...

...
M.

niedziela, 8 lutego 2015

"Pas cnoty" i inne durnoty ;P.

Latałam, latałam no i sobie wylatałam ;P.
A co?
A chorobę...
I szczerze?
Nie mogę obwiniać za to nikogo, tylko siebie.
Bo tak to jest jak się bagatelizuje objawy i jak nie dba się o zdrowie.
Właśnie tak się kończy wieczny pośpiech i wieczne olewanie sygnałów ostrzegawczych...
"Cierp ciało, jak żeś chciało" - mamroczę pod nosem, zdając sobie sprawę z prawdziwości tego stwierdzenia.
Ale ku przestrodze, napiszę dziś o tym, jaki "przyjemny" zafundowałam sobie weekend, dzięki olewaniu zdrowia właśnie.
Trochę ciężko mi się do tego zabrać ;D.
Jakoś nieszczególnie kręci mnie dzielenie się z Wami intymnymi sprawami.
Mogę ściemniać różne głupoty i kosmatości, ale wydaje mi się, że pewnych tematów poruszać nie muszę ;).
Ale może dzięki temu Wy będziecie mądrzejsi, a ja - będę miała karę.
Za swoją głupotę ;P.


W piątek wieczorem wróciłam do domu.
Autobusem.
I mówiąc szczerze - całkiem przyjemnie się jechało.
Bezruch.
Spokój.
Cisza.
Miarowe kołysanie.
Zdążyłam poodpisywać na kilka zaległych smsów, zanim głowa opadła mi na obszerny komino - kaptur szarej obszernej bluzy.
I tak, w klimacie kimająco - kołyszącym, dotarłam do domu.
W sobotę rano pojechałam do Sanoka.
Obskoczyłam biblioteki, porobiłam zakupy.
Wszystko to w szybkim tempie, bo miałam zaplanowanych jeszcze milion spraw.
Po Lesku też latałam, robiąc wszystko na raz.
Wróciłam do domu i... wtedy zaczęły mnie boleć plecy.
Tzn. zaczęły mnie boleć na tyle, że wreszcie zwróciłam na to uwagę i zastanowiłam się nad tym przez chwilę.
Ogólnie to bolały mnie od jakichś dwóch - trzech tygodni.
Tylko, że przez te dwa - trzy tygodnie nie miałam czasu się nad tym zastanowić, bo praktyki, praca, sesja, siłownia, latanie, bieganie, załatwianie...

Problem w tym, że teraz ból stał się "nieco" dotkliwszy.
Pokrzywiłam się chwilę, ale nic.
Poszłam kręcić hula hopem, bo przecież całe dwa dni nie ćwiczyłam, więc od razu istniało ryzyko, że zarosnę tłuszczem, no nie? Wiadomo, że wtedy nastąpiłby koniec świata i umarłabym z nieszczęścia, że przytyłam ;>.
Czasem zastanawia mnie własna głupota...
Ale okej.
Wypustki biły mnie trochę po plecach, więc przeszłam na matę.
Większość ćwiczeń powodowała ból, ale pomyślałam sobie, że przecież muszę być twarda.
Bo przecież jestem twarda, tak?
Tak.
Tak twarda, że aż zrobiło mi się miękko, jak zaczęłam podnosić się z maty ;P.
Miękko zrobiło mi się w kolanach, miękko w nogach, miękko w całym ciele.
I wtedy przyszła druga refleksja.
Że może troszkę przeginam...

Usiadłam sobie przy wyspie w kuchni.
Zjadłam.
Zrobiłam sobie herbatkę.
I skrzywiłam się po raz kolejny.
Yyy...
Już nie udam, że tego nie czuję.
I nie udam, że nie wiem, o co chodzi, bo jednak mam w tej głowie coś więcej niż głupie skojarzenia, zdolność lania wody i obsesję na punkcie wyglądu ;P.
A co mianowicie?
A mianowicie wiedzę, że mam tendencje do zapaleń dolnych dróg moczowych i wiedzę na temat objawów tychże zapaleń.
O.
W lecie też dopuściłam do tego, że miałam dość konkretne zapalenie pęcherza.
I co?
I z baterią leków pojechałam na wieczór panieński do domku na działce, gdzie chodziłam sikać do wychodka, łaziłam po mokrej trawie nad ranem i spałam w dwóch parach skarpet i w kapciach.
W łóżku z moją siostrą. Na łyżeczkę w dodatku... ;P. Bo jak nie miałam przy sobie drugiego 36,6, musiałam znów iść przez rosę do wychodka ;>.
No, a kilka dni później pojechałam w góry.
Z koleżankami ;P.
Gdzie nadwyrężałam organizm wspinaczką, wieczorem integrowałam się z dziewczynami przy winku (^^), a w nocy zawijałam się w śpiwór, owijałam w koc i ubierałam dresy i skarpetki frotte, żeby nie chodzić co dwie minuty do kibla...
Jakoś nie chciałam żadnej z dziewczyn wchodzić do łóżka ;P.
Ekhm.

Później pozornie się wyleczyłam.
Przynajmniej plecy przestały boleć.
Choć dolegliwość wracała cały czas.
I sikać też chodziłam cały czas ;P.
Akurat bawiłam wtedy dziecko jako niania.
Musiałam więc wykazać się nie lada zdolnością orientacji w terenie, żeby obczaić, gdzie w mieście można szybko dotrzeć do kibla, kiedy wychodzi się na spacer z wózkiem i 4-miesięcznym niemowlakiem.
Zaprzyjaźniłam się więc ze wszystkimi tymi, którzy w miejscu pracy mieli dostęp do WC.
Spoufaliłam z koleżanką, która pilnowała mi w wózku dziecka, kiedy ja latałam do biblioteki.
Tzn. do bibliotecznej ubikacji ^^.
I tak minęło lato.
Jesienią pojechałam do Zakopanego.
I znów trochę zmokłam, trochę przemarzłam, trochę się pomęczyłam.
Ale się rozgrzałam, bo wtedy jeszcze miałam Strażaka pod ręką ;].
A potem przyszła zima ;P.
I tu wykazałam się całkowitym brakiem rozsądku...
Bo chociaż kupiłam wypasioną, cieplutką, zakrywającą nerki kurtkę, to miałam ciulowe, cienkie i śliskie buty.
Jeśli jeszcze dodam do tego, że codziennie latałam w tych butach do pracy skrótami (^^), codziennie wychodziłam z dzieciakami na spacery i ganiałam z nimi po śniegu, żeby być "fajną Miss M.", a nie "sztywną Miss M.", że latałam na siłownię, na basen i na egzaminy oraz że nie zażywałam profilaktycznie tabletek żurawinowych, nie jadłam obiadów i nie piłam ciepłych płynów, to... musiało się to skończyć w jeden sposób.


Wczorajszy wieczór spędziłam więc bardzo przyjemnie...
Z termoforem między nogami.
Z rozgrzewającym pasem ("cnoty" - jak mówi mój kuzyn) owiniętym wkoło pasa.
Z dwiema parami grubych skarpetek i góralskimi kapciami na nogach, przez co wyglądałam jak Yeti.
Siedząc na fotelu opatulona w sweter taty i koc mamy.
Pijąca hektolitry gorącej herbaty.
Trzęsąc się z zimna, jęcząc z bólu.
Blada z osłabienia, mokra z gorączki.
Z bólem głowy, mdłościami, brakiem apetytu.

Nie mogłam znaleźć sobie pozycji, żeby usiedzieć.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ktoś zmroził mnie od pasa w dół.
Nie mogłam się w ogóle rozgrzać.
Chwilami miałam ochotę nawrzucać sobie rozżarzonych węgli za majtki, co dowodzi temu, że mój mózg był już skrajnie wychłodzony ;D.
Oglądałam z siostrą jakąś głupawą komedię romantyczną, żeby nie myśleć, jak łupie mnie w dolnej części kręgosłupa.
"Pewnie dziś nie zasnę..." - miauknęłam żałośnie marudnym tonem, którego osobiście NIE CIERPIĘ u innych ;P.
"Napij się ze mną wina na dobry sen" - zajęczałam do siostry.
I tak wylądowałyśmy u A. w pokoju.
Z serialem lecącym w tle.
Z włoskim likierem Limoncello (według mojego prymitywnego włoskiego "cytrynowe niebo") na ławie.
Z termoforem między nogami.
Z polarowym kocem pod dupą.
Z zimową kołdrą siostry owiniętą wkoło ciała.
Z miną jak srający kot na pustyni.
I z ochotą, żeby kogoś zabić ;).


W nocy oczywiście średnio spałam.
Zanim zasnęłam, musiałam kilka razy obrócić trasę łazienka - łóżko.
Zanim zasnęłam, pięć tysięcy razy próbowałam znaleźć sobie miejsce, żeby nie czuć bólu w krzyżach.
Zanim zasnęłam, byłam zmęczona, obolała, spocona od termoforu, koców i gorączki.
Zanim zasnęłam, plułam sobie w brodę własną głupotę ;P.


A dziś?
A dziś od rana wpierdzielam żurawinę.
Do owsianki, do jogurtu, do herbaty...
Niewiele brakło, a posypałabym sobie nią ziemniaki, ale obiad jadłam u cioci, a tam nie było żurawiny na stanie...
O mało nie popłakałam się ze szczęścia, kiedy na ulotce tabletek na pęcherz znalazłam dawkowanie.
"Cztery razy po dwa razy" - zanuciłam, ochoczo sięgając po małe, żółte pastylki.
Z upojnym wyrazem twarzy zażyłam tabletkę przeciwbólową (guzik pomogła ;P).
Z równie upojną miną wsadziłam sobie termofor między nogi.
I opatuliłam się kocem.
O "pasie cnoty" nie wspominam, bo ani na minutę go nie zdejmuję ;P.
I nie przejmuję się, że wyglądam w nim o 5 kg grubiej ;> ^^.

Teraz fizycznie czuję się już ciut lepiej.
Poprawił mi się humor po mandarynkach, wygłupach z kuzynem i komplemencie od babci.
Tzn. powiedziała z troską, że schudłam, ale akurat należę do tego typu osób, które to cieszy :D ;D.
Bo dziś ogólnie wyglądam koszmarnie, więc chętnie przyjmę nawet najmniejszy komplement.
Jestem blada, rozmemłana, słaba i zdechnięta.
Tyłek, plecy i wewnętrzną stronę ud mam czerwoną, jakbym właśnie skończyła praktyki sadomasochistyczne albo jakbym wyszła spod czyjegoś bicza -  tak się kończy spędzanie połowy dnia, siedząc na termoforze z gorącą wodą...
Poruszam się jak babuleńka.
Nie mogę się schylać ani zginać.
Chyba, że robię to pojękując pod nosem...
Większość dnia spędzam, faszerując się produktami z dużą ilością witaminy C.
Piję mnóstwo wody (chyba po to, żeby jeszcze więcej sikać... ;P. Nie, no żartuje. Trzeba dużo pić, żeby "wypłukiwać infekcję").
Humor poprawiam sobie gorzką czekoladą (z żurawiną ^^).
I ani na chwilę nie spuszczam z oka termofora, żeby ktoś mi go nie buchnął pod tyłka ;P.


Okej.
Idę się naszprycować tabletkami.
I zjeść kisiel.
Żurawinowy ;>.
Z suszoną żurawiną... ;).

A Wam radzę  ubierać majtki z golfem, rajtuzy, kalesony, aseksualne buty EMU (chyba sobie takie kupię, słowo daję ;>) i długie swetry, zakrywające zadki.
Radzę też nie chodzić po śniegu w cienkich butach.
Nie siadać tyłkiem na zimne powierzchnie.
Aaa... No i zero seksu w aucie zimą.
A najlepiej całkowity celibat, bo współżycie sprzyja zakażeniom dolnych dróg moczowych (:D ;D).
Zero chodzenia w mokrych butach i zero spania na golasa ;P.
No ;>
A ja wracam wysiadywać swój termoforek...


PS I oszczędźcie mi proszę kiwania głowami i mówienia: "Trzeba było o siebie dbać", bo i bez tego czuję się ciut parszywie ;P.









Brak komentarzy:

Prześlij komentarz