...

...
M.

środa, 7 stycznia 2015

Na wariata ^^

Cóż za wariacki dzień ;P.
Jeden z tych, o których lubicie czytać ^^.
Kiedy nie ma narzekania i nie ma smęcenia.
I kiedy jest dużo emocji, dużo akcji i... dużo wariactwa ;P.

A zaczęło się... Zwyczajnie.
Całkiem normalnie wręcz.

Na początku stycznia dostałam na maila oferty pracy w dwóch przedszkolach.
Z serwisu, który żongluje ofertami pracy, nie od córki dyrektorki ani syna dyrektora ;P
Pierwsze miejsce to przedszkole językowe, umiejscowione w szkole języka angielskiego.
Drugie to prywatne przedszkole o profilu językowo - sportowym.
Więc niewiele myśląc - ciach - jeden mail z moim życiorysem pofrunął do szkoły językowej.
Do przedszkola zadzwoniłam, wycyganiłam adres mailowy i też wysłałam CV.
Ze szkoły językowej dostałam odpowiedź następnego dnia.
Zadzwoniła do mnie pani, która zaprosiła mnie na rozmowę.
Choć umówiłam się na "za tydzień", żołądek zaczął mi szaleć pięć minut po odłożeniu słuchawki ;].
Ale, ale... Jeszcze kwestia drugiego przedszkola ;).
Otóż drugie przedszkole zalał deszcz CV.
I moje Curiculum Vitae z dyplomowym zdjęciem niestety nie wyróżniało się niczym aż tak znowuż szczególnym.
No okej.
Licencjat, szkolenia, kursy, wymiana zagraniczna.
Dorabianie sobie bawieniem dzieci.
Zdolności plastyczne.

Nooo, może plus z konferencjami i publikacjami.
Ale ani doświadczenia zawodowego, ani certyfikatu z języka.
Nie przebijałam więc w niczym kobitek, które uczyły w szkole ani tych, które skończyły filologię angielską.
Jednak ponieważ rozmawiałam z dyrektorką przez telefon... miałam swoje pięć minut ;).
Powiedziałam, że uczę się japońskiego po angielsku, że napisałam i zilustrowałam bajkę na konkurs i że marzę o pracy z dziećmi.
To zrobiło wrażenie.
Nawet pomimo tego, że po japońsku umiem tylko podstawowe zwroty, a że bajki na konkurs nie wysłałam, bo przekroczyła normy długości ;P.

Dyrektorka stwierdziła, że niczego nie obiecuje, ale kazała zadzwonić w piątek, kiedy będzie po rozmowie z inną kandydatką.
W piątek wykręciłam do niej numer.
Stwierdziła, że rozmowę przełożyła na poniedziałek, ale pogadałyśmy znów parę minut.
W poniedziałek podzwoniłam ponownie.
Dalej nic. Rozmowa jeszcze się nie odbyła.
Ale znów chwilę pogawędziłyśmy.
Na koniec rozmowy doszła do wniosku, że dobrze jej się ze mną rozmawia i że dogaduje się lepiej niż z dziewczyną umówioną na środę, więc jeśli z tamtą jej nie wyjdzie, to się do mnie odezwie.
Drgnęło mi na chwilę coś po lewej stronie klatki piersiowej, ale nic.
Przecież tamta dziewczyna miała doświadczenie i certyfikat, upoważniający do nauczania dzieci języka angielskiego.
Ja mam dwie publikacje (o Januszu Korczaku i o nastoletnich rodzicach...), certyfikat z warsztatów translatorsko - pisarskich (tłumaczenie i pisanie kryminału...) i umiem robić kolczyki z modeliny ;P.


Aż wreszcie nadeszła środa.
Poprzedniego dnia przyjechałam do Rzeszowa, rozpakowałam się, przeczytałam na necie parę wskazówek odnośnie rozmów kwalifikacyjnych.
Przeczytałam kilka stron przezabawnej książki (J. Finder "Paranoja"), wzięłam dwa MM na sen (tabletki melisowo - melatoninowe, myśleli, że co? ;P M&Msy? ^^) i zasnęłam szybko jak nigdy.
O 4 obudziłam się nieco zdezorientowana, gdzie jestem (trzy tygodnie w domku ^^), o 7 odruchowo wyłączyłam  budzik i prawie zaspałam ;].
Mdliło mnie z nerwów, więc zjadłam dwa kęsy śniadania.
Włosy, na które poprzedniego wieczoru nałożyłam odżywkę wyglądały, jakbym wskoczyła na główkę do balii wypełnionej oliwką, więc szybko zaczęłam myć głowę.
Chłodnawą wodą ;P.
Suszarka zacinała się podczas suszenia.
Czarne legginsy były skłaczone.
Buty przybrudzone.
Rzęsy sklejały się od tuszu.
Włosy nie chciały się ułożyć.

Ale mimo to byłam w miarę zrelaksowana.
Wyluzowana, powiedziałabym nawet.
Żeby nie dosadniej ;).
Myślałam sobie "No to co, że mam rozmowę. Na pewno wszystkich chętnych maglują rozmowami, to niczym nie świadczy".
Szłam więc spokojnie ulicą, naciągając kaptur na głowę.
Mróz był taki masakryczny, że mroził mi gile w nosie.
"Studiuję, mam stypendium. Mam korki, mam teksty, mam dzieci do bawienia, mam pracę do napisania. Nie muszę bić się o pracę" - myślałam.

Do szkoły językowej doszłam przed czasem.
Usiadłam na poczekalni, wydmuchałam sople z nosa.
Ogrzałam dłonie, które już zaczynały wyglądać jak przy pierwszym stopniu odmrożenia.
Poszłam do pani, z którą byłam umówiona.
Do młodej, miłej pani w okularach...
... która powiedziała, że rozmowę przeprowadzi ze mną dyrektorka naczelna....
I wtedy dopiero poczułam lekki stres.
Że w pierwszej chwili pomyślałam o Stoperanie, nie wspomnę ;).
Pani naczelna uścisnęła moją dłoń ("Zdecydowany uścisk, nie śnięta ryba..." - mruczałam sobie w myślach jak mantrę).
Zaproponowała coś do picia ("Uprzejmie proponują picie - uprzejmie się zgódź i wyraź życzenie, co to ma być").
Usiadłyśmy.
Od razu, bez ceregieli spytała, czy możemy przejść na angielski.
Pomyślałam, co by zrobiła, gdybym powiedziała "nie", kiedy uśmiechałam się promiennie i z nonszalancją wzruszałam ramionami, mówiąc "Of course, this is not a problem for me".
I zaczęło się.
Maglowanie ;P.
Skąd jestem, co robię, gdzie się uczyłam.
Jakie mam doświadczenie w pracy z dziećmi, co bym zrobiła gdyby dziecko... Przykład wychowawczego wyzwania nr 1, przykład nr 2 przykład nr 3.
Co jest dla mnie ważne w pracy, czego oczekuję od pracodawców i współpracowników.
I coś tam, jeszcze, czego już nie pamiętam, ale na co starałam się wyczerpująco (ale i nie zanudzająco) odpowiedzieć ;P.

Oczywiście ze trzy razy się zacukałam.
Raz brakło mi słowa.
Raz pary w ustach.
Ale ogólnie jakoś wybrnęłam.
Na tyle, że na jutro mam się przygotować na pokazowe prowadzenie zajęć z dziećmi ;P.

Wszystko mam mówić po angielsku.
Nieważne, czy pytam dziecko czy chce siusiu, czy pokazuję przedszkolakom zimowe obrazki.
Caaały czas angielski.
Zero polskiego ;].

Wróciłam więc do domu cała happy, że dałam radę, że nie spanikowałam, że ręce mi się nie trzęsły i że nie dałam plamy.
Rzuciłam się na spóźnione śniadanie, zrobiłam sobie gorącą herbatę.
Obdzwoniłam rodziców i siostrę.
Wypiłam jednym duszkiem pomarańczowego Tymbarka, którego kapselek powiedział mi "Inaczej być nie mogło" ;P.
Zaczęłam szykować na jutro zimowe zajęcia z dzieciakami, pomysły na prace plastyczne i zajęcia ruchowe, kiedy zadzwonił mój telefon.
Dyrektorka prywatnego przedszkola.
Grubo przed czasem, w którym miała mieć rozmowę.
Więc ściskam tę komórkę i uszom nie wierzę ;P.
Bo co słyszę?
Że jej się spodobałam.
Że się sprzedałam (^^).
Że cały czas o mnie myśli.
Że coś ją we mnie urzekło.

Och, ach i w ogóle ;P.
Gdyby nie to, że są jeszcze ludzie, którzy dla zasady biją mnie łopatką po głowie (a jak nie czuję się dostatecznie zdeptana, dociskają butem ;P), zaczęłabym puchnąć z dumy i lewitować w powietrzu z sodówki w głowie ;P.
Kiedy dostałam propozycję, żeby dziś stawić się na rozmowę, oczywiście powiedziałam "tak".
I znów.
Szybkie robienie obiadu, szybkie pójście na seminarium tylko po to, żeby się zwolnić.
Szybkie szukanie MPKa i wertowanie Google Maps, żeby znaleźć ulicę w Słocińskiej dzielnicy.
Długie oczekiwanie na autobus, długa jazda, długi marsz i długie poszukiwanie przedszkola.
Wypytywanie ludzi, szczerzenie zębów, desperackie błyskanie oczami z miną pt."Za godzinę na tej ulicy mam rozmowę o pracę" i liczenie na łut szczęścia.
Który zresztą szybko nastąpił, bo dorwałam listonosza.
Listonosza, który jak zaczął mi tłumaczyć, jak dojść do tej ulicy, sam się zamotał w tłumaczeniach.
"Wie pani co? Wsiadaj pani. Ja panią podwiozę" - powiedział w końcu.
Więc pani wsiadła ;P.
I dała się zawieźć pod przedszkole.
Ciskając w stronę kierowcy miłe (nie maślane, jeszcze by mnie porwał i zgwałcił, wszak wyglądałam tak ponętnie z czerwonymi policzkami i szczękającymi zębami... ;>) uśmieszki.

W przedszkolu musiałam chwilę poczekać.
Ale co tam.
Siedziałam na kanapie, tupałam sobie dla rozgrzewki nogami i szczękałam do rytmu zębami.
Pogawędziłam chwilę z panią sprzątaczką.
Spoufaliłam się z 6 - latkiem, który wdrapał mi się na kanapę i rozmawiał ze mną jak z koleżanką.
Aż wreszcie zostałam wezwana na rozmowę.
Która zresztą była tak rozluźniająca, że pewnie z ulgi rozpięłabym guzik, gdybym jakiś miała ;P.
Panie (właścicielki?) były miłe, przyjemne i... normalne.
Chociaż zagięły mnie stwierdzeniem, że wyglądam jak dziecko.
No kurczę.
Jak to jak dziecko? ;P.
Bez przasadyzmu...
Siwy włos na głowę się sypie, a one mi tu o dziecięcej buźce ;P.
Ale nieważne.

Ważna rozmowa.
Która trwała i trwała...
I efekt rozmowy.
Czyli to, że mogę zacząć od lutego.

"Jeśli wyraża pani taką chęć" - powiedziała dyrektorka, a ja poczułam się jak córka angielskiego lorda ;P.


Więc oczywiście poprosiłam o czas do namysłu, podreptałam na przystanek, na którym trzęsłam się z zimna przez kwadrans i na którym o mało nie przymarzłam do ławki.
Dojechałam do mieszkania, wbiegłam po schodach, ubrałam się w ciepłe domowe łaszki, zjadłam, wypiłam białą herbatę z granatem i....
Rozkminiam.
Tak, że aż mnie gardło rozbolało.
A może to z mrozu...
W każdym razie.
Waham się i waham.
I jeszcze raz waham.
Zaraz muszę poprawić tekst do publikacji (z majowej konferencji; maila, żeby przygotować tekst do druku dostałam w poniedziałek, deadline mam na jutro), doszlifować scenariusz na jutrzejsze zajęcia i dokończyć pisać artykuł o bezsenności (^^) który zaczęłam pisać na swoją fuchę copywritterki.
A zamiast tego słucham nerwowego przelewania się w moim biednym żołądku, który dziwi się, czemu dziś dziobię jedzenie i mam odruch wymiotny, kiedy zjem więcej niż trzy łyżki zupy.
I zamiast tego robię wpis, którego pewnie nie doczytacie do końca, bo za długi ;P.

W sumie to czuję się mile połechtana, że usłyszałam "Chcę Cię tu mieć" nie od faceta ze skłonnościami pedofilskimi, tylko od dyrektorki przedszkola.
Że mimo braku doświadczenia udało mi się przebić 300 CV (ciekawe od kiedy mam taką zdolność przebicia ^^).
Że dostałam taką szansę...

Tak mnie to wszystko przytłoczyło, że...
Że z tego wszystkiego otworzyłam drugiego Tymbarka, tym razem jabłkowo - marchewkowego i uśmiechnęłam się, widząc "Szacun" ;].
I że z tego wszystkiego jutro pójdę poprowadzić zajęcia po angielsku i zobaczę, jak to się potoczy.
I że z tego wszystkiego dziękuję niebiosom za bloga, bo gdzieżbym indziej mogła się tak wynaturzyć? ;P ^^.

I że teraz już spadam zajmować się, tym czym powinnam, a Was proszę o trzymanie kciuków, kibicowanie w jutrzejszych zajęciach i życzenie mi, żebym dostała dobrą ofertę i podjęła właściwą decyzję.


http://www.polskieradio.pl/9/306/Artykul/445817,Otworzmy-sie-na-szczescie
PS I przy okazji życzę Wam, żebyście nie mieli takich dylematów, które powodują u Was zawroty głowy ;P ^^.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz