...

...
M.

sobota, 28 lutego 2015

Z założonymi nogami ;P

Lubię, jak tu wchodzicie.
Nawet, jeśli nie ma nic nowego :D.
To od razu motywuje mnie do pisania.
Nawet, jeśli nie mam na to czasu ;D.

Wczoraj wieczorem wróciłam do domu.
O dziwo o całkiem przyzwoitej porze, gdzieś przed dwudziestą ;].
Udało mi się, że kierowca z którym jechałam, podjechał po mnie pod Promar, więc zaraz po pracy mogłam jechać do domu.
Minusem było to, że idąc do pracy musiałam wlec się między blokami z laptopem i torbą ;P.
Tym razem wzięłam jednak torbę na kółkach, więc nie obtarłam sobie szyi, za to turkotałam radośnie kółeczkami po betonie i miałam wrażenie, że ten dźwięk wprawia w wibracje wszystkie szyby w blokach ;D ;P.
Po pracy przebrałam służbową koszulę w gwiazdki na sportową bluzę i poszłam pakować swoje klamoty do bagażnika.
Całą drogę do domu oczywiście przespałam.
Nie dość, że strasznie lubię spać w trasie, to jeszcze ostatnią noc przewierciłam się na łóżku.
(Wszystko przez to, że pochwaliłam się przyjaciółce, że od dwóch tygodni zasypiam bez środków nasennych i że nie mam już żaaadnych problemów ze snem ;P).
Przebudziłam się parę razy, żeby nieprzytomnym spojrzeniem powodzić oczami po mijanych tabliczkach z kolejnymi miejscowościami i znów wpadałam w śpiączkę podróżnych, opierając rękę na szybie, a brodę na pasie bezpieczeństwa.
Ocknęłam się na miejscu, żeby pokierować kierowcę na krzyżówkę blisko siebie.
Byłam zbyt zaspana, żeby nie wpaść po drodze do rowu, szczególnie idąc z tobołami ;P.
Do domu biegłam w podskokach, bo wiedziałam, że mamy mieć gości.
Laptop obijał mi się o tyłek, torba ledwo nadążała za mną na zakrętach.
Na widok samochodu ze śląską rejestracją na podjeździe przyśpieszyłam jeszcze bardziej.
Wpadłam do środka i porozrzucałam torby i tobołki w przedpokoju.
Długo ściskałam się z rodzinką, którą ostatni raz widziałam pół roku temu.
W sensie - z ciocią, wujkiem, kuzyneczką.
Z rodzicami i An. widziałam się zaledwie przed tygodniem, więc nie zdążyłam się za nimi aż tak stęsknić ;P.
(Za oni za mną stęsknili się nieziemsko, co dowiedli, kiedy wyjęłam z torebki prezent od amerykańskiego kolegi z pracy - czekoladki Hershey's, a oni prawie rzucili mi się na szyję ^^).
Potem były oczywiście śmichy, chichy, rozmowy, wspominki, pokazywanie szynszyla, etc etc.
Ciężko było wypuścić nam bliskich z domu.
Przytulaniom i pożegnaniom nie było końca.


A dziś zrobiłam sobie Dzień Lenistwa.
Tydzień temu porządnie wysprzątałam pokój i o dziwo ten stan wciąż się utrzymał.
Oprócz kupki świeżych ciuchów z prania i małej zaspy z trotów koło klatki, jest tak czysto, że można jeść z podłogi ;P.
I nawet po wejściu do pokoju pachnie leśną ściółką Borysiastego i jabłkowo cynamonowym odświeżaczem, który jeszcze od Świąt utrzymuje zapach.
Dziś nie robiłyśmy z mamą pierogów, więc odpadł kolejny sobotni rytuał.
Pozamiatałam jedynie całą chałupkę, a potem spędziłam leniwy poranek.
Siedząc w piżamie w fotelu.
Siedząc na ladzie w kuchni i pisząc esemesy, przysłuchując się babskim pogaduchom mamy i ciotki.
Siedząc w pokoju i napawając się brakiem obowiązków.
Wzięłam długi prysznic, a potem wzięłam auto z podjazdu i śmignęłam do miasta.
Zakupy, zakupki...
Na Plantach spotkałam mój promyczek szczęścia - Toś, która była z dziadkiem na spacerku.
Porwałam ją na ręce z prędkością światła.
Wycałowałam, wyściskałam, wyprzytulałam ;].
Poleciałam z nią do sklepu znajomego (u którego zawsze myłam smoczek i któremu zostawiałam wózek ze śpiącą Toś, jak leciałam skorzystać z jego łazienki ;P) pokazać jak bardzo urosła.
W sumie myślałam, że wykrzesa z siebie choć odrobinę więcej entuzjazmu na widok dziesięciomiesięcznej Panny Toś w żółtej kurteczce w motylki ;P.
Ja w każdym razie podniecałam się nią jak ósmym cudem świata ;].
I Mała chyba odwzajemnia tę miłość, bo wyciągała do mnie rączki i śmiała się radośnie, błyskając dwoma ząbkami ;).
Niechętnie żegnając się ze swoją eks podopieczną (machając do niej, wysyłając milion buziaczków i obiecując, że ją odwiedzę), postanowiłam obskoczyć jeszcze Sanok.
Posłuchałam trochę głośnej muzyki, poprzyciskałam sobie gaz, pokupowałam parę pierdół w supermarkecie i wróciłam do domu.
Żeby oddać się weekendowej rozpuście - braku ćwiczeń i jedzeniu proziaków, przepijanych sokiem marchewkowym, żeby założyć nogę za nogę i kiwając nią beztrosko strzelić wpisik, żeby wypić herbatę w nowym zielonym kubku z uśmieszkiem  ;).
A na dziś mam zaplanowane tylko czytanie książki ("Terminalny mróz" L. Childa), oglądanie wieczorem jakiegoś fajnego filmu i dawanie się rozpieszczać cały wieczór ;].


PS A na jutro mam mniej więcej taki sam plan, oprócz tego, że nie będę już sprzątać ^^. Mmmm... ;].






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz