...

...
M.

niedziela, 11 stycznia 2015

Szczęście w nieszczęściu ;]



„Czy nie wyczerpałam czasem swojego limitu na szczęście?” - pomyślałam przedwczoraj, idąc ulicą i szczerząc się od ucha do ucha.
Jak często mi się ostatnio zdarza - byłam pobudzona, zadowolona i błyszczącooka ;].
Od pewnego czasu wszystko tak dobrze mi się układało, że wietrzyłam w tym jakiś postęp…
Nie, nie jestem pesymistką i maruderką.
Ale nie jestem też osobą, która uważa, że wszystko jej się należy.
Wręcz przeciwnie – czasem wydaje mi się, że przekraczam dozwolone normy szczęścia ;).

Może to wynikać z tego, że trochę przewartościowałam sobie życie przez chorobę kogoś mi bliskiego.
Może dlatego, że nie mogę na dobrą sprawę narzekać na swoją sytuację.
Jestem tu, gdzie chcę być.
Robię to, co chcę robić.
Mam fajnych  znajomych, mam prawdziwych przyjaciół.
Dobre relacje z osobami, na których mi zależy i wyje**** na tych, których sobie odpuściłam.
Jestem zdrowa, jestem zadowolona, jestem pogodna.
I jestem cholerną szczęściarą ;P.
W każdym aspekcie ;D.

Dostałam odpowiedź na dwa wysłane CV i na dwa miejsca pracy miałam dwie propozycje pracy.
Dostałam możliwość odbycia praktyk w przedszkolu językowym i mam szansę załapania się na pracę na umowę zlecenie.
Zaczęłam układać sobie życie w pojedynkę.
Zaczęłam inaczej podchodzić do życia.
I zaczęłam inaczej myśleć o sobie ;).
 

No i ogólnie jest bardzo dobrze.
Oprócz tego, że na praktykach zostałam ciepło przyjęta, że wszyscy odpowiadają na moje pytania i starają się mi pomóc, to jeszcze na uczelni otaczają mnie sami mili i wspierający mnie ludzie.
Bo pomimo tego, że relacje z bliskimi nie zawsze są takie, jakbym tego oczekiwała, to jednak daję radę przełknąć tę porażkę i się nią nie zadławić.
I sama siebie zadziwiam, bo wszystko po mnie spływa jak po kaczce i jestem tak emocjonalnie zahartowana, że nic nie jest mnie w stanie wyprowadzić z równowagi.
Nic ;).
 
Bo mimo, że mam mniej czasu, robię dużo więcej niż wcześniej ;].
Wprawdzie ostatnio mam naprawdę niewiele wolnych chwil dla siebie i swoich pasji, więc nie ćwiczę, nie piszę (prawie ;P) i nie czytam (prawie ;P), za to bawię się w ambitną M.
Napisałam trzy teksty na porady. mobi, poprawiłam wreszcie te dwa nieszczęsne artykuły do publikacji naukowych (które musiałam szybko dopracowywać, bo deadline ściagał) i naskrobałam trochę pracy magisterskiej. Mam już prawie 10 stron ;P. Może to nie cały rozdział teoretyczny, ale zawsze coś ;].

No i oczywiście w piątek dokładałam wszelkich starań, żeby na praktykach wypaść jak najlepiej.
Więc – angażowałam się, pomagałam, siedziałam do końca zajęć i pytałam o wszystko, czego nie wiedziałam.
Dostałam nawet identyfikator z napisem "praktykantka" i zostałam poinstruowana, co mogę, a czego nie mogę robić.
Ale, ale…
Praktyki i obowiązki to jedno.
Brak czasu na pasje – to drugie.
Przyjemności, które mi się przydarzyły – to trzecie ;D.
A ostatnio trochę ich miałam ;].
 
Najpierw zakupy.
Zaczęło się niewinnie, bo szukałam prezentu urodzinowego.
Złaziłam dwie galerie, niestety nie znalazłam tego co chciałam…
Przy okazji musiałam poszukać czegoś w zamian, a że przechodziłam koło sklepów z wielkimi „Sale” na wejściu… Musiałam wejść i obczaić, co fajnego można fajnego upolować.
I w ten oto sposób, wreszcie udało mi się znaleźć to, czego szukałam parę tygodni temu, obsesyjnie biegając po galeriach.
Bluzy! ;] ^^
Tak, tak. Moje zakupowe szaleństwo wciąż trwa, więc obkupiłam się w nowe, fajne ciuszki.
Właściwie to w same bluzy :D.
Chabrową z białym napisem „Delete Mondays”, morelową w gwiazdki (trochę dłuższą), jasną miętową (rozpinaną) i sportową, którą zamówiłam przez Internet i która wyglądała na zieloną, a jest cudnie miętowa i cudnie miękka ;].
Kupiłam też wyprzedażowe kubki (wysokie w tęczowe paski), poszewki na jaśki (kolorowe w kwiatki, polarowe, miękkie), piżamkę (czarno – białą…) i skarpetki (szare, czarno – białe, w kropki, paski itp.) ;]. Czyli jak zwykle ładne pierdoły cieszące oko ;P. Żeby zasiliły kolekcję kubków, piżam i skarpet, które już mam ;D.

Na mieszkaniu spędziłam fajny babski wieczór z pogaduszkami i plotkowaniem.
Odbyłam kilka miłych rozmów telefonicznych.
Mimo napiętego grafiku udało mi się przeczytać kilka stron książki.
I napisać wpis na bloga ;].
I jeszcze na dodatek zaczęłam sypiać po nocach ;P.
Wprawdzie piję melisę i biorę ziołowe pigułki na sen, ale przynajmniej śpię i tylko się przebudzam, a nie szukam sobie zajęcia na kilka bezsennych godzin ;].

Na weekend miałam przyjemność wrócić do domu samochodem, z ludźmi, których nie znałam, a z którymi wylądowałam na domówce, z którymi całą drogę rozmawiałam i dzięki którym nie przestawałam chichotać.
Więc podsumowując – na uczelni dobrze, na praktykach jeszcze lepiej, towarzysko - super, a na zakupach to już całkiem ;P.

Jedyne, co przerwało ten potok szczęśliwych zdarzeń to rozwalenie się mojego zimowego buta, kiedy obładowana walizkami zbierałam się do powrotu do domu ;D.
Zamek mi się rozwalił, więc rad nierad całą drogę pod Galerię, gdzie byłam umówiona, kuśtykałam jak oszołom w rozpiętym bucie (cholewka sięga kolana, więc wyobraźcie sobie jak wyglądałam ;P), bo nie miałam zapasowej pary butów (chyba, że adidasy do ćwiczeń…).
Poprosiłam chłopaków, z którymi miałam wracać o minutkę czasu i pobiegłam (ekhm, doczłapałam się) na zakupy.
Które wyglądały tak, że wpadłam do CCC, powiedziałam na wdechu, że potrzebuję butów na gwałt i w ciągu pięciu minut wzięłam pierwszą parę o numerze 36 jaką znalazłam.
Wysokie, brązowe, zgrabne.
Płaskie.
I wciągane, bez zamka ^^ ;].
Kupiłam je za uwaga – całe 35 zł :D.
I szczęście w nieszczęściu – są ładniejsze niż te rozwalone ;D ;D ;D.

A weekend również spędziłam bardzo fajnie, choć był zapchany obowiązkami ;].
Wczoraj oczywiście porządki i pierogi, a po południu - charytatywny maraton zumby.
Fajnie było wytańczyć się i wyskakać, fajnie było, jak dziewczynka, dla której zbieraliśmy pieniądze przybiegła do mnie i uścisnęła mi rączkę, fajnie było wziąć udział w takim wydarzeniu, ale...
Było straaszliwie zimno! ;].
I skoro mówię to ja - osoba, która w pokoju nigdy nie ma więcej niż 16-17 stopni, bo wariuje z gorąca, to znaczy, że było naprawdę zimno ;D. Może byłoby lepiej, gdybym nie miała szortów i koszulki na ramiączkach, ale myślałam, że ruch mnie rozgrzeje, więc nie uwzględniłam zabrania ocieplanych dresów ;>.
W efekcie miałam sine usta, sine nogi i siedziałam z moją równie zmarzniętą siostrą pod czyjąś bluzą ;P.
No i oczywiście podczas tańczenia (tyle ludzi, tylu fotografów...) byłam trochę speszona i sztywna, jak to ja ;P.

Nie zostałyśmy z siostrą na całym maratonie (trwał 3 godziny), tylko pozwoliłyśmy znajomemu zwinąć nas z imprezy szybciej ;).
W domu doprawiłam się Mel B. i wykrokami, a potem pokręciłam hula hopem.
Szkoda, że nie umiem tak spontanicznie kręcić pupą poza ścianami swojego pokoju ;D.

A dzisiejszą, słodko - leniwą niedzielę spędziłam pomagając mamie z angielskim, sprzątając pokój, pisząc pracę, ćwicząc, gotując i odwiedzając starszą ciocię po Kościele. Tak, tak. Święta M. wciąż chodzi do Kościoła ;P.  Miałam jeszcze czas przesłuchać X razy piosenkę "Take me to church" (bardzo adekwatny tytuł, bardzo ^^), którą wkręciła mi nowa znajoma z piątkowego powrotu do domu i spakować się do Rzeszowa ;). Na pisanie i czytanie brakło dnia ;).

I coś czuję, że kolejny tydzień będzie tak intensywny, że aż się boję o nim myśleć... ;D.
Praktyki po 6 godzin dziennie, zajęcia na uczelni, pisanie pracy i jeszcze marzy mi się kolejny karnet na siłownię.
Ale czy ja czasem w październiku nie narzekałam, że jestem przybita po mykoplazmie, że siedzę i zamulam i że tęsknię za zapełnionym po brzegi grafikiem? ;]
No właśnie.
Więc jutro kupuję podręczny organizer i planuję mega zajęty tydzień ;P.
I jeszcze się z niego cieszę ;).


PS No i Wam też oczywiście życzę szczęścia, o ile nie macie co do niego zbyt wygórowanych oczekiwań. Bo niektórzy to się mogą nawet na nim potknąć, a i tak skrzywią się i powiedzą, że zdarli sobie od niego czubki markowych butów ;P. 

http://zwierciadlo.pl/2011/psychologia/zrozumiec-siebie/czy-szczescie-da-sie-zmierzyc





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz