...

...
M.

niedziela, 21 grudnia 2014

Samoloty ^^



Piątek, poranek po:

Nie boli mnie głowa.
Nie jest mi niedobrze.
Nie jestem zmęczona.
Za to chrypię, cała prześmierdłam papierosami i boli mnie lewa łydka.
Od czego?
Od imprezowych pląsów ;P.
Wczoraj tak kręciło mi się w głowie (po jednym piwie ;D ;D ;D), że byłam pewna, że po dwóch kamikadze na koniec dziś będę cierpieć, ale nie ;].
Udało się po raz kolejny i zaś będę nieświadoma kacowego zjawiska ;P.

A co wczoraj robiłam? ;].
Hmm…
Najpierw poszłam ze współlokatorkami na Cocacolową akcję.
Wiecie – czerwona oświetlona ciężarówka, Mikołaj, muzyczka, zdjęcia…
Później – Wigilia u koleżanek koleżanek.
I o dziwo – niejedząca niczego co nie jest zielone M. wsunęła biedronkowe uszka z torebkowym barszczem i jeszcze zgodziła się na dokładkę ;P. Oznacza to dwie rzeczy; że jedząca tylko zielone M. była bardzo głodna i że była w bardzo niesłużącej figurze fazie cyklu ;P.

Potem poszliśmy wszyscy (całą prawniczą dziesiątką i jedną przedstawicielką pedagogiki ;D) na imprezę i w końcu, po ciężkich trudach („Ale ja się odchudzam”, „Ale piwo ma dużo kalorii”, „Ale…”) dałam się na namówić na piwo z sokiem.
Które już po kilku łykach zaczęło mi grzać przełyk i powodować samoloty w głowie ;D.
A jaki jest najlepszy lek na zawroty głowy?
Kręcenie się na parkiecie, oczywiście! ;P.
Więc kręciłam się, całkowicie się rozluźniając, tańczyłam, zapominając, że nie umiem tańczyć i bawiłam się, nie myśląc o tym, że ogólnie nie miałam humoru ani ochoty się bawić ;).
A jak wracałam do stolika, znów były samoloty ;P.
Podobnie mną nawracało, kiedy człapałam do WC od ściany do ściany ^^.
 
Na mieszkanie wracałam skoczno – tanecznym szybkim krokiem, z dziewczynami i kolegą, który musiał za mną gonić ;P.
A rano wstałam o dziesiątej, poszłam do sklepu po bułkę, wygłodzona rzuciłam się na jedzenie, wychrypiałam siostrze relacje z imprezy przez telefon i zasiadłam przed laptopem, żeby na świeżo zdać Wam relację ;).
Teraz tylko pakowanie (walizek ;P), siłownia (i nie - pakowanie, a spalanie ;P) i wracanie do domu (czyt. spanie w trasie).
Mmm... ^^

 





Dwa dni po:

Jestem już w domu.
Standardowo - w totalnej rozsypce ;P.
Dopiero niedawno uprzątnęłam walające się po pokoju książki, ciuchy, inne elementy garderoby i kartki.
Standard...
Dopiero przed chwilą (WTF?! w niedzielny wieczór? ;P) ogarnęłam kurze i powciskałam ciuchy do szafek.
Standard...
Bo oczywiście wczoraj bawiłam Toś, a po powrocie do domu padłam na łóżko w ciuchach po to, by wieczorem wykąpać się i nie móc zasnąć w łóżku.
Standard ;P.
A dziś miotam się między matą do ćwiczeń, choinkowymi ozdobami, które zawieszam na wyliniałym drzewku, odwiedzinami u cioci i zajmowaniem się szynszylem.

Tyyyle rzeczy miałam zrobić, tyle napisać, tyle załatwić.
Ehe ;P.
Już to widzę ;).
No nic.
Idę poćwiczyć.
Póki co to najlepiej mi wychodzi.




PS Jutro też czekają mnie samoloty, bo idę bawić Toś. A że jest obecnie najbardziej przeze mnie kochaną osóbką na świecie, zamierzam wyhuśtać ją w ramionach i powarczeć z pasją, lądując na parkiecie w poszukiwaniu smoczka, choćbym miała spotkać się ze zdziwionymi minami jej rodziców ;P.


http://www.edziecko.pl/pierwszy_rok/1,79406,5245248.html





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz