...

...
M.

środa, 28 stycznia 2015

Obsession(s) ;P ;)

Każdy ma jakieś dziwactwa i obsesje.
Jedni mają ich więcej, drudzy mniej.


Ja akurat jestem osobą z wieloma obsesjami.
Niektóre są mniej szkodliwe, inne bardziej.
Jedne są śmieszne, drugie nie bardzo.
Ale wszystkie łączy jedno – strasznie ciężko jest mi się ich pozbyć ;P.
Cóż więc mogę zrobić…
Tylko zaakceptować je i z nimi żyć ;P.

Powiem Wam, że czasami to nie problem, bo niektóre obsesje mam nawet całkiem fajne ;].
Akceptowanie ich wydaje się więc prezentem od losu ;P.
Ale zacznę od tych mniej fajnych dziwactw ;D :D.
To, że świruję na widok pająków, szukam ich zawsze i wszędzie zanim usiądę/położę się/ wejdę pod prysznic, urządzam sceny na ich widok i myślę o nich zdecydowanie za często, to już chyba wiecie.
To, że kilka dni bez jakiejś aktywności fizycznej są dla mnie nie do zniesienia - też.
Wiecie też, że jestem uzależniona od czytania i pisania.
I że ostatnimi czasy mam obsesję na punkcie spania, bo mam z tym problem, więc wszystko jest podporządkowane pod to, żeby w nocy „było mi dobrze”. 
Odpowiednia wysokość poduszek, właściwa miękkość piżamy, optymalne zaciemnienie pokoju... To chyba nie jest do końca normalne, co? ^^.
Mam obsesję na punkcie cery (2 pryszcze – koniec świata), włosów, sylwetki i paznokci.
Na punkcie wagi, rozmiaru biustonosza i wielkości oczu.
Ot, takie tam – schizy.

Ale prawdziwym obsesjowym hitem są moje upodobania ;).
„O czym ona co cholery mówi?!” – myślicie pewnie.
Już tłumaczę ;P.
Otóż mam to do siebie, że nie zdzierżę robienia czegoś wbrew sobie, jeśli coś mi się nie podoba.
Czyli – jeśli nie lubię czegoś do zjedzenia – nie zjem tego.
I nieważne, czy ktoś mnie ładnie prosi czy mi grozi, że się obrazi.
Nie zjem i już.
Okeej, zdarzy się, że zjem coś, choć a tym nie przepadam, albo zjem coś mimo braku ochoty, ale to tylko wtedy, kiedy naprawdę nie ma nic innego do jedzenia albo kiedy jestem już naprawdę głodna.
A rzadko jestem aż tak głodna ;P.
Wyznaję zasadę : „Jak po jedzeniu ma mi rosnąć tyłek, to niech rośnie po tym, co lubię” ;P.

Podobnie jest z ciuchami, butami, bielizną, rzeczami osobistymi, które kupuję.
Ja muszę mieć takie rzeczy, które podobają mi się wizualnie.
Ale, ale… Jak coś dostanę albo chwilowo jestem zmuszona ubrać nie swój ciuch, jest okej.
Chodzi o decyzję przy zakupach.
Nie kupię butów na promocji, tylko dlatego, że są na promocji.
Nie kupię ich, bo są modne, jeśli mi się nie podobają.
Nie kupię ich, bo ktoś mi doradzi, że ładnie w nich wyglądam, dopóki sama tego nie stwierdzę.
I ostatnie – nie założę czegoś, jeśli tego nie lubię ;P.
Nieważne, że kiedyś mi się podobał ten sweterek.
Nieistotne, że sama go wybrałam.
Nie obchodzi mnie, że powinnam go nosić, żeby nie zjadły go mole.
Nie założę go i już ;).
Chyba, że nie będę miała już żadnego innego ciucha do wyboru… ;].

Ta obsesja jest stosunkowo nowa i świeża.
Zrodziła się z chęci zmian i poprawiania sobie humoru zakupami ;P.
Wcześniej raczej bezkrytycznie nosiłam ubrania, które dostawałam po siostrze, znajomych, kuzynce albo te, które kupiłam w secondhandzie.
Wygodne?
Niesprane?
Czyste?
Nieróżowe?
To mogło być.


Bardziej o swoich typach ubrań myśleć zaczęłam wtedy, kiedy zaczęłam sama kupować sobie ubrania.
Wtedy nauczyłam się, że jednak cena czasem idzie w parze z jakością i dobrym samopoczuciem.
I że jeśli mam wydać kasę na kilka byle jakich i niewygodnych rzeczy – to wolę kupić jedną, acz porządną rzecz.
W ten oto sposób kupiłam sobie trochę całkiem fajnych ubrań.
Rzeczy, które uwielbiam nosić.
Które są miękkie, miłe i cieszące oko.
I w których wyglądam ładnie, nawet kiedy jestem chora, smutna czy (^^) niewyspana ;].
Kobiety pewnie zrozumieją co mam na myśli, faceci niekoniecznie ;P.
(Czasami to, jak się czujemy w danej rzeczy może poprawić albo zepsuć nam nastrój).
A ja zdecydowanie bardziej lubię go sobie poprawiać niż psuć ;P.
I powiem Wam, że ostatnio miałam wyśmienity nastrój.
(Nie tylko przez ciuchy ^^).
I podobało mi się też to, jak wyglądałam w nowych bluzach, prostych butach i ulubionych kolczykach.
Ale…
Zaczęła drażnić mnie moja kurtka.
Fioletowa, zeszłoroczna kurtka z fioletowym futerkowych kapturem.
Kurtka, która nagle zrobiła się zbyt jaskrawa, za dziecinna i... za brzydka.
Wzbraniałam się przed jej noszeniem rękami i nogami.
Ubierałam coś innego (najchętniej futrzaka, w którym szczękałam zębami jak w febrze), dawałam kurtkę do prania i czekałam tydzień, aż wyschnie, choć do dwóch dniach była sucha na pieprz… 
Robiłam wszystko, żeby tylko jej nie nosić.

Myślałam, że w końcu mi przejdzie.
Kurtka, jak  kurtka ;P.
Nosiłam ją, żeby mi było ciepło.
Żebym nie przemokła i nie zmarzła.
Ale kiedy ostatnio w szatni na siłowni nie mogłam jej znaleźć i kiedy pomyślałam: „Uff, może ktoś mi ją ukradł i kupię nową”, stwierdziłam, że coś tu jest nie halo ;P.
Po prostu zaczęłam źle się czuć w fiolecie, futerku i tym kroju.

Problem w tym, że uznałam, że z moimi schizami ładnej kurtki po prostu nie znajdę.
Większość kurtek, które ostatnio wiszą na wieszakach dzieli się na długie, eleganckie w ciemnych kolorach, albo na sportowe o barwach żywych jak fosforyzujące markery...
Poszłam raz na przegląd odzieży zimowej do Galerii, ale wyszukałam milion powodów na „nie” dla każdej kurtki.
Nie ten kolor, nie ten fason, nie ta cena…

Więc nosiłam tę fioletową kurtkę, choć wzdrygałam się za każdym razem, kiedy musiałam ją ubrać.
Nosiłam ją, choć czułam się w niej nieswojo.
Aż do czasu, kiedy w sobotę zobaczyłam dziennikarkę z ESKA TV w szaro – biało – miętowej kurtce.
Uh.
„Właśnie taką kurtkę chciałabym mieć!” – dostałam nagłego olśnienia ;].
Łatwo powiedzieć…
Przeszukałam cały Internet, wszystkie możliwe strony z ciuchami i co?
I nic.
Kurtki ani widu ani słychu.
W ogóle nie było takich zestawień kolorów.
Więc wczoraj po egzaminie, uszczęśliwiona czwórką i zasmucona przeziębieniem, poszłam poprawiać sobie nastrój (łamane przez – świętować sukces) zakupami.
Miękką piżamą, ciepłymi kapciami i skarpetkami ^^.
Kolejna obsesja ^^.
Wyżej wspomnianą szaro - biało - miętową kurtkę ku swej ogromnej radości znalazłam w Croppie i zachowując się jak wiejska baba w smateksie, rzuciłam się na wieszak.
Dorwałam XSkę i pognałam z nią do przymierzalni.
Choć na moje oko jest ciut za duża (ostatnio większość XSek przypomina Mki...), od razu wzięłam ją do kasy.
Nie zwracając uwagi na cenę przy metce.
„Odkładam stypendium” – Taa, jasne…
Ponieważ kurtka była na promocji, dokupiłam do niej promocyjne  rękawiczki narciarskie (a nóż widelec zacznę jeździć ;P), a potem zrobiłam rundkę po Galerii i kupiłam kolejno szaro – biały szalik, białą czapkę i szare rękawiczki…
Bo przecież MUSIAŁAM skompletować takie zimowe akcesoria, które będą mi pasować do nowej kurteczki...

Kupiłam jeszcze lek na przeziębienie, lody na gardło (przestało boleć... Zaczęłam chrypieć ^^), pantofle do przedszkola i krem do rąk.
I pomyślałam sobie...
Czyżbym powoli dostawała obsesji na punkcie zakupów…??? ;]


PS Za to od dwóch dni nie byłam na siłowni, nie narzekałam na wygląd i nie szukałam nigdzie pająków ;). To co? Zakupy w nagrodę? ;P.


http://wiadomosci.dziennik.pl/nauka/artykuly/144332,zbliza-sie-okres-grozi-ci-zakupoholizm.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz