...

...
M.

czwartek, 22 stycznia 2015

Z pamiętnika hipochondryka ;]

Zawsze trochę nabijałam się z osób, które zachowywały się nieco hipochondrycznie.
Taka postawa wydawała mi się co najmniej dziwna.
"Biegać co chwilę myć ręce?"
"Bać się przeziębienia?"
"Unikać chorych osób?".
Zawsze myślałam, że to lekkie przegięcie, żeby wszędzie widzieć chorobę i wirusy.
Do czasu, od kiedy pójście do przedszkola na praktyki nie zaczęło mi się kojarzyć z wejściem do laboratorium, w którym bada się śmiercionośne bakterie i mega zaraźliwe wirusy ;P.
Teraz, kiedy wchodzę do sali Maluchów, zamiast rysunków z koślawymi postaciami, pluszowych maskotek, dywanu w samochody i kolorowych mebli widzę unoszące się wszędzie prątki, wirusy, bakterie, drobnoustroje i wszystko to, co powoduje choroby ;P.

90% dzieci kaszle.
95% smarka.

Reszta albo jest wyjątkowo odporna, albo kaszle i kicha tak dyskretnie, że nauczycielki tego nie widzą...
Kipy, które wiszą z nosa są tak długie, że czasem huśtają się tuż nad podłogą.
Kaszel, który wstrząsa małym ciałkiem jest tak gwałtowny, że mam wrażenie, że dzieciak zaraz wypluje sobie cały układ oddechowy.
Kichanie brzmi tak, jakby kichał słoń, a nie chuchrowaty trzylatek.
Dźwięki, wydobywające się z małych krtani podczas leżakowana brzmią, jakby słuchało się dychawicznego oddychania staruszków w ostatnim stadium nowotworu płuc.
Charczenie, dyszenie, chrapanie, bezdechy...
Makabra.
Do tego niezdrowo błyszczące i o połowę mniejsze niż zwykle oczka, rozgorączkowane spojrzenia, zarumienione policzki, osłabienie, nienaturalnie blada skóra i płytki oddech.
Przedszkolaki nie mają apetytu, nie mają sił, nie mają humoru.
I w sumie dziwię się, że mają siły dokazywać, jeździć przez całą długość sali na plastikowych samochodzikach i koparkach, szczypać się, ciągnąć za włosy, handryczyć o piankowe puzzle i wykłócać o miejsce przy pani na dywanie ;).

Tak więc dzisiaj, kiedy zostałam wielokrotnie okichana, okaszlana i gdy wytarłam niezliczoną ilość zasmarkanych nosów, sama co chwilę biegałam do łazienki ;P.
Częściowo, żeby umyć ręce z obawy przed zarażeniem, częściowo dlatego, że zielone smarki na dłoniach to nieszczególnie fajna sprawa ;D.
Dobrze, że bawienie Toś zahartowało mnie na tego typu atrakcje.
W przeciwnym razie mogłabym gorzej znosić widok robiącego w majtki dziecka, zwracania barszczyku do miseczki czy widoku kipy, zwisającej ze słodkiego nosa i przyklejającej się do równie słodkiej buzi przedszkolaka ;).
Ale uwierzcie mi - kiedy zostaje po raz kolejny obryzganym ulanym przez niemowlaka mlekiem, przestają przeszkadzać ślina, smarki, łzy i resztki zupy we włosach.
Przynajmniej dopóki są one w nie moich włosach ;P

Smarki smarkami, w końcu jednak zaczęłam poważnie obawiać się, że tym małym kichaczom i charkaczom uda się mnie zarazić ;D.
A przecież (jak zawsze zresztą...) to nie jest dobra pora na chorowanie...
Praktyki, sesja, pisanie pracy...
Poczułam się zagrożona do tego stopnia, że znów przypomniałam sobie o syropie na odporność, który przez jakiś czas leżał bezużytecznie na ladzie.

Pilnuję się też, żeby nie przemoczyć butów, nie zmoknąć i codziennie zjeść coś ciepłego, co średnio mi wychodzi...
Wychodzenie z domu wczesnym rankiem wiąże się z pośpiechem.
Szczególnie, kiedy nieopatrznie wyłączy się budzik i potem w ciągu kwadransa trzeba zjeść, wziąć prysznic, umyć i wysuszyć włosy, spakować drugie śniadanie, zabrać identyfikator i spakować buty na zmianę.
Bywa, że zapomni się wtedy parasolki, a nie ma już czasu z powrotem wdrapywać się na czwarte piętro.
Bywa, że biegnie się przez kałuże, w zacinającym deszczu, z przenikliwym wiatrem wtykającym się we wszystkie niby zakryte miejsca.
Bywa, że zostanie się ochlapanym przez śpieszących się kierowców...
Na posiłek też zdarza się, że braknie czasu, bo za dziesięć minut ma przyjść maturzystka na korki albo za kwadrans trzeba biec na uczelnię...
Na szczęście jest jeszcze błogosławieństwo w postaci kuskusa, który robi się w pięć minut, są kanapki i zupy gotowane na kilka dni ;).

Jest też nadzieja, że jutro piątek.
I brak zajęć na uczelni.
Brak korków.
Brak pisania referatów (dziś wysłałam 6-stronnicowy bilans kompetencji i referat na zaliczenie).
Jutro tylko praktyki, bieżnia i powrót do domu.

(I egzamin we wtorek ^^).


PS Chociaż biorąc po uwagę mój ostatni dwudniowy genialny, nieporównywany do niczego nastrój, mam nadzieję, że wszelkie zło (w tym złą energię, wirusy, zagrożenia i łzy) będę odbijać od siebie jakbym miała na sobie niewidzialną tarcze ochronną ;].


http://www.bliskodziecka.com.pl/10-sposobow-na-to-jak-wzmocnic-odpornosc-u-dziecka/




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz