...

...
M.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

M jak Mistrzyni Roztrzepania ^^



Maratonu dzień pierwszy.
M jak Monday.
M jak Misja Praktyki.
M jak Masakra ;P.
Po pierwsze – dziś nie miałam tyle szczęścia co ostatnio ;P.
Podejrzewam, że częściowo wzięło się to z pośpiechu, nie mniej jednak wcale mnie to nie pociesza :D.
Po drugie – dzień był tak zakręcony, że dziwne, iż jeszcze nie zamieniłam się w karuzelę ;D.

Zacznijmy od tego, że poniedziałek zaczęłam od zaspania.
Budzik nastawiłam na 7, a wstałam po 6 drzemkach i telefonie o mamy.
Czyli gdzieś po ósmej.
Zjadłam parę łyżek płatków ryżowych i zasiadłam przed laptopem.
Nie sprawdzając wcześniej poczty, fb ani bloggera.
Żeby się nie rozproszyć.
Przed czym?
Przed pisaniem pracy, oczywiście ;).
Chciałam napisać parę stron i pójść na bieżnię przed praktykami.
Yhm.
Zdążyłam napisać jeden akapit, kiedy zadzwonił mój telefon.
Okazało się, że jeden z nauczycieli się rozchorował i zamiast na 14.00, mam przyjść na rano.
Obiecałam ogarnąć się w szybkim tempie i w te pędy pobiegłam  pod prysznic.
Zdążyłam jeszcze tylko wrzucić do torebki kapcie, zeszyt, jabłko i soczek i już leciałam do przedszkola.

Na miejscu przydzielono mnie do zerówki.
Dzieciaki fajne, bo ogarnięte i można z nimi dużo zrobić, bo kumate.
Zajęcia o karnawale, zabawy ruchowe, potem prace plastyczne.
Ja głównie siedziałam i patrzyłam.
Coś tam pomogłam, do czegoś tam się przydałam (głównie do roli Przynieś - Podaj, jak to praktykanci ;]).
Po jakichś dwóch godzinach spoufaliłam się z dziećmi na tyle, że pomagałam im robić filcowe etui na Dzień Dziadka, rozmawiałam z dziewczynkami o „Krainie Lodu”, a z chłopakami bawiłam się ich wypasionymi autkami z pilotem i napędem na cztery koła.
Chwilami łapałam się na tym, że zaczynam mówić po polsku, ale ogólnie starałam się tego unikać. Wszak to przedszkole językowe i nauczycielki mają świergotać po angielsku…
Kiedy sięgnęłam do torebki po sok pomarańczowy, okazało się, że w tylnej kieszonce tkwi dowód rejestracyjny z samochodu.
Nie mojego.
Ja nie posiadam.
Do auta rodziców.
Auta, które stoi na podjeździe.
Na podjeździe mojego domu.
Auta, którym tato jeździ do pracy.
Ups.
Zrobiło mi się słabo, kiedy wyobraziłam sobie, jak mój ostatnio mega czepialski rodziciel zareaguje, gdy odkryje mój niechlubny występek, sięgając do saszetki i widząc brak dowodu.
O ile wcześniej nie złapie go Policja i nie wlepi mu mandatu za brak dokumentów…
Z mocno bijącym sercem i lekkim uczuciem dziwnej słabości w nogach napisałam do mamy i wspólnie uknułyśmy plan dostarczenia dowodu przez kierowcę autobusu.
Odetchnąwszy z ulgą zajęłam się pomaganiem dzieciakom robienia szlaczków w ćwiczeniach.

Gdzieś przed pierwszą zjadłam jabłko.
Powoli delektując się każdym kęsem.
Nie stłumiło to niestety mojego burczącego brzucha, który na śniadanie dostał tylko trochę płatków ryżowych z rodzynkami, śliwkami i bananem.
W dodatku bez cukru, bez mleka i w ogóle bez niczego ;P.
Ostatnio śniadania mi nie wchodzą, a na siłę jeść nie chciałam, zwłaszcza, że miałam zamiar biegać na siłowni, a po niej zjeść coś porządniejszego.
No, ale nic.
Do czwartej jakoś przetrzymam.
Niestety w sali było dość chłodnawo, co w połączeniu z moim „dziurawym” (elegancki granatowy sweterek z błyszczącymi guziczkami i prześwitami między włóczką, wygrzebany na szmatach z myślą „Jak będę musiała ubierać się elegancko do pracy, będzie jak znalazł”) swetrze, brakiem czasu na poranną herbatę i głodem sprawiło, że szybko zaczęłam sinieć.
Bo niestety tak już mam, jak marznę ;P.
Szczególnie moje usta lubią nabierać fioletowej barwy, co nie wygląda ani ładnie, ani zdrowo.
Niewiele brakło, żebym zaczęła szczękać zębami, jak też „lubię” robić, kiedy przejdę w drugą fazę centralnego wychłodzenia organizmu ;P. Zajęłam więc stanowisko przy kaloryferze i nadzorowałam, jak dzieci kolorują obrazki.
Przy grzejniku robiło się nawet odrobinkę cieplej.
Zapomniałam na chwilę o pustym brzuchu.
I wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że dzieci dostały obiad.
I nie był to rosół z ohydnymi oczkami, kotlet mielony ani schabowy.
Był to ryż z jabłkami.
Gęsty, parujący, pachnący cynamonem.
Mmm…
Zerówkowicze mieszali niechętnie w talerzach, a mi język…
Znaczy się…  Poczułam niesamowicie dotkliwy głód, ściskający me trzewia.
Jakby to powiedział każdy Polak ;P.
W każdym razie – zdecydowałam się w końcu, że skapituluję i przyznam się do ludzkich odczuć.
Spytałam czy mogę zrobić sobie dziesięć minut przerwy na jedzenie, po czym wygrzebałam z czeluści torebki pluszowy portfel i pobiegłam do stołówki.
Bułka z szynką. Chipsy. Batoniki. Słodkie napoje.
Aha.
Super. A czegoś zielonego i taniego to nie łaska?
Nie łaska...
Kupiłam sobie więc horrendalnie drogą sałatkę z brokułów, fety, fasoli i kukurydzy i wszamałam ją w ciągu paru chwil, choć była zimna i polana sosem czosnkowym.
Dalej było mi zimno, ale przynajmniej nie byłam już głodna.
Załapałam się nawet na pół banana z dziecięcego przydziału (dzieci wolały wcinać ciastka z czekoladą ;P) i reszta dnia upłynęła w miarę spokojnie.

Do czasu, kiedy nie wyszłam z przedszkola.
Miałam iść na mieszkanie i ugotować sobie zupę, żeby zjeść wreszcie coś ciepłego, ale przechodziłam koło sklepu, więc wstąpiłam do niego po jabłka, bo nie miałam nic na stanie.
Oczywiście pójście do sklepu po jedną rzecz (w dodatku na głodniaka…) kończy się tym, że lądujemy przy kasie z kilkoma produktami w koszyku.
Główna kolejka była masakrycznie długa, więc poszłam do drugiej.
Byłam już obsługiwana, kiedy okazało się, że przy kasie nie ma wagi.
Musiałam więc biec przez pół sklepu ważyć jabłka.
Zapewne ku wielkiemu zadowoleniu dwóch pań za mną…
Przyleciałam znów do kasy ze zważonymi jabłkami.
Nie chciałam się guzdrać, bo wiem, jak ludzie patrzą na takie ofermy, które długo bawią się w wyliczanie pieniędzy i pakowanie zakupów.
Nie, nie.
Ja chciałam być szybka.
Tak szybka, że pakowałam się w nieprzyzwoicie szaleńczym tempie i że z wrażenia uciekło mi jedno jabłko.
Wprost pod nogi ludzi.
I pod drugą ladę.
I pod nogi sprzedawczyni...
^^
Merde...
Ale to jeszcze nic ;P.
Kiedy czerwona pobiegłam za jabłkiem (jakbyście widzieli, jak szybko się ta mała cholera toczyła…) i przepraszając, wcisnęłam się za ladę, nieopatrznie zaczepiłam się o coś kapturem i nie mogłam się odplątać.
Pewnie dlatego, że też chciałam zrobić to szybko.
Żeby nie zwracać na siebie uwagi, noo ;].
Co zresztą nie bardzo mi wyszło...
Po paru sekundach szarpaniny (które ciągnęły się w nieskończoność...), upokorzona do granic możliwości dałam się pomóc Komuś (zabijcie mnie, nie wiem kto to był… Czy kobieta czy mężczyzna czy sprzedawczyni :D) odplątać i zapłaciwszy za swoje nieszczęsne jabłka, chusteczki i pomelo, czmychnęłam do domu.

Odetchnęłam, zrzucając z siebie nowe buty, które obtarły mi pięty.
Odetchnęłam, kiedy założyłam na siebie bluzkę ze spranym Snoopym i wygodne skudłaczone legginsy.
Odetchnęłam na myśl, że zaraz zjem coś ciepłego.
Chciałam ugotować sobie kaszę gryczaną z warzywami, niestety w hermetycznie zamkniętym woreczku latał sobie spasiony mol...
Wyrzuciłam pudełko z nieruszoną kaszą i  zrobiłam szybki krupnik (w jęczmiennej póki co brak jakichkolwiek obiektów latających… Może dopiero mają zamiar się wylęc...) i zagryzłam zupę niesforną renetą.

A teraz siedzę przy kubku białej herbaty, zabierając się pomału za pisanie pracy.
Bo wieczorem chcę iść wreszcie na tą siłownię! ;].
Oczywiście jeśli wcześniej uda mi się dorwać jakiegoś bus drivera, który podrzuci do Leska te nieszczęsne dokumenty…
Ach ;D.

Ale oczywiście wiem, gdzie zrobiłam błąd.
Błąd nie polegał na pechu czy złym zaplanowaniu.
Błąd polegał na ZBYT szczegółowym planowaniu dnia ^^.
Wszystko było tak dopięte na ostatni guzik, że kiedy okazało się, że życie zaplanowało mi inny scenariusz na dziś, wyszedł z tego wielki... guzik ;].
Poza tym niepotrzebnie tak się spinałam i niepotrzebnie starałam wszystkim dogodzić i zrobić dobrze.

Jeśli następnym razem...

a) będę musiała przyjść na praktyki szybciej...

Okej, ale nie będę lecieć na złamanie karku i zdążę spakować sobie coś do jedzenia.

b) będę musiała odejść od kasy i zważyć zakupy...

Okej, pójdę je zważyć, a Wy ludzie czekajcie, bo to nie moja wina, że nie ma wagi w kasie ;>.
c) jabłko/mandarynka (inne okrągłe i szybko się toczące coś) ucieknie mi z przed nosa pod ladę...

Będę stać z niewzruszoną miną i spokojnie śledzić tor jego/ jej ucieczki, a następnie z gracją godną księżnej Kate schylę się po owoc i łaskawie podam kasjerce ^^.

Hah.
Łatwo powiedzieć.
Gorzej, że z moim roztrzepaniem szansa, że znów wplątam się w jakieś durne perypetie jest większa niż moja ochota na dzisiejszy wycisk na siłce ;D.

PS Okej. Jutro będę przygotowana na wszystko, na co nie da się przygotować.
Nie będzie stresów, nerwów, pośpiechu, zbierania rozsypanych wiktuałów spożywczych i wieszania się na stojakach z gumami za kaptur ku uciesze klientów ^^. 
Jutro będę Mistrzynią Niezorganizowanego Nieplanowania ;]. I zobaczymy, co z tego wyjdzie... ;].




http://wschodyslonca.wordpress.com/2014/08/18/lista-rzeczy-do-zrobienia/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz