon ;P.
Po czym wróciłam do łazienki, odwinęłam dziecko i ponownie ulokowałam je w wanience :D ;D.
Mała miała minę, jak ja, kiedy zerwę się rano z łóżka, po czym zerknąwszy na zegarek, stwierdzę, że mam jeszcze dwie godziny snu ;).
Potem było wycieranie, Sudokremowanie, pieluchowanie i butelkowanie.
I słynne usypianie ;P.
Przy którym ja zaczynałam odpływać, a Toś – wręcz przeciwnie.
Ale wreszcie, wreszcie się udało i Mała została uśpiona.
Wtulona w mój prawy bok, z rączką na mojej dłoni.
Aaa…
Zrobiło się tak ckliwie i słodko, że nie miałam sumienia przenieść jej do łóżeczka ;P.
Więc nie mogłam zabrać się za notatki, bo szelest zbudziłby przecież dziecko ;>.
No i nie miałam siły podnieść głowy z poduszki – swoją drogą ;P.
W końcu skapitulowałam i zaniosłam Toś do łóżeczka.
Nakryłam ją pościelą w baranki, cmoknęłam w wypukłe czółko.
Usiadłam na kanapie.
Zapaliłam lampkę.
Wzięłam w dłoń pozapisywane z góry na dół kartki...
...I walnęłam się z powrotem na poduszkę.
Odrzucając w międzyczasie notatki, które wdzięcznie sfrunęły na podłogę ;).

Obudziłam się o 1, zaalarmowana przyjściem rodziców Toś.
Otumaniona, zaspana, z rozmazanym prawym okiem i rozczochranymi włosami.
Szybkie zbieranie rozwalonych po podłodze notatek.
Szybki look do łóżeczka.
Szybka wymiana grzecznych uwag z rodzicami.
Powolna jazda do domu (zimno, śpiąco, ślisko).
Szybki prysznic.
Zbędny zresztą – bo rozbudzający…

Bezowocne kręcenie się w pościeli, bo przecież lepiej śpi się z niemowlakiem, przy zaświeconym świetle i z kartkami pod głową niż w świeżo zmienionej pościeli...
Wreszcie sen ;).

W niedzielę odsypiałam "nockę" do jedenastej.
Potem późne śniadanie.
Zakupy z tatem ("Poszukaj tego", "Znajdź tamto", "Sprawdź na czytniku, ile to kosztuje"...).
Rozpakowywanie zakupów ("Ułóż tu", "Wsadź tam"...).
Robienie obiadu.
Pakowanie na studia.
Karmienie Borysa.
I nauka ;>.
Naukaaa!
Przez całą godzinkę, bo potem musiałam jechać co Rzeszowa ;).

I co jest najśmieszniejsze?
Że wszystkie pytania mi podeszły, wszystko wiedziałam i wszystko napisałam.
Mam nadzieje, że wszystko dobrze i wyczerpująco ;P.
W sumie okaże się za tydzień...
Ale spoko.
W razie "W" pouczę się przez weekend.
Jak to przez weekend?!
Aaaa! ;P.


PS Zdjęcia Toś z myjką w bezzębnych dziąsłach są bezcenne, ale że to nie moje dziecię, wrzucam tu jakiegoś równie fajnego bobasa z fryzurką a'la "Wodne Szaleństwa". Pozdrówkaaa! ;].


 
http://www.erstekinderbetreuung.de/babysitter


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz