...

...
M.

piątek, 6 lutego 2015

Praca - odcinek 1, czyli... ;]





... jak pogodzić pracę z życiem osobistym, nie zapominając, że wciąż jest się studentką i że właśnie trwa sesja ;).



Nigdy nie chciałam być pracoholiczką ;).
Typem osoby, która ciągle zostaje w pracy po godzinach.
Osoby, która przez pracę zaniedbuje życie prywatne.

Zawsze byłam ambitna i zawsze brałam dużo na głowę, ale myślałam, że pracę z prawdziwego zdarzenia będę mieć dopiero po skończeniu studiów i że wtedy wszystko sobie ładnie poukładam.
Hm.
Właśnie kończy się pierwszy tydzień mojej pierwszej oficjalnej pracy.
Pracy, którą godziłam z sesją, pisaniem tekstów i normalnym życiem. 
Jak mi to wychodzi?



Już w czasie miesięcznych praktyk w przedszkolu byłam na prawie każde skinienie.
Przychodziłam codziennie, zostawałam ile było trzeba.
Robiłam co musiałam i tego czego nie musiałam też.
„Jak zacznę pracować – odetchnę” – myślałam.
I na tym się skończyło ;P.
Nawet nie spróbowałam złapać oddechu.
Idę, kiedy tylko dostaję sygnał, że potrzeba pomocy.
Zgłaszam się, że przyjdę, kiedy widzę, że jest taka potrzeba.
I jeszcze się z tego cieszę.
Bo mam zajęcie.
Bo lubię to robić.
Bo choć czasem jestem zmęczona, to czuję się usatysfakcjonowana.
Bo wiem, że teraz będę już wynagradzana za pracę.


Prawda jest też taka, że ta praca naprawdę mnie cieszy i częściowo dlatego nie umiem sobie odpuścić ;D.
Druga prawda  - nie umiem olać obowiązków.
Wolę już być tym "wystającym gwoździem"*, niż zostać uznana Lewusem Roku ;P.
Taa… To ten typ, który zawsze odrabiał lekcje i był załamany, że dostał czwórkę, a nie piątkę ;).
No i trzecie - mam fajną stawkę za godzinę... ;P.
Ten tydzień był w sumie zakręcony i trochę cieszę się, że się kończy.
Jednocześnie wiem, że weekend wcale nie będzie spokojniejszy i że kolejny tydzień też będzie pełen obowiązków… ;D.
I też się z tego cieszę.
Na co mam narzekać? ;)
Jakoś udało mi się wszystko pogodzić.
Może nie tak, jakbym chciała, ale jest znośnie.


Na siłownię chodzę już rzadziej.
Nie udaje mi się robić tego codziennie ;).
Wcześniej spędzałam tam trzy godziny, teraz cieszę się, że wygospodaruję pół godzinki na orbitreka ;).
Na bieżnię nie mam czasu.
Zbyt długo dochodzę później do siebie (w sensie zmieniam barwę z buraczkowej na normalną ;D), a przecież zaraz po siłowni otrzepuję się, ubieram i lecę dalej ;D.
Sam pobyt na siłowni też wygląda nieco inaczej.
Wpadam do niej, rozbierając się po drodze z kurtki.
Wpadam do szatni, ściągając buty.
Wpadam do łazienki, zrzucając z siebie ubrania i wciągając sportowe wdzianko.
Wrzucam wywrócone na lewą stronę ciuchy do torby, otwartą torbę wrzucam do szafki.
Na to wrzucam otwartą torebkę ;P.
(Jeszcze nic mi się nie wysypało, to chyba cud ;D).
Zgarniam wodę, ręczniczek i długa – na salę albo na sprzęty.
Ćwiczę, patrząc na zegarek.
Potem rozciągam się, starając się robić to powoli.
Znów wpadam do szatni i znów gorączkowo ściągam z siebie ciuchy.
Znów wrzucam je wywrócone na lewą stronę do torby.
Zamykam torbę, zamykam torebkę.
Wychodzę lekkim krokiem (żeby nikt nie pomyślał, że recepcjonistki gonią mnie, bo nie zapłaciłam za karnet ;D) i gonię dalej ;).

Wcześniej codziennie jadłam obiad, teraz udało mi się zjeść jeden w miarę normalny i jeden odgrzewany z resztek posiłek.
Pozostałe dni były dniami jogurtów z płatkami, bananów, chrupkiego pieczywa i soczków owocowych.
Efekt ;D? Wreszcie dopięłam się w biuście w strasznie małej bluzce.
A wąskie rurki "Slim 36" zaczęły fajniej wyglądać na tyłku ;).
Przez te dni przeczytałam jakieś trzydzieści stron książki – parę kartek jednego dobrego wieczoru, kiedy nie musiałam pisać tekstów, resztę – kiedy zaczęłam pracę o 7 i nie było jeszcze żadnego dzieciorka ;).
W tym tygodniu nie nosiłam ciuchów zwanych "domowymi".
Nie musiałam przebierać się w dresy i wygodne bluzy.
Prosto po pracy leciałam na siłownię albo szłam pod prysznic, więc głównie była to zmiana z dżinsów na piżamę ;).
Wieczorami często wchodziłam na fb.
Nigdy nie sądziłam, że pokocham odmóżdżające siedzenie na fejsie, ale jest w nim coś... Odmóżdżająco relaksującego ;).
Zero wysiłku. Zero napięcia.
Tylko przeglądanie fb.
I rozmowa ze znajomymi ;).
Raz byłam na basenie z przyjaciółką. Rano. Przed pracą ;P. Po pływaniu zjadłam pełnowartościowe śniadanie (ciasto wiśniowe ;P) i wypiłam rozgrzewającą herbatkę z pomarańczą i goździkami.
I posiedziałam prawie godzinę w ciszy i spokoju ;).
Raz odetchnęłam, stojąc niemalże dwie godziny i czekając na wpis z egzaminu (5… ^^).
Trochę bolał mnie kręgosłup od paska torebki boleśnie wrzynającego się w ramię, ale poza tym mogłam się wyluzować. Spotkałam koleżankę z licencjatu, kilka znajomych z którymi miałam angielski i koleżanki z grupy. Miałam więc szansę odpocząć i pogadać. Wow :D.

W tym tygodniu byłam nawet raz w kinie ;P.
To wyjście to była jedna wielka Akcja – Pośpiech ;).
Zaraz po pracy wpadłam do domu po torbę, wrzuciłam do niej smoothie i pobiegłam na siłkę.
Miałam tylko pół godzinki, żeby się wyżyć.
Potem wypadłam na skrzyżowanie pod billboard, bo obiecałam zrobić zdjęcie koleżance, która miała mieć swoje pięć minut na dużym ekranie.
Niby wiedziałam, że to nie sprawa życia i śmierci, ale jak ktoś mnie o coś prosi, to chyba znaczy, że mu na tym zależy, si?
A skoro zostaję o coś poproszona, to traktuje to jako sprawę wyższego rzędu ;).
Stałam i stałam, ale zdjęcia nie było ;P.
Popatrzyłam przy okazji na policjantów, którzy łapali nieprzepisowo przechodzących przez pasy ludzi, wymyślających wymówki z cyklu: „Nie odróżniam kolorów”, zamiast szczerze powiedzieć: „Nie widziałem, że Panowie Policjanci wlepiają mandaty… Gdybym wiedział, poczekałbym na zielone” ;P.
Kiedy po dziesięciu minutach dalej patrzyłam się tylko na reklamy, zrezygnowana wpadłam znów do Galerii, wbiegłam po ruchomych schodach („No i gdzie się tak śpieszycie...?” – myślałam zawsze o narwańcach, którzy tratują ruchome schody…) i wpadłam do Heliosa.
Koleżanki już czekały i już kupowały bilety.
Weszłyśmy na salę.
Tzn. oczywiście jak już zrobiłam zamęt przy rozbieraniu, witaniu się i gorączkowej prośbie: „Poczekacie na mnie minutkę? Plisss. Muszę skoczyć do łazienki”.
Była z nami dziewczyna na wózku, więc choć miałyśmy miejsca w rzędzie 4, solidarnie usiadłyśmy w pierwszym.
Było… inaczej ;).
Czułam się dość mocno wbita w fotel.
Kark mi ścierpł i początkowo nie mogłam się przyzwyczaić do przymusowego zadzierania głowy w górę.
Ale gorzej bym się czuła, gdybym jak rozpieszczona paniusia poszła do tyłu, zostawiając osobę, która nie może wstać sobie z wózka i przesiąść się na wygodniejsze miejsce…;).

Film „Carte Blanche” bardzo mi się podobał.
Polecam go obejrzeć. Nie zrecenzuję, bo nie mam czasu ;P.
Podobało mi się też to, że nikt koło mnie nie siedział (nie ma zbyt wielu fanów pierwszego rzędu w kinie ;D), więc mogłam się wykładać i przekładać na fotelu, nikogo przy tym nie szturchając w żebra ;).
Najgorsze było jednak pierwsze pół godziny filmu, bo nie mogłam przyzwyczaić się do siedzenia.
Tak - do zwykłego, banalnego siedzenia.
W pracy siedzę jak na szpilkach.
Gotowa, żeby wstać i biec, jak będzie taka potrzeba.
Jem na stojąco, herbatę piję oparta o parapet, żeby być blisko dzieci. 
Kręciłam się więc na fotelu jak fryga.
O - i odpisywałam jeszcze na kilka smsów, których nie miałam czasu ogarnąć wcześniej.
Odpiszcie na smsa, kiedy jedno dziecko próbuje wydłubać drugiemu oko zabawką albo kiedy musicie ubrać dziesiątkę maluchów na zimowy spacer ;).

Oprócz kina – miałam jeszcze jeden wychodny wieczór.
Też zaraz po pracy ;P.
Tym razem piłam grzane piwo (znów z pomarańczką) i grałam z koleżankami w planszówki.
Kurczę.
I pomyśleć, że niektórzy ludzie ograniczają się do Chińczyka i kart ;P.
My grałyśmy w „Uga Buga”, „Palce w pralce”, „Time’s up” i „Graffiti”.
Jedna gra zabawniejsza od drugiej ;).
Wszystkie świetne, wciągające i powodujące, że ludzie dziwnie patrzyli się w naszą stronę.
W sumie to się im nie dziwię.
Klepanie się po kolanach, wydawanie dźwięków typu „Yyy!” (połączone z napinaniem bicepsów), „Aaach!” (połączone z łapaniem się za cycki. Za swoje, of course ;D), „Ymmm!”(połączone z podpieraniem niby ciężkiej głowy na dłoni), mruczenie pod nosem „ AgrrrDaaaKadaWrrrHA!”, rysowanie na małych tabliczkach ilustracji oznaczających hasła „sztuczna szczęka”, „sałatka jarzynowa” i „godzina szczytu” i zabawa w kalambury - mogą wyglądać nieco dziwnie, kiedy patrzy się na bawiących z boku ;).
Wyglądało to jak zabawy jaskiniowców siedzących w ciemnej grocie.
Dziwne pomruki, dziwne gesty, jeszcze dziwniejsze słowa ;D.
Zapewniłyśmy innym nie lada atrakcję.
Ale wcale się tym nie przejmowałyśmy ;P.

Piwo szybko poszło mi w ramiona, potem rozlało się ciepłą falą po ciut pustym żołądku i wreszcie zawróciło mi w głowie.
Przez chwilę miałam lekkie kręciołki, przez chwilę uczucie dziwnej słabości.
Przez jeszcze jedną chwilę – głupawkę ;).
A potem upojną noc, kiedy padłam w poduszki i zasnęłam bez melatoninowej tabletki.
I bez melisy ;P.

No a dziś, w piątek, piąteczek, piątunio, zadzwoniłam do Pani Dyrektor żeby spytać, na którą mam przyjść do pracy.
Kiedy powiedziała, że na 15, wyciągnęłam się w pościeli, mrucząc do swoich miękkich poduszek w kwiatki.
Uśmiechnęłam się do sufitu.
Poprzebierałam palcami w miętowych skarpetkach z napisem „Good Morning”.
Leniwe śniadanko. Leniwa herbatka. Leniwy wpisik na bloga.
Bieżniaaa.
Długi prysznic.
Dobry obiad.
Wyliczałam sobie w najlepsze…
I wtedy Dyrektorka zadzwoniła po raz drugi.
„Pani M., proooszę jednak przyjść na 11, dobrze?”.
Ok.
W sumie to wystarczy mi leniwe śniadanie i leniwa herbatka.
Może zdążę zrobić wpis.
A na bieżnię mogę iść w przyszłym tygodniu… - pomyślałam szybko.
„Oczywiście, będę na 11” – powiedziałam, tłumiąc ziewnięcie i myśląc sobie, że chyba jednak mam duże szanse zostać pracoholiczką ;P.


PS Teraz czeka mnie ponad dwie godziny jazdy do domu. Cisza. Spokój. Zero dziecięcych wrzasków. Zero obowiązków. Zero odpowiedzialności. Zero pracy. Weekend ;). Chyba nie muszę nic więcej dodawać... ^^.

* "Gwóźdź, który wystaje najbardziej, pierwszy zostaje wbity" ;D :D.
http://oik.tarnow.pl/?id=104&zoom=17

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz