...

...
M.

wtorek, 20 stycznia 2015

Enjoy the weekend ;]



Okej.
„Nie mam czasu na bloga” to słaba wymówka, skoro codziennie chodzę na siłownię i codziennie znajduję czas, żeby czytać kolejne książki ;].
Tłumaczę się w myślach: „Muszę biegać dla sylwetki”, „Muszę chodzić na siłownię, bo mam karnet” i „Muszę relaksować się przy książce, żeby lepiej spać”, ale to nie usprawiedliwia mnie przed zaniedbywaniem bloga.
Wiem, że świat się nie zawali, jeśli przez kilka dni nic nie napiszę, ale widzę, że jednak wchodzą tu jakieś niedobitki i śmiem twierdzić, że skoro tu zaglądają, to robią to z nadzieją na nową porcję głupot ;).
Ja sama też czasem frustruję się, kiedy na blogach, na które zaglądam, nie ma nic nowego ;).
Poza tym, zawsze kiedy od razu czegoś nie opiszę, ciężko mi potem do tego wrócić.
Tematy, które chcę odłożyć na później – odkładam na czas bliżej nieokreślony.
Który najczęściej nie nadchodzi…

Więc za weekend biorę się już teraz ;).
Nie był może szczególnie bogaty w atrakcje ani intensywny w doznania.
Chociaż pewnie nawet gdyby był, i tak byście się o tym nie dowiedzieli, a o dziwnym stanie mojego i tak dziwnego już umysłu dowiedzielibyście się pewnie tylko i wyłącznie za sprawą większej niż zwykle ilości emotikonów, obecności wykrzykników i zdań, naszpikowanych emocjami ;].
Tylko, że sama nie wiem, jak można by było upchnąć w tekst więcej minek i uczuć niż teraz ;P. 

 
Ostatnio weekendy mam bardzo spokojne i bardzo odwiedzinowe.
Ten nie był tu wyjątkiem.
W sobotę rano odwiedziłam swoją ulubioną eks  - podopieczną Toś.
Toś ma dziewięć miesięcy i jednego ząbka, bielącego się dumnie na dolnym dziąśle ;).
Ma też charakterek, piskliwy głosik i nową turkusowo - polarkową bluzę z Gapa (wciąż z second handu bo nie obrobiłam banku ani nie wygrałam w Totka ;P), od eks – niani M.
Trudno powiedzieć czy Mała poznała mnie po miesiącu niewidzenia czy uśmiechała się, bo podobała jej się ta zabawna osóbka z kolczykami rybkami i zarumienionymi od szybkiego marszu policzkami. Grunt jednak, że powitała mnie jak zawsze – z uśmiechem.
Próba nakarmienia Małej zupką skończyła się fiaskiem, więc jej mama zapakowała mi ją w jasnoróżowy kombinezonie i mogłam wziąć ten niecierpliwy pakuneczek na spacer.

Szłam dumnie przez miasto, pchając przed sobą wózek i przypominając sobie, jak przemierzałam tak wszystkie te chodniki i uliczki jesienią, z kilkumiesięczną Toś w gondolce ;]. Spacerek był miły i przyjemny, pogoda prawie wiosenna, a Toś grzeczna. I tylko musiałam popsioczyć trochę pod nosem na bezczelne paniusie, które zamykają mi drzwi przed nosem, choć widzą, że nie mam ośmiu rąk, żeby trzymać sobie drzwi, wtykać smoczek w rozdziawioną buźkę dziecka, machać przed nią grzechotką i równocześnie manewrować wózkiem…
Nie spotkałam zbyt wielu znajomych osób, którym mogłabym się pochwalić, jak Toś urosła.
Choć może to i dobrze.
Nie wszyscy są zainteresowani, że 9-miesięczny niemowlak robi „papa” i „tosi łapki” ;).

Potem wróciłyśmy do domu, gdzie popodniecałam się szybkością i zręcznością, z jaką Młodzież porusza się po podłodze na czworakach, pozwoliłam obślinić swoją ważkę i wynaciągałam Toś „na zaś”, w razie gdyby miała jej znów nie widzieć przez miesiąc.

Później odwiedziłam koleżankę, która tydzień temu urodziła córeczkę. 
Trzecią ;).
Tym razem podniecałam się tycimi maluszkami i tycimi stópkami. No i nie naciągałam i nie huśtałam w ramionach, a trzymałam ostrożnie jak nierozbrojoną bombę ;]. Ale trzymałam bez rożka, becika i ochraniaczy dla Roztrzepanych Roztrzepańców, więc jest okej ;P. 
Hard level w Odwadze Przy Zajmowaniu się Niemowlętami W Pierwszym Tygodniu Życia - osiągnięty ;].
I tylko dziwne, że strasznie mnie roztkliwiał widok noworodka i miękkość czarnej czuprynki na maleńkiej główeczce, choć zarzekałam się, że nie mam instynktu macierzyńskiego ani matczynych pobudek...
 
A na koniec odwiedziłam przyjaciółkę, z którą pograłam w Rumikubba, którą objadłam z sałatki greckiej i u której załapałam się na makowca, uspokajające ziółka i winko św. Hildegardy, które miało ułatwić mi zaśnięcie.
(Nie ułatwiło ;P ^^).
Ale i tak było pyszne ;P.
I wieczór też był pyszny ;).
Taki jak ostatnio lubię – bez stresu, pośpiesznego malowania rzęs, szukając równocześnie ładnej bluzki, bez nerwów, że chłopak znów się spóźnia i bez pretensji do nikogo ;].

A w niedzielę odwiedziłam ciocię, pokłóciłam się z rodzicami, pakowałam się do Rzeszowa i pakowałam z Mel B., wypacając z siebie stresy, nerwy i frustracje.
Więc było słodko - gorzko, acz do przeżycia.
 
I teraz znów jestem w Rzeszowie.
Znów wpadłam w ulubiony przeze mnie rytm – Zajęcia na uczelni – Praktyki w przedszkolu – Wycisk na siłowni.
Znów biegam z jednego miejsca na drugie, robię szybkie zakupy, szybkie porządki, szybko się ubieram i szybko jem tylko po to, by wieczorami myśleć "Jeszcze tylko X dni i pojadę na weekend do domu"...



PS I powoooli piszę wpis na bloga, rozmawiając równocześnie na facebookowym czacie, myśląc, jak (i kiedy) zrobić bilans kompetencji, pijąc swoją dzienną porcję melisy i planując, co muszę zrobić jutro, bo "Planowanie" znalazło się na Czarnej Liście Tematów Do Myślenia Przed Snem ^^.


http://runwritehike.com/2014/09/alone-weekend/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz