...

...
M.

wtorek, 30 grudnia 2014

Paranoja ;P.

Pasuje mi coś napisać, bo dawno tego nie robiłam i przez to miałam po zaledwie kilka wejść przez Święta ;).
Pasuje mi coś napisać, bo wczoraj o dziwo weszła tu ponad pięćdziesiątka czytelników, więc chociażby dla nich powinnam się postarać coś skrobnąć.
Pasuje mi coś napisać, bo w sumie mam czas, ale...
Co mam napisać, żeby Was nie zniechęcić swoim zniechęceniem...?
Mam ściemnić Wam coś pozytywnego, mimo parszywego nastroju?
Du**.
Nie będę ściemniać ;P.
Napiszę to, co mam ochotę napisać.

A mam ochotę napisać, że...
Nie tak wyobrażałam sobie tę świąteczną przerwę.
Myślałam, że będzie inaczej.
Że będę budzić się w swoim łóżku cała w skowronkach, cieszyć się z pobytu w domu i okupywać ulubiony fotel w salonie.
Że będę uśmiechnięta, zadowolona i szczęśliwa, spędzając czas w gronie najbliższych mi osób.
Ehe.

Czas w domu spędzam tak, że najczęściej siedzę u siebie w pokoju albo wychodzę z domu, żeby nie siedzieć u siebie w pokoju.
No cóż.
I znów - niestety nie mogę się dokładnie wyżalić, czemu (ach, trzeba było założyć anonimowego bloga ^^), ale wiedzcie tylko, że to głębszy i bardziej skomplikowany problem... ;). I w gruncie rzeczy - zupełnie nie mam na niego wpływu i nie mogę go zmienić.
Hmm...
To chyba może rodzić żal i frustrację, prawda? ;).
A jak nie można o tym za bardzo nikomu powiedzieć - kłuje jeszcze dotkliwiej ;).
Więc Wam to mówię i nic nie mówię zarazem.
Ale dzięki temu i tak czuję się ciut lżej ;).



A więc jak spędzam okres świąteczny?
Bo mimo złego nastroju i wszystkich tych nieprzyjemności, o których nie chcę mówić - przecież jakoś muszę wykorzystać te wolne dni ;].

Trochę się obijam - to swoją drogą.
Przesiaduję godzinami u cioć, kuzynostwa, znajomych.
Spotykam się z koleżankami, zwłaszcza tymi dawno nie widzianymi.
Odwiedzam znajomych, którzy mają dzieci i znów jestem "ciocią M."
Popijam herbatkę z przyjaciółką, gawędzę z nią o wszystkim i o niczym. Daję jej też do poczytania swoje wypociny, chwalę się nowymi ubraniami popełnionymi na zakupowym szaleństwie wyprzedażowym i nagaduję na facetów ;D.
Bawię też  Toś - oczywiście na telefon i po parę godzinek, ale zawsze to coś ;).

Dużo ćwiczę i to akurat mnie cieszy.
Codziennie macham ciężarkami, robię przysiady i wykroki, odpalam sobie filmiki z Mel B. i Rebeccą Louis (w sumie muszę sprawdzić, czy tak się to pisze ;P) i ćwiczę, niezależnie od tego czy jest Wigilia czy niedziela, czy poniedziałkowy poranek ;].
Trochę przeginam z częstotliwością, ale kto bogatemu zabroni? ;P.

Tylko wczoraj sobie odpuściłam, bo dopadła mnie migrena.
Dziwne.
Już daawno nie miałam takiego odlotu, że musiałam wyłączyć się na cztery godziny.
Cztery bite godziny!
Tyle leżałam sama w ciemnym, wychłodzonym pokoju z niebieskim plastrem Apap Ice przyklejonym na czoło (przez co wyglądałam jak totalna frajerka, ale totalnie mi to wisiało, bo byłam średnio przytomna i średnio świadoma), nie jedząc (spróbujcie jeść, kiedy mdli Was z bólu), nie pijąc (spróbujcie pić, kiedy jesteście nieprzytomni z przyćmienia umysłu) i nie kontaktując (spróbujcie wydusić słowo splątanym językiem...).
A potem, nawet jak już wstałam, to mrużyłam oczy przed światłem, zakrywałam głowę przed hałasem (telewizor, głosy rodziców) i kimałam, podczas wieczornego seansu z siostrą ("Holiday").
Zażyłam nawet dwie tabletki przeciwbólowe, a kiedy migająca się od brania medykamentów i painkillerów M. bierze dwa Ibupromy - oznacza, że jest źle ;P.


Prawdopodobne przyczyny są dwie.
Pierwsza to niewyspanie, które jest skutkiem mojej bezsenności, a druga to katar.
W sumie to już od nie wiem kiedy mam problemy ze snem i nie wiem, jak to możliwe, że kładąc się do łóżka, nie mogę normalnie zasnąć.
Albo jak o dziwo uda się mi się zasnąć w miarę szybko - wybudzam się w nocy i nie śpię do rana.
Albo wybudzam się w nocy, zasypiam i wybudzam się co godzinę...
Wrrr...
Masakra jakaś.
Oduczyłam się już nocnego urozmaicania bezsenności czytaniem, pisaniem i oglądaniem filmów, bo łudzę się, że leżąc w ciemności bardziej wypocznę i szybciej zasnę.
Taa...
Jasne.
Tak zasypiam, że aż mi bańki z nosa wyfruwają ;P.

Oczywiście potem w ciągu dnia jestem półprzytomna, po południu łóżko korci mnie jak pudełko pralinek czekoladoholika i padam na pysk już o 20, ale nie daję się, wystrzegając się popołudniowych drzemeczek i chodząc spać przed jedenastą.
Tylko że to wcale nie pomaga, bo kolejna noc też jest nieprzespana i w efekcie kumuluje się tylko moje zmęczenie.
I choć prowadzę normalny, dość zdrowy tryb życia (z obowiązkami, ćwiczeniami, spacerami, własnoręcznie przyrządzanymi obiadami i odpoczynkiem), nijak nie mogę się wyciszyć w łóżku.


No i druga sprawa - katar.
Nic poza nim mi nie doskwiera (bo trzy razy dziennie piję syrop na odporność i święcie wierzę, że nic nie ma prawa mnie dopaść, skoro go zażywam :D), nic mnie nie boli etc.
Ale niezaprzeczanie łeb mam ciężki jak sklep, a to nie sprzyja dobremu samopoczuciu ;D.
No i standardowo - nie ruszam się nigdzie bez trzech paczek chusteczek i uważam, żeby nie parskać śmiechem, co by nie zrobić smarkowej fontanny.

Inne możliwe opcje przebytej migreny to stres, skumulowane emocje, nadwrażliwość, powoli rozwijająca się choroba psychiczna, efekt uboczny przebytego w dzieciństwie zapalenia opon mózgowych, paranoja... To ostatnie chyba jest najbardziej prawdopodobne ;).
Bo zaczynam też powoli dostawać paranoi związanej z wpatrywaniem się w lustro i zastanawianiem, czy przypadkiem nie mam za bardzo wyraźnych mięśni (oprócz łydek - nie ;P), paranoi, która każe mi myśleć, że nigdy nie wezmę się za pisanie pracy magisterskiej i w efekcie - nie obronię się (całkiem możliwe...) i paranoi odnośnie facetów ;). Ale to już insza inszość ;).


PS Gdybym na dniach nie pofatygowała się z nowym wpisem - Szczęśliwego Nowego Roku życzę ;).




http://facet.wp.pl/kat,70996,wid,15651629,wiadomosc.html

 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz