...

...
M.

czwartek, 12 lutego 2015

Z dupnej strony, rzucając mięsem ;P

Dziś wyjątkowo nie chce mi się robić wpisu ;P.
Się rozleniwiłam przez to odpoczywanie ;).

I tak to właśnie ze mną jest ;P.
Jak jestem zdrowa - ruchome schody drażnią mnie tempem jazdy, a rozsuwane drzwi otwierają się stanowczo za wolno.
Biegam, biegam i jeszcze raz biegam.
Wszędzie mnie pełno i wszystko robię na raz.
Ale jak już stanie się coś, co mnie przestraszy - siadam sobie na tyłku ;).
Siadam i siedzę.
Wcześniej byłam chora, jak codziennie nie poćwiczyłam od jednej godziny do trzech.
Teraz proszę - od weekendu nie ćwiczę w ogóle.
Chociaż w sumie wychodzenie po schodach i dochodzenie pieszo do pracy stało się nie lada wyzwaniem, więc... ;P.

Co robię po pracy, skoro straciłam swoje główne i ulubione zajęcie?
Na ogół owijam się w kocyk i piszę.
Albo owijam się w kocyk i czytam.
Ewentualnie owijam się w kocyk i nic nie robię ;D ;D;D.
Choć ta ostatnia wersja jest tylko wtedy, kiedy jestem słaba i niemrawa.
Nie cierpię nicnierobienia ;>.

Ten tydzień działam na spowolnionych obrotach.
Pracuję tylko po 3 godziny dziennie.
Coś tam ogarniam teksty w międzyczasie.
Siedząc na kocu, z termoforem przy dupie ;P.
A tak poza tym to...
Ekhm ;P.
Leeeenię się! ;P.
Byłam raz w kinie z przyjaciółką.
Na filmie 3D. "Jupiter. Intronizacja".
Byłyśmy dwa razy na herbatce.
Raz na rozgrzewającej, raz na zielonej.
Z pączkiem i szarlotką w tle ;P.
Wiadomo chyba, że jabłkowy deser stał przed moim nosem? ;).
Dostałam od mojej byłej współlokatorki pamiątki z wymiany zagranicznej.
Bułgarską czekoladę. Turecką portmonetkę. I breloczki z obu miejsc.
Strasznie poprawiły mi humor te cieszące oko drobiazgi ;).
Dwa razy byłyśmy też na zakupach.
Kupiłam sobie parę bluzek ;).
Drugą w tym tygodniu książkę (...).
Kosmetyki.
I kurtkę.
Czarno - białą. Niby zimową, ale lżejszą niż ta sportowa miętowo - szaro - biała.
Przegrzewać też się nie mogę ;>.
Jeszcze nigdy nie zwracałam uwagi na to, co na siebie wkładam pod takim kątem.
Patrzyłam na miękkość materiału, kolor, fason, markę (jak przewróciło mi się w du**e i zaczęłam szastać stypendium...), cenę...
Może i miałam głupie zapędy dobierania frotek do koloru bluzy i kompletowania bielizny pod kolor założonych ubrań, za to teraz ciuchy klasyfikuję według tego, czy są przydatne do ogrzewania tyłka czy też nie ;P.

Skoro o tyłku mowa...
Wczoraj idąc na siódmą do pracy, poślizgnęłam się i rymnęłam jak długa na - jakżeby inaczej - prawy półdupek.
Swój upadek pamiętam bardzo dokładnie, bo długo i przeciągle jechałam po zlodowaciałej kałuży, długo i przeciągle mrucząc pod nosem "fuuuuuuuuck!".
Akurat miałam na sobie długą, morelową bluzę, żeby "grzać nerki", oczywiście...
Pozbierałam się szybko z ziemi, rozglądając się bacznie na boki.
Na szczęście tak wczesną porą nie było tam nikogo ;P.
Efekt upadku był taki, że dół bluzy był z prawej strony mokry i zabłocony.
Oprócz tego, że przestała spełniać swoje funkcje grzewcze - zmieniła się w mokry i zimny kompres.
Po przyjściu do przedszkola zdjęłam ją szybko i zaprałam mydłem w płynie. Powiesiłam bluzę na kaloryferze w łazience i obejrzałam się w lustrze.
Niestety wciąż miałam mokrą plamę na pośladku ;P.
Doszłam do wniosku, że biorąc antybiotyk na przeziębioną nerkę, trochę niefajnie będzie siedzieć kilka godzin z mokrym tyłkiem.
Próbowałam więc wysuszyć się pod suszarką.
Niestety, ten kto montował suszarki, nie wpadł na pomył, że kiedyś jakaś biedna sierotka będzie chciała suszyć pod nią mokre dżinsy.
Które w dodatku są na jej pupie..
Podskakiwałam więc jak pasikonik, ze zsuniętymi dżinsami  i próbowałam skierować na nie strumień gorącego powietrza. Dla otuchy mruczałam sobie pod nosem spontaniczną mruczankę, będącą połączeniem polskich i angielskich wulgaryzmów.
- Schnijcie, schnijcie noo... - zaklinałam spodnie.
Ani ło.
Miałam nawet zamiar zdjąć je na chwilę i wsadzić je na chama pod suszarkę, ale obawiałam się, że ktoś mnie przyłapie jak paraduję po łazience w samym majtkach ;P.
Z bólem serca (i pleców...) poszłam więc do przedszkolnej sali.
"Usiądę sobie przy grzejniku" - wpadłam na chytry plan.
Niestety przedszkolne kaloryfery są schowane pod parapetem i zabudowane osłonkami, żeby dzieciarnia nie wyrżnęła się o nie podczas zabawy.
Próbowałam usadowić się przy grzejniku tak, by dupą trafić w odsłonięte fragmenty ochraniacza.
Nie było to wcale takie proste...
Wyobraźcie sobie taki obrazek - ja, Gówniarowatowyglądająca Pani Nauczycielka z mokrą plamą na dżinsach, klęcząca na dziecięcym krzesełku i próbująca przyjąć taką pozycję, by oprzeć zadek o kaloryfer, który jest tuż nad ziemią...
To był chyba pierwszy raz, kiedy przerobiłam tyle dziwacznych pozycji w ciągu jednego dnia ;].
W dodatku, będąc w pracy (i to w przedszkolu ^^) i kątem oka patrząc na dwójkę bawiących się chłopców.
Klękałam, kucałam, wypinałam się.
Jednocześnie trzymałam w dłoniach poradnik metodyczny, żeby wynaleźć pomysły na zajęcia z dziećmi i upominałam chłopców, żeby nie kłócili się o klocki.
W końcu skapitulowałam i zdjęłam osłonkę. Dalej musiałam się trochę pogimnastykować, ale przynajmniej odpadło celowanie dupą w kaloryfer ;P.
- A ciemu to jest źdjenteee? - spytał mnie jeden trzylatek, patrząc na osłonkę opartą o ścianę.
- Zepsuło się. Muszę naprawić - wymyśliłam na poczekaniu, napierając pupą na kaloryfer i robiąc przy tym najbardziej niewinną i zarazem profesjonalną minę na świecie ;).


PS A tak z dupnej strony to Wam powiem, że dziś stuka mi 9 zielonych latek ;P ^^. W sensie - dziewięć lat kręcę głową w prawo i lewo za każdym razem, kiedy ktoś proponuje mi mięso ;]. Z tej okazji życzę sama sobie, żeby nie przydarzało mi się więcej takich chwil, kiedy będę lądować tyłkiem na zamarzniętej kałuży i żebym nie była więcej zmuszona rzucać mięsem, skacząc w majtkach pod suszarką w miejscu pracy... ;P.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz