...

...
M.

środa, 25 lutego 2015

Zdomatorowana ;P

1. Znów zaczęłam zajęcia na uczelni.
2. Znów biegam między przedszkolem, a Wydziałem Pedagogiki.
3. Znów kupiłam karnet na siłownię.
4. Skończyłam pisać teksty.
5. O dziwo izoluję się od ludzi.
6. I o zgrozo - nie czytam książek...


Ad 1.
Od wtorku się zaczęło.
Przetarłam z kurzu swój magiczny zeszycik do stu przedmiotów (tzn. oficjalnie do 3, ale zielona M. dba o środowisko i pisze wszystko w jednym notatniku :P) i zaczęłam na nowo chodzić na wykłady, notować, pisać długi sznur literatury obowiązkowej i gawędzić z portierem, któremu nie zostawiam kurtki, bo...

Ad 2.
Znowu latam ;P.
Taa...
Rozbieranie się znów nabrało tempa.
Wpadam do pokoju nauczycielskiego i w biegu zakładam brązowe kapcie pieski.
Wpadam na uczelnię i w kurtce lecę spóźniona na wykład ;].
Ale, ale... Żeby uspokoić tych, których nastraszyłam nerką - nerka ma się dobrze.
Wiem to, bo w międzyczasie latałam też na badania ;P.
Dosłownie...
Z plastrem po pobieraniu krwi (nie, nie czekałam pięciu minut ze zgiętą ręką ;P) pognałam na zajęcia, a badanie moczu wykonywałam w Medicorowskiej toalecie między zajęciami, a pracą ^^.
Wyglądało to zapewne komicznie i opis też mogłabym strzelić komiczny, ale nie bawi mnie zwierzanie się Wam, jak wygląda próba wykonania posiewu moczu na łazienkowym parapecie i jak fajnie sika się do pojemnika, kiedy ktoś dobija się do drzwi ;P.
Pisałam esemesy, czekając aż pani recepcjonistka zanotuje sobie moje dane, a stojąc w kolejce do laboratorium liczyłam kasę, sprawdzając czy starczy mi na zbadanie kolejnych parametrów.
Bo wydałam już mały majątek na badania ^^.
Aż z tej okazji dostałam nawet kartę stałego klienta.
Ekhm.
Która zresztą zasiliła dumnie szereg kart w portfelu.
Wygląda dość osobliwie.
Karta stałego klienta laboratorium medycznego obok karty do sklepu sportowego, drogerii i karnetu na siłownię.
No właśnie... ^^.

Ad 3.
Nie wytrzymałam i wczoraj poszłam do Fitness For Life ;].
Myślałam, że może za niedługo zacznę biegać i obejdę się bez karnetu, ale pogoda się popsuła, psując mi szyki, a poza tym doszłam do wniosku, że chcę jeszcze trochę poćwiczyć przy muzyczce, z trenerami, na sprzętach, których nie mam w domu i wśród ludzi, których lubię.
Niestety nie jestem już takim harpaganem jak wcześniej.
Strasznie szybko się męczę ;P.
Póki co byłam godzinę wczoraj i półtora dzisiaj.
W sumie na Circuit Training, na którym wykonuje się wkoło serię ćwiczeń przy użyciu stepa, Bosu, mat, drążków i hantli prześcigiwałam faceta, który robił ze mną ćwiczenia w parze (a już na pewno nie jęczałam i nie dyszałam tak głośno jak on :D), ale mimo to nie miałam takiego powera jak zwykle.
W sensie - mój kucyk skakał za moją głową żwawiej niż ja sama ;).
Po ćwiczeniach nie skusiłam się na bieżnię, tylko zwiesiwszy głowę poczłapałam grzecznie do szatni.
A potem na mieszkanko, żeby posilić się jogurtem (0% tłuszczu, koniec chorobowo - antybiotykowej rozpusty i wpylania Danonów ^^).
Z przyzwyczajenia odpaliłam laptopa i przygotowałam listę tematów, kiedy przypomniałam sobie, że...

Ad 4.
Uwinęłam się z tekstami!!!
Hip, hip hurrey! :D
I te komentarze, które męczyłam od wakacji (:D) i te, na które dostałam zlecenie całkiem niedawno.
Grunt, że skończyłam je WSZYSTKIE.
Ach.
Jaka to ulga ;P.
Ostatnio praktycznie non stop siedziałam w tekstach.
Kiedy ktoś do mnie dzwonił, w 90% przypadków odpowiadałam, że piszę.
Chociaż w sumie, jakby na to spojrzeć obiektywnie, w 90% przypadkach i tak mówię, że piszę, nawet jeśli nie mam zlecenia na pisanie ^^.
No.
Ale teraz wiem, że nie będę brać nic na głowę.
Bo praca, uczelnia, siłownia i pisanie pracy zapewnią mi wystarczająco dużo rozrywki ;).
A na inne nie mam sił/czasu/chęci/nastroju * niepotrzebne skreślić.


Ad 5.
No niestety.
Jak miałam tylko zajęcia na uczelni - często spotykałam się z koleżankami na pogaduszki, z kolegami chodziłam do kina, a ze znajomymi na imprezę.
Jak miałam zajęcia na uczelni i praktyki - udawało mi się jeszcze znaleźć czas na siłownię, na basen i na książki.
Jak zaczęłam godzić pracę ze studiami i do tego śmigać na siłkę, a raz w tygodniu na basen - wciąż udawało mi się wygospodarować czas na planszówkowe spotkania przy piwie, herbatkę z koleżankami i pisanie częstych wpisów na bloga.
A teraz, kiedy codziennie pracuję, trzy dni w tygodniu chodzę na uczelnię, na siłownię zamierzam uczęszczać tak często jak się da mimo i wciąż nie wróciłam do formy po niedomaganiu (jak to brzmi ;D:D), nie wiem czy wyjdę z mieszkania do Wielkanocy ;P.
Nie chce mi się.
Autentycznie mi się nie chce.
Plecy może i już nie bolą (chyba, że na nich leżę ;D), ale jak na moje standardy - wciąż zamulam ;P.
Mimo, że biegam :D.
W tamtym tygodniu może prędzej bym się zmotywowała, ale teraz?
Jak nie korki to bachorki.
Jak nie bachorki to uczelnia.
Jak nie uczelnia to jeszcze coś tam innego.
Chętnie posiedziałabym spokojnie na mieszkaniu z książką.
I muzyką sączącą się w tle.
Aaa... Nie mówiąc jeszcze o tym, że nie mam już kasy na wychodne :D ^^.
Wszystko wydałam na badania i jedzenie. Może i mogłabym się obejść bez groszkowej zupy krem z miętą, pomidorków koktajlowych i muesli, ale z drugiej strony - co ma jeść dziewięcioletnia dietująca wegetarianka? ;P ^^.
No i może mogłabym uszczknąć co nieco z karty, ale skoro niedawno kupiłam sobie nowy portfel, kurtkę, buty i bluzy, lekkim przegięciem byłoby dalsze korzystanie z oszczędności, które miały się oszczędzać się na autko...


Ad 6.
Czytam jedną książkę od dwóch tygodni.
Czytam ją w krótkich chwilach, kiedy mam chwilę czasu.
I w zasadzie jest na tyle mało ciekawa, że powinnam ją dawno rzucić w kąt.
Jest tak przewidywalna, że jej przewidywalność aż razi po oczach...
Jest w niej singielka - kobieta sukcesu.
Dostaje wyrok - śmiertelną chorobę.
Wyjeżdża na wieś - by zamieszkać w zapyziałej chatynce po babci.
Podrywa ją wiejski weterynarz - z którym ostatecznie zaczyna sypiać.
Zachodzi w ciążę - i równocześnie okazuje się, że hurra! - guza nie ma.
A do tego gada z psem, kotem, myszą, zmarłą matką i starowinką - szamanką.
A pies, kot i mysz odpowiadają na jej pytania i konwersują z nią w najlepsze...
Awrr... ;P.
Dobrze, że kupiłam sobie ostatnio dwie książki.
"Love, Rosie" pożyczyłam współlokatorce, ale "Zostań, jeśli kochasz" zamierzam za chwilę zgłębić na swoim łóżku.
W piżamie w pandy.
Po prysznicu.
Odmawiając wyjścia ze znajomymi ;D.
Ammm... ;]

PS Ale jeszcze chwila i zaczną się uroczystościowo - urodzinowe meetingi, więc będę musiała opuścić domowe pielesze i zdjąć kapcie z pomponami ;P. Całe szczęście. Już myślałam, że grozi mi kupno fartuszka i kompletu ściereczek pod kolor ^^.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz