...

...
M.

niedziela, 22 lutego 2015

Little Miss Fu**ing Princess ;]



Jestem rozczochrana.
Jestem przymulona.
Jestem padnięta.
Siedzę w dziwacznej pozycji, która wygląda mniej więcej tak, jakby mój kręgosłup był przechylony w prawo o 45%.
Boli mnie kark.
Boli mnie bark.
Boli mnie szyja.
Właśnie przyjechałam do Rzeszowa autobusem.
;P.

Właściwie zmuszanie mózgownicy do wykrzesania z siebie pisarskiego entuzjazmu jest ostatnią rzeczą, na jaką mam teraz ochotę.
Mam teraz ochotę na masaż obolałego barku, nadwyrężonych pleców i obtartej stopy.
Ale że nie mam takiej możliwości, relaksująco – wyciszający prysznic jest obecnie zajęty przez moją współlokatorkę, a nie zadzwonię przecież do nikogo i nie powiem: „Jakże ja jestem biedna, bo musiałam jechać autobusem i sama dźwigać torbę!”, bo przecież nie jestem Little Miss Fu**ing Princess ;P.
W takiej sytuacji pozostaje mi tylko jedno.
Wyżyć się – pisząc ;).
No to się wyżywam ;P.

Okej.
Jazda autobusem na studia nie należy według mnie do najprzyjemniejszych opcji transportu.
Najchętniej znalazłabym się tu dzięki teleportacji, przyleciała prywatnym odrzutowcem albo dała się przynieść sługom na lektyce.
Niestety ponieważ jeszcze nie posiadłam wiedzy na temat teleportacji, nie dorobiłam się własnego helikoptera i nie mam służących, kiedy tylko mogę – wybieram samochód.
Ze znajomym, z nieznajomym.
Obojętne.
Byle było to małe autko, które nie zajeżdża na każdy przystanek, które może zatrzymać się na CPNie, kiedy w brzuchu zaczyna się przelewać od pełnego pęcherza  i które nie jedzie 50 km na godzinę… ;].
Jazda autobusem niemiłosiernie mnie męczy.
I taaak, wieeeem - jestem za wygodna, ale to nie zmienia faktu, że w autobusie nigdy nie jest komfortowo ;P.
Pół biedy jak znajdzie się miejsce siedzące.
Wtedy jest +25 pkt do komfortu.
Jak się stoi – ma się przerąbane.
Trzęsie tym biednym człowiekiem, rzuca jak marionetką, kołysze jak na statku.
Popycha na czyjeś kolana, zwala z nóg.
Niezbyt to raczej przyjemne ;).
Miejsce siedzące jest dużo lepsze.
Co nie znaczy, że wygodne ;).
Fajnie, że pupsko znajduje oparcie na wyliniałym i wyczochranym siedzeniu.
Fajnie, że ma się gdzie oprzeć głowę i postawić nogi.
Co nie umniejsza faktu, że w autobusie przeważnie jest gorąco, duszno i ciasno.
Torby i toboły (nasze lub innych podróżnych) uniemożliwiają wyprostowanie nóg czy zmianę pozycji.
Pasażer z boku trajkocze głośno przez telefon/ śpi, opadając na nas głową/ chrapie śpiąc z otwartymi ustami/ zionie oddechem przetrawionego alkoholu albo zjedzonych kanapek z kiełbasą/ wierci się (jak np. ja)/ kręci/ trąca nad łokciem/ przepycha się na naszą stronę/ śmierdzi potem/ zagaduje nas albo – zwyczajnie drażni swoją obecnością ;).
Kierowca zapier***a jak głupi/ wlecze się jak ślimak/ puszcza smętną muzykę albo jedzie jak pirat drogowy, wielokrotnie cudem unikając kolizji.
Droga ciągnie się jak flaki z olejem, rozmowa przez telefon z przyjaciółką przypomina rozmowę na podsłuchu, a chociaż morzy nas sen – nijak da się przespać z kurtką na kolanach, laptopem wciśniętym między udo, a okno, grubą współpasażerką z boku, grzejnikiem rozpalonym do czerwoności w nogach i lekkimi mdłościami wywołanymi chorobą loko.
Dotarcie na dworzec wcale nie jest niednoznaczne z końcem drogi przez mękę.
Zostaje jeszcze wykaraskanie z bagażnika walizki tudzież torby.
A potem zawleczenie jej na mieszkanie.
Co w moim przypadku oznacza 20 minut drogi.
I wdrapanie się na 4- te piętro ;P.
Ale, ale…
Wiem, że Little Miss M. musi czasem napocić się w miejscu innym niż bieżnia i przyjechać do Rzeszowa transportem innym niż prywatny taksówkarz, żeby nie być Little Miss Ciepłe Kluchy ;P.
I dziś też nastał taki dzień, kiedy chciałam znieść wszelkie niewygody, coby uniknąć bycia nazbyt rozpuszczoną i wyręczaną M.
Tak więc po prawie trzygodzinnej jeździe autobusem, z rozkołysanym błędnikiem i brzuchem wzdutym od naciągniętego do granic możliwości pęcherza, zaczęłam klekotać się z torbą, laptopem i torebką przez miasto.
Początkowo szłam dziarskim krokiem.
Jak silna, niezależna M., która zdała test sprawnościowy do Policji.
Szłam tak mniej więcej do pierwszego przejścia dla pieszych.
Potem lekko mną zarzuciło.
Dalej szłam już jak silna i niezależna M., która zdała sprawnościówkę, ale podążałam chodnikiem z ciut mniejszą energią i zapałem...
A potem szłam kolejno jak sierotka M. , która od dwóch tygodni cierpi z powodu dziwnego bólu pleców nieznanej etiologii/ sierotka M., która od trzech tygodni prawie nie ćwiczyła/ sierotka M., która zatacza się na prostej drodze i sierotka M. , która dyszy jak pies, goniący do suki w rui.
Ponieważ nikogo nie było na drodze, szłam slalomem od krawężnika do budynków.
Znosiło mnie to na lewo, to na prawo, w zależności od tego, na którym ramieniu miałam torbę.
Regulowałam swój oddech, wzorując się na wszystkich filmach o porodach, które dotąd obejrzałam.
Urwałam swojego pluszowego kota, kiedy usiłowałam wyciągnąć klucze z torebki.
Do klatki schodowej wchodziłam jak pijany sumo.
Powoli, chwiejnie, ciężko.
Materiałowy pasek od torby wrzynał mi się boleśnie w ramię i skrzypiał donośnie, strasząc, że zaraz się urwie.
Każdy schodek okupiony został westchnieniem.
Każdy zakręt witałam z ulgą.
Każdy kolejny numer na drzwiach z satysfakcją.
A kiedy wreszcie dotoczyłam się po 14-tkę, trzęsącymi dłońmi otworzyłam drzwi mieszkania, rzuciłam torbę na podłogę tuż za progiem, pojęczałam chwilę, masując bark, a potem pomyślałam…
Mmm… Jednak fajnie nie być czasem Little Miss Princess, która wszystko dostaje pod nos, wokół której wszyscy tańczą jak baletnice w „Jeziorze Łabędzim” i która ma usłużnego lokaja i gwardię służących. Jednak czasem fajnie jest napocić się i pomęczyć w niekomfortowych warunkach i przy ciężkiej torbie, żeby potem dojść do wniosku, że nie jest się ciepłą kluchą, tylko osobą, która wszędzie sobie poradzi i wszystko zrobi sama… ;].
Finito.
Idę pod prysznic.
Może uda mi się zmyć te pręgi od paska, które zostały mi na szyi, jakbym cudem uniknęła gwałtu z elementami BDSM ;).

PS Szczerze mówiąc, ostatnio i tak czuję się jak Little Miss Fu**ing Princess, więc dla odmiany - podroczcie się ze mną czasem, rzućcie jakieś wredne hasło i powiedzcie coś niecukierkowatego i niesłodkiego. Tak dla zdrowej równowagi i uniknięcia przewrócenia się w mojej i tak przewróconej już du***. Deal? ;]


https://www.youtube.com/watch?v=88HSA9jzLAw

3 komentarze:

  1. Potrzebujesz zejścia na ziemię? Do usług!
    Pozdrawiam z dołu!
    TaCoSeChciałaPolataćAleNieWyszło

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy, miło, że się odezwałeś/aś ;].
    Taaa... Umowa wiązana. Wy nie jesteście dla mnie przesadnie grzeczni - mi nie odbija palma ;P ^^. Same korzyści ;D.

    OdpowiedzUsuń