...

...
M.

poniedziałek, 30 marca 2015

Troski i beztroski ;)

Poczułam wiosnę ;).
To nic, że dziś rano stłukłam ceramiczną mydelniczkę, szykując się przed szóstą do pracy.
To nic, że idąc do przedszkola musiałam opatulać się chustką i kapturem, bo wiało i padało.
To nic, że pierwsze dziecko przyszło do przedszkola za trzy siódma, więc nie było czasu na obudzenie się i wypicie choćby dwóch łyków gorącej herbaty, bo musiałam bawić się w sklep i podziwiać kasę fiskalną zrobioną z pudełka po Reebokach.
To nic, że do kubka z wystudzoną już herbatą wpadła mi bazia, wrzucona tam przez największego trzyletniego łobuza.
To nic, że wciąż nie jestem do końca zdrowa. Że chociaż oczy już nie pieką, zaczęłam kaszleć, znów pochrypywać, ledwie przełykać ślinę i ponownie smarkać.
I że po pracy, a przed korkami musiałam się drzemnąć, bo bolała mnie głowa.
I że boli nadal, a mimo to nie chcę się położyć, bo szkoda mi na to czasu ;P.
Wszystko to nic, bo wreszcie czuję, że kończy się paskudna zima! ;].
Wprawdzie wszyscy mówią, że w tym tygodniu czekają nas jeszcze opady (i to nawet jakieś deszczowo - śniegowe...), ale nawet to nie przeszkadza mi w tym, że...

Zaczęłam nosić lżejszą czarną kurtkę. Wciąż niby zimową, ale zdecydowanie nie tak ekstremalną jak sportowa szaro - miętowa.
Kupiłam lekką, zwiewną apaszkę pod kolor wiosennego płaszczyka (w sumie na zdjęciu kolor był trochę inny, no ale...). Apaszka ma motyw jaskółek, więc też jest dość mocno wiosenna ;].
Zamówiłam sobie na necie sukienki (i trzymam kciuki, żeby rozmiary pasowały...).
Zrzuciłam kozaki - zaczęłam nosić botki.
Przez weekend paradowałam w szarej dresowej sukience i czarnych legginsach.
W trosce o figurę nie dałam się namówić na skonsumowanie sobotniego urodzinowego torta (nikogo tym zresztą nie dziwiąc), niedzielnych lodów (ostatnie leczenie gardła lodami skończyło się antybiotykiem i dwoma tygodniami wyjętymi z życiorysu...) i dokładki obiadu (makaron ze szpinakiem i fetą made by Mr K.).
Cały weekend spędziłam poza domem.
Sobotę kolejno - u weterynarza z Borysiastym, w bibliotece, szukając lekkiej lekturki na wiosnę, na zakupach z K. (trzy pary nowych kolczyków...) i wyżej wspomnianych urodzinach.
Niedzielę - w Bieszczadach (zero niedźwiedzi, jeden lisek), u K. i u babci.
Widziałam dwa zwiastujące wiosnę pająki jednego dnia i nie urządziłam z tego powodu Akcji - Panika, tylko spokojnie, lekko tylko machając rękami i spłycając oddech, zawołałam na ratunek K.
Wpadłam w szał wiosennych porządków i zrobiłam błysk w lodówce, szafce z jedzeniem, herbatami, lekami, ciuchami i notatkami.
I tylko odrobina rozsądku powstrzymała mnie, żebym nie zaczęła układać kolorystycznie bielizny i skarpetek ;P.
Weekend był więc miły i beztroski.



A troska?
Cóż...
Ostatnio mniej alergicznie na nią reaguję.
Zwykle dość... charakternie podchodziłam do wszelkich objawów (nad)opiekuńczości, z góry traktując ją jako coś złego.
Teraz nie dałabym rady.
Za bardzo zalały mnie jej fale, napływające z każdej strony ;).
I choć może to trochę banalne, mimo wszystko - to jest bardzo, bardzo miłe.
Babcia K. przez weekend podsuwała pod nos lekarstwa i tabletki na gardło. Dała mi do Rzeszowa mrożone truskawki i jeszcze trochę, a spakowałaby pół spiżarki. A tak w ogóle to przytula mnie przy każdej najmniejszej okazji (a może to ja się do niej przytulam ;P).
Moja babcia dała mi pieniądze, mówiąc, żebym nie żałowała sobie na jedzenie i kupiła coś na odporność (^^). A mam babcię, która praktycznie NIGDY nie daje pieniędzy. Zwłaszcza bez okazji ;]
Mama kupuje mi do jedzenia co tylko sobie wymyślę, jak przyjeżdżam na weekend do domu (i przeważnie jest to połowa warzywniaka ;D).
Tato macha na mnie ręką i bez słowa chwyta za miotłę, widząc, że znowu gdzieś lecę.
A K. to już jest całkowicie mistrzem w sprawianiu, żeby czasem niczego mi nie brakło ;P.
Oczywiście ta cyniczna i zdystansowana część mnie powątpiewająco pyta: "Ciekawe, jak długo jeszcze..." albo zastanawia się, kiedy opadną mu klapki z oczu i dostrzeże, z jakim złośnikiem ma do czynienia, ale ta niedopieszczona i grzeczna szczerzy się i myśli: "Tak mi dobrze, tak mi rób", kiedy jestem obsypywana niespodziankami, których nie będę opisywać, żeby Wam smaka nie robić ;].
Wzbraniam się rękami i nogami, pilnuję się jak mogę i staram, jak umiem, a mimo to, jak K. z szelmowskim uśmiechem mówi: "Przez weekend zrobię z Ciebie Ciepłą Kluchę", wiem, że może mieć trochę racji...



PS I bardziej od tego, że zaraz trzeba będzie odsłonić trochę ciała po zimie, a ja wciąż nie mam siły ćwiczyć, że choruję co najmniej raz w miesiącu i że zaczyna się sezon na pająki, boję się, że skoro K. jest tak ambitny zarówno w gotowaniu, jak i w zmiękczaniu mojej upartości, szybko może wybić mi z głowy bycie "al dente" ^^.


http://supersluby.blogspot.com/2012/01/przytul-mnie.html







piątek, 27 marca 2015

Głód wiedzy ;P

Wrócił mi apetyt.
Głodna jestem praktycznie cały czas.
Non stop.
Na okrągło...
Dziwnym trafem tylko wtedy, kiedy zaczynam pisać pracę ;P.
To dziwny fenomen.
Jedzenie, picie, porządki i sikanie stają się nagle najważniejszymi rzeczami.
A zmęczenie rośnie wprost proporcjonalnie do uczucia głodu...
Wczoraj pisałam jakieś trzy, dzisiaj dwie godziny.
Efekt?
Spłodziłam 8 stron.
W wielkich trudach ;].
To nie tak jak pisanie moich bzdur.
Że siadam i trzaskam, praktycznie bez zastanowienia.
Tu trzeba usiąść, pomyśleć.
Przewertować stos książek, odszukać właściwe fragmenty.
Zaznaczyć je, żeby nie uciekły.
Zapisać stronę na pobaźgranej kartce.
Odfajkować temat na innej.
Zrobić przypis.
Przeglądnąć całość...
Nie zwariować ;].

Staram się powstrzymać przed traceniem czasu na głupoty.
Przed pisaniem jem, żeby nie być głodna (jestem).
Koło siebie mam wielki kubek herbaty (wypijam od razu).
Wkoło panuje idealny ład i porządek, żeby nic mnie nie rozpraszało (rozprasza wszystko).
Zaciskam pracowicie mięśnie Kegla (i tak łażę do kibelka proporcjonalnie do ilości wypitego rooibosa i zielonej herbaty).
Unikam wchodzenia na fb, sprawdzania maila, bloggera, blogów, które podczytuję.
I usilnie próbuję się powstrzymać przed pisaniem.
A ja na złość pomysły same pchają się do głowy.
Wena atakuje z każdej strony.
Nie pozwalam jej się pojawiać za dnia? Wypływa w nocy.
W nagrodę za napisanie kilku stron pracy, wieczorem pozwalam sobie na napisanie kartki czegoś "dla siebie".
No i w zamian za "ciężką" (ekhm) pracę - czytam.
Od zrobienia ostatniego wpisu przeczytałam dwie książki.
Czytając na uczelni, rano w łóżku i wieczorem - też w łóżku.
Teraz zaczęłam czytać kolejną książka.
I właśnie idę się nią zająć.
Jak już napiszę swoje "dwie strony".
I jak odpocznę po pracy.

A potem spakuję się i wrócę do domu ;).
Czego już nie mogę się doczekać ;)

PS Dopingujcie mnie, żeby pisanie pracy szło równie dobrze, co pisanie głupot... ;]. I trzymajcie kciuki za owocność tego pisania ;D. Miłego weekendu! ;]

http://czekajnamnie.blog.onet.pl/


wtorek, 24 marca 2015

Smarkaty post ;P

Patrzyłam wczoraj na młodzież wylewającą się z liceum w krótkich rękawkach.
Patrzyłam na dziewczyny z gołymi kostkami i czerwonymi tenisówkami.
Patrzyłam na smarkule z kurteczkami odsłaniającymi pępki.
I cieszyłam się, że mam taką ładną zimową kurtkę w szaro - biało - miętowej tonacji... ;]
I że mam też chociaż odrobinę oleju w głowie ;P.
Kurde.
Ja też mam tenisówki.
I to w swoim ulubionym miętowym kolorku.
Też mam adidasy
Kilka par nawet ;>.
I skarpetki - stopki też mam - a jakże.
Ale będę je nosić dopiero wtedy, kiedy odkrycie kostek nie sprawi, że nogi pokryją się gęsią skórką...

Nie wyobrażam sobie, jak można iść do pracy/szkoły na rano i nie ubrać się porządnie, skoro gołym okiem widać kierowców, zdrapujących szron z szyb ;P.
Po południu, kiedy robi się cieplej - okej.
Ja sama nie zapinam zimowej kurtki pod szyję.
Nie noszę też wełnianego szalika i rękawic.
Ani mega ocieplanych butów.
Ale wciąż ubieram się tak, żeby nie dygotać z zimna..
Apaszka albo coś pod szyją musi być.
Buty też noszę kozaki albo botki, a i tak mi czasem w nich zimno, bo nie są ocieplane...

Bo wiem, że wiosna i ciepłe dni w końcu przyjdą.
Prędzej czy później.
Więc wiem, że jeszcze zdążę się nacieszyć adidasami, tenisówkami i sukienkami.
Które póki co kolekcjonuję.
Sukienki w sensie ;P.
Wczoraj po pracy kupiłam w second handzie lekką zwiewną w kolorze cielistym.
Fruwają po niej jaskółki ;].
Ja sama pofruwam w niej chętnie jak będzie ciepło.
Prawdziwe, nie pozorne... ;).



Chcecie wiedzieć, jak mi minął weekend, czy średnio Was to interesuje? ;P
Jeśli średnio Was to interesuje to macie racje.
Bo weekend też minął mi średnio.
Mianowicie chorowicie ;P.
Ogólnie to siedziałam w domu i jedyne wyjścia jakie zaliczyłam, to wizyta u lekarza.
W sobotę i niedzielę byłam u K.
Który jest równie chory, jak ja ;P.
Wprawdzie nie miał w zeszłym tygodniu mdłości i nie nabawił się zapalenia spojówek, za to rycha jak gruźlik, bijąc mnie na głowę z konkurencji: "Kto mocniej kaszle".
Ogólnie oboje czujemy się ciut zdechnięci i osłabieni.
Chociaż mi w piątek trochę przeszło, kiedy K. wyskoczył przede mnie z bukietem wiosennych tulipanów, pudełeczkiem z borówkami amerykańskimi i bochenkiem świeżego chleba, który sam upiekł ^^.
Kwiaty bez okazji (chyba, że z okazji Dnia Pisarza z 3 marca albo Dnia Wody z 22 -go ;P), ulubione smakołyki i facet, który piecze chleb potrafią poprawić zasmarkany nastrój ;D.
Tak przy okazji - nawet teraz prześcigujemy się z K. w wysmarkiwaniu z siebie tony smarków, co brzmi dość zabawnie, kiedy rozmawiamy przez telefon ;D :D ;D.



Wczoraj w pracy było w miarę lajtowo.
Dzieci nie wymęczyły mnie aż tak jak zwykle.
Korepetycje bez chrypy (zostało mi tylko leciutkie zaciąganie i nosowy głos) też wypadły o niebo lepiej niż tydzień temu.
Mimo to po południu skapitulowałam i dwie godziny z haczkiem spędziłam w łóżku, nie trybiąc co się wkoło mnie dzieje...
Dziś też na przemian leżę, czytając książkę ("Kaiken" J.Ch.Grange) i kichając, drzemię budząc się tylko po to, żeby zasmarkać trzy chusteczki i zmienić pozycję, piję herbatę z cytryną, zażywając w międzyczasie syrop na kaszel...
To by było na tyle, jeśli chodzi o powrót do zdrowia ;D.
Antybiotyk dalej zażywam, dalej jem tylko wtedy kiedy mam ochotę i tylko na co mam ochotę.
Obiady na przykład omijam szerokim łukiem ;P.
Wyjątkowo mi nie leżą.
Nie ma NIC, na co miałabym ochotę.
W sumie to też właśnie wtedy zwykle kimam, więc przeważnie po prostu przesypiam dinner time.
Budzę się z wysuszonym gardłem i przysysam się do kubka z wystudzoną herbatą jak alkoholik do flaszki z wódką.
Woda z cytryną i truskawkowe smoothie też są fajne zamiast zupy.
Albo soczysta pomarańcza zamiast ryżu z warzywami.
Mmm... ;].
I tylko fakt, iż moja obecna faza cyklu przez weekend napędzała mnie do jedzenia szarlotki i gorzkiej czekolady oraz fakt, iż właśnie przepadł mi karnet na siłownie sprawia, że choróbsko nie wyzssie ze mnie tłuszczu ^^.
A i wczorajsza wizyta przyjaciółki, która przyszła do mnie na herbatkę i przyniosła mi podwójną (!!!) porcję szarlotki, której 90% stanowiły jabłka też raczej nie pozwoli mi zachować wymizerowanej sylwetki dłużej niż do następnego weekendu ;P.

PS Tak więc zgrabnym ruchem z fit M., która codziennie biega na siłownię przeszłam na przymuloną i ospałą M., która śpi w ciągu dnia, z twardej niezależnej singielki zmieniłam się w ciepłą kluchę, która podnieca się na widok tulipanów, a z fanki bluz przeszłam na fankę trampków i sukienek ;] ^^. Hmm... ;)


http://likely.pl/zdjecie/698205/dziewczyna-w-modnych-trampkach




piątek, 20 marca 2015

Slow ;]

W tym tygodniu miałam czas na wszystko.

Wreszcie miałam czas posiedzieć ze współlokatorką i pooglądać z nią serial.
Bo siedziałam zawinięta w kocyk i piłam gorzką herbatkę, telepiąc się od dreszczy...
Przecież na co dzień oglądanie seriali uważam za stratę czasu.

Wreszcie miałam czas odwiedzić przyjaciółkę i zostać u niej na noc.
Po wejściu do jej pokoju od razu obie wskoczyłyśmy w szare dresy (taki wyższy poziom spoufalenia powstaje po roku mieszkania razem ;P).
Następnie wysmarkałam jej pół ozdobnego opakowania chusteczek, zjadłam przyniesione ze sobą jabłko, żeby razem z nim zażyć pierwszą porcję antybiotyku i obejrzałyśmy lekki, babski film.
Eks - współlokatorkę miałam odwiedzić już od miesiąca, tylko oczywiście nigdy nie było czasu.
Teraz mi się udało.
Bo J. mieszka niedaleko pogotowia, gdzie poszłam z gorączką, kaszlem i zawaloną krtanią...

Wreszcie miałam czas pogadać z tatem.
Opowiedzieć mu o swoich małych sukcesach, pogadać o sprawach córkowo - ojcowskich, pośmiać się z głupot.
Bo przyjechał po mnie w czwartkowy ranek, siłą zmuszając mnie do zadzwonienia do dyrektorki i powiedzenia, że biorę wolne do końca tygodnia.

Wreszcie miałam czas posiedzieć z psem w fotelu.
Wygłaskać go i wymiziać.
Bo siedziałam sama w domu i nie miałam siły robić nic innego.

Wreszcie miałam czas pogadać z mamą i siostrą w kuchni, siedząc przy wyspie.
Mama robiła mielone, siostra coś tam jadła, a ja układałam w piramidki plasterki ogórka, które nakładałam sobie na piekące oczy.
Pośmiałyśmy się, pooglądałyśmy film pełen burzliwych sen seksu, uczuć i emocji (nie, nie Grey, a Niewierna", jeden z moich ulubionych filmów).
Bo nie goniłam, nie pędziłam, nie ćwiczyłam.

Wreszcie miałam czas na pójście spać o 22.
Bo nie miałam siły ćwiczyć, pisać ani czytać.
Chociaż odrobinę sił na hula hop się znalazło... ;P.

Wreszcie miałam czas poczytać książkę, siedząc godzinę na poczekalni w przychodni.
Dałam się pozaczepiać roczniakowi, pogadałam z koleżanką - przedszkolanką, przeczytałam prawie połowę powieści.
Potem dostałam zwolnienie na uczelnię i krople na zapalenie spojówek...
Bo do anginy - nie anginy, przyplątało się jeszcze to cholerstwo ;D.

Wreszcie miałam czas iść do cioci tylko po to, żeby powiedzieć jej "Cześć, co słychać".
Bo doszczętnie spłukana byłam u mamy w biurze, żeby dała mi pieniądze na krople do oczu.


I teraz wreszcie mam czas posiedzieć trochę w swoim domku.
Po turecku na pufie.
Z wypuszczonym z klatki szynszylastym.
Z kubkiem pełnym rooibosa.
Mam czas  popatrzeć, jak ładnie oświetlony i nasłoneczniony jest mój pokój do południa.
Posiedzieć chwilę w ciepłym salonie, zjeść spokojnie posiłek na siedząco w jadalni.
Bo na ogół wpadam do domu i z niego wypadam.


Chyba potrzebny był mi taki slow.
Bo jak tylko jestem zdrowa, jestem "chora", jak muszę siedzieć.
Grafik zapełniam od góry do dołu.
Siłownię odwiedzam codziennie.
Nie uznaję dawania sobie forów, odpoczynku, biernego siedzenia.
Nie uznaję nudy.

Wszystko to normalne, bo synonimem mojego imienia jest słowo żywioł ;).
I to jest dobre do czasu.
Do póki nie zachoruję... ;]

No, ale...
Teraz jestem mądra, bo właściwie repertuar moich czynności niepokojąco się skurczył.
Dziś i tak jest lepiej, bo mam więcej energii.
Mogę więc czytać i pisać.
Wcześniej głównie spałam ;P.

I tak wiem, że jak tylko się wykuruję, znów dam się wciągnąć w wir pracy, uczelni i siłowni.
To norma i choćbym nie wiem jak się starała, nie będę umiała sobie odpuścić ani zarabiania, ani ambitnego chodzenia na zajęcia, ani intensywnych ćwiczeń.
Może tylko jednak postaram się nie brać wszystkich nadgodzin, nie przejmować się każdym zaliczeniem i nie spędzać na siłowni za dużo czasu.
Za to pokuszę się, żeby wyjść czasem na herbatę z koleżanką (nie między basenem, a zumbą...), posiedzieć przed laptopem z jakimś lekkim filmem, przeczytać mało wymagającą książkę albo położyć się na łóżku i patrzeć w sufit.
Nie tylko wtedy, kiedy będę leczyć zakwasy po siłowni ;D ;D ;D.


PS Udanego weekendu Wam życzę ;]. Niech będzie zdrowszy niż mój ;P.


http://www.styl.pl/piekno/dbaj-o-siebie/news-dookola-oka,nId,356605

środa, 18 marca 2015

Wiosenny mix ;]

- Co Ci właściwie jest?

Hah.
Dobre pytanie ;P.
Cierpię chyba na jakiś dziwny mix chorób...
Trochę z grypy, bo bolą mnie te kostki i kosteczki, które nie wiedziałam, że mam.
Trochę z anginy, bo przełykanie śliny stało się wyzwaniem.
Trochę z zapalenia krtani, bo chrypię i dudniąco kaszlę.
Trochę z zapalenia spojówek, bo dziś obudziłam się z zalepionymi oczami.
Trochę z zatok, bo produkuję zasmarkane chusteczki w tempie błyskawicznym. Aż mi się zaczęła krew puszczać z tego wszystkiego ;P.
Trochę z żołądkówki, bo mdli mnie praktycznie all day long, poza tym, że jest mi bardziej lub mniej niedobrze.
Wczoraj pobolewało mnie jeszcze ucho, a od kataru non stop boli mnie głowa, więc... tak ogółem - jestem jednym wielkim chodzącym nieszczęściem ;].
Jeść prawie nie jem, choć za wielki postęp uważam fakt, iż dzisiejszy dzień rozpoczęłam od kilku łyżek płatków jaglanych z jabłkiem, że na uczelni zjadłam dwa (!!!) banany, a na obiad parę łyżek marchwianki z kuskusem ;].
I jestem dumna, że wytrzymałam ponad cztery godziny na uczelni, a nawet - uwaga - brałam czynny udział w dyskusji o szkoleniach pracowników, napisałam notatki z edukacji zdrowotnej i zdołałam przeczytać pół Women's Health na przerwie ;].


Ale jak widzicie nastrój mam lepszy i bynajmniej fakt, że utrzymanie głowy w pionie sprawia mi nie lada trudności nie powoduje, że zanika mój czarny humor ;].

Jak na złość mam wrażenie, że wszyscy coś ode mnie chcą.
Telefon mi się urywa.
Wszyscy mnie o coś pytają.
Wszyscy chcą nagle rozmawiać.
A ja ledwo wyduszam z siebie jakiekolwiek zdania, najchętniej posługując się groźnie brzmiącymi pomrukami ;P.
Nie mówiąc o tym, że mam cholerne wyrzuty sumienia.
Bo dostaję dużo zaproszeń, które wiem, że są jak najbardziej szczere, a wiecznie odmawiam, bo nie mam czasu...
Lista osób, z którymi umówiłam się na termin bliżej nieokreślony rośnie.
Podobnie jak rośnie wrażenie, że zaniedbuję przyjaciół...
A tego nie lubię robić ;/.


Na poprawę humoru usłyszałam dziś od promotora, że ta mizerna część pracy, którą napisałam jest jak najbardziej w porządku ;].
Uf.
Ostatnio mam wrażenie, że albo pracuję albo choruję i pisanie pracy leży.
Dobrze chociaż wiedzieć, że to co mam jest ok.

A na powitanie wiosny kupiłam sobie miętowe trampki, szarą dresową sukienkę i jasnopopielate spodnie.
Plus tabletki na chrypę i sól fizjologiczną do czerwonych oczu ;P.
Kiedyś pokuszę się w końcu o wrzucenie tu jakichś fotek z przeglądem mojej szafy, bo tak tylko piszę i piszę, a nic nie wizualizuję ;].



PS Chciałabym napisać: "Idę pracować nad pracą magisterską" albo: "Idę pisać bestseller" , ale dobrze wiecie, że idę się kimnąć ;P. Zajęcia, zakupy i jedzenie są stanowczo zbyt męczące...




wtorek, 17 marca 2015

Bielszy odcień bieli ;]

Zeszły tydzień był ciekawy.
Nie mogę nawet powiedzieć, że byłam zajęta.
Zajęta to ja jestem jak biegam z pracy na uczelnię, z uczelni na zumbę, z zumby na orbitrek, a z orbitreka na zakupy.
Zajęta mogę być jak nie wiem czy zrobić wpis na bloga czy może lepiej przygotować się na zajęcia z dziećmi.
Zajęta jestem w domu, kiedy sprzątam, zajmuję się szynszylem, spotykam z bliskimi albo gdzieś pędzę.
Wtedy jestem zajęta.
Tamten tydzień był jednym wielkim szaleństwem ;P.
Nie pisałam.
Nie myślałam.
Nie ogarniałam.
Wracałam po ośmiu godzinach pracy z dzieciorkami i nie wiedziałam, jak się nazywam.
Hałas, ból głowy, zmęczenie, znużenie, przemęczenie.
Byłam przeciążona informacjami.
Każde dziecko wymagało mojej uwagi.
Jedno było smutne.
Inne przeziębione.
Jeszcze inne znudzone.
Każde trzeba było przytulić, pocieszyć, zabawić.
Z każdym rodzicem porozmawiać.
Każdego wysłuchać.
Każda mama miała jakieś zastrzeżenia, jakieś uwagi, jakieś prośby.
Podczas każdej rozmowy trzeba było wypaść profesjonalnie.

Podczas pracy z dzieciarnią też było intensywnie.
Dzieci nie siedziały przy stolikach i nie czekały z uśmiechami na obiad czy robienie wyklejanki.
Dzieci uciekały i rozbiegały się po sali, a okiełzane, krzyczały siedząc przy stolikach i robiły większy harmider niż rój pszczół.
Prowadzenie zajęć było wyzwaniem, posiłki były wyzwaniem, wyjście na spacer było wyzwaniem.
Dopiero teraz poczułam, czym jest bycie nauczycielką ;P.


No, ale...
Chyba wspominałam o tym we wcześniejszym poście, więc nie ma co smęcić.
Dzieci są kochane, ale męczą.
Mówiłam to już będąc nianią i teraz mogę tylko pokiwać głową, że wszystko to racja ;).
Nikt mi nie każe pracować z dziećmi.
Przecież sama tego chcę i poniekąd wydaje mi się, że na tyle rozumiem dzieci, że nadaję się do roli nauczycielki ;).
A każda praca męczy.
Nie męczące jest chyba tylko siedzenie i nic nie robienie ;].
Choć czuję, że akurat mnie by to zmęczyło ;D.

W weekend też odpoczywałam aktywnie i nie obijałam się ani przez chwilę ;].
W sobotę zjadłam na śniadanie szarlotkę, przepijając ją kawą mrożoną, bo umówiłam się na pogaduchy ze znajomym w kawiarni.
Potem obskoczyłam całe miasto w poszukiwaniu gorzkiej czekolady z chilli, a zamiast tego znalazłam babcię, na którą zobowiązałam się poczekać.
Nawet nie wiecie ile u starszych pań trwa wysyłanie kartek świątecznych na poczcie, kupowanie zniczy, mięsa w spożywczaku i winogron w warzywniaku...
I jak długo gramolą się przez przejście dla pieszych (w połowie jezdni światło zmienia się na czerwone...), a jak powoli idą przez Planty.
Nie umiem chodzić powoli, więc spacer z babcią był dla mnie katorgą ;P.
Na ramieniu niosłam kwiecistą torbę pełną schabowego, podskakiwałam nerwowo, zmuszając się do wolniejszego kroku i śmiać mi się chciało samej z siebie ;).

Dopiero kiedy wróciłam do domu, dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu boli mnie głowa.
Jak walnęłam się na łóżko, tak obudziłam się dopiero kiedy dostałam smsa, że mój absztyfikant przyjeżdża na pierogi ;P.
Powitałam go więc w stylu "Na Rozchochrańca" z poduszką odbitą na policzku i oczkami wielkości jednogroszówek.
Bo skoro zdziwione oczy są jak "pięć złotych", to moje chorobowe oczka musiały być wielkości grosza ;).
Utrzymanie głowy w pionie było zadaniem ciężkim, acz wykonalnym.
Utrzymanie oczu na poziomie oczu rozmówcy - niemożliwe.
A ponieważ za bardzo się starałam, po chwili do ciężkiej głowy i wywracających się ocząt dołączyły mdłości.
Ha!
Ale w sumie to niech widzi, że ma chimeryczną dziewczynę ^^.
I że umiem marudzić jak zawodowa maruda ;P.
Niestety najwyraźniej nie jestem aż tak marudna jak mi się zdawało albo on jest wyjątkowo odporny.
W każdym razie - nie przestraszył się zbytnio.
Bardziej przestraszył się jak zzieleniałam na twarzy, wychodząc z auta na jego podjeździe ;D.
A że sumie czułam się trochę słabo, nie miałam nawet siły rzucić sarkastycznej uwagi.
Wieczór upłynął mi mdławo i miętowo, bo piłam miętę za miętą, ale kolejny dzień już od rana zaczął się idealnie.
Idealnym nastrojem, idealną pogodą, idealnym samopoczuciem.
W sam raz na przedobiadową wycieczkę.
I w sam raz na przeobiadową kawkę mrożoną, szarlotkę i nieswoje lody ;P.
Na długi spacer z psem.
Na pogaduchy z moją i jego rodzinką.
Kurczę.
Chyba muszę wprowadzić jakiś znak umowny, bo trochę drętwo pisać tak zaimkowo ;).
Niech będzie K.
Banalnie, ale cóż ;P.
Tak więc w niedzielę byłam jeszcze z K. na lodowisku, gdzie jeździłam sztywna jak drewniana kukła i bałam się puścić ręki K., ale za to ani razu się nie wywaliłam ;P.
Potem pojechaliśmy do Rzeszowa.

No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że wczoraj rozłożyło mnie choróbsko.
I to na łopatki...
Zaczęło się od łamania w kościach, bólu we wszystkich mięśniach i chrypki.
Masakrycznej chrypy wręcz ;P.
Poszłam do pracy na rano i starałam się jak najmniej mówić.
Ale oczywiście całkiem milczeć się nie dało, bo zarówno dzieci, jak i ich rodzice wymagają, by porozumiewać się z nimi inaczej niż językiem migowym ;].
Potem wróciłam do domu i przeprowadziłam lekcję języka angielskiego, podczas której czułam się jak najgorsza nauczycielka na świecie ;P.
Z tak tragicznym głosem trudno o idealną wymowę... ;]
Po korepetycjach położyłam się na pięć minut.
A obudziłam po trzech godzinach.
Po to, by po chwili znów zasnąć.
I by potem obudzić się z mdłościami.
Spędzić najgorszy kwadrans życia na łazienkowej podłodze.
Trzymać się wanny, żeby nie rozbić głowy o płytki.
Trząść się jak osika.
Zawinąć w koc i kołdrę, a mimo to być zimna jak lód.
Przestraszyć współlokatorkę bladą twarzą w bielszym odcieniu bieli.
I położyć się spać targana gorączką, dreszczami, mdłościami i zimnymi potami.

Dziś już jest lepiej.
Zrobiłam się ciut bardziej żółta niż biała, a przecież żółć wygląda zdrowiej niż upiorna biel.
Z łóżka wygrzebałam się po dziesiątej.
Pod prysznicem ledwo ustałam, ale ustałam.
Poszłam na wykład.
Odwołałam dzisiejszą pracę.
Udało mi się zjeść całego banana gdzieś w okolicy pierwszej w południe.
Wypiłam miętę.
I usilnie staram się nie poddać i nie położyć do łóżka.
Wyglądam jak zdechlak i czuję się też jak zdechlak.
Obrót o 180 stopni, jeśli porównam się z sobą, kiedy biegam na siłowni ;].

Mam tylko nadzieję, że szybko się z tego wykaraskam.
Nie chcę, żeby ten tydzień upłynął mi na zamulaniu i chorowaniu... ;/
Nie mówiąc o tym, że przepada mi karnet na siłownię i kończy się czas, kiedy można się obijać, a powinno pisać pracę...



PS Idę się położyć. Póki co nie znalazłam lepszego leku na zawroty głowy niż łóżko... ;]






środa, 11 marca 2015

Zaplątana ;]



Praca na pełen etat - Dzień Drugi ;]
Wracając z pracy kupiłam sobie dające kopa cukierki Kopiko.
Po drodze zjadłam trzy słodkie ciastka orkiszowo – owsiane i wypiłam soczek pomarańczowy.
Potem wstąpiłam do cukierni po szarlotkę.
Zjadłam ciastko, przepijając je kawą zbożową.
Zrzuciłam z siebie „mundurek”, czyli grzeczną granatową bluzeczkę w jaskółki i grzeczny rozpinany sweterek z błyszczącymi guziczkami.
Ubrałam pasiaste dresy w pandy i pasiastą rozciągniętą koszulkę.
Jedynie francuz, którego zrobiła mi koleżanka i kolczyki – jaskółki wyglądają w miarę porządnie.
Ja – nie.
Siedzę rozwalona na krześle, brzuch mam pełny jak nigdy.
I nie zamierzam dzisiaj iść na siłownię ;P.
Lenistwo.
I rozpusta ;P.
Masakra.
Jestem tak wymęczona, że ledwo widzę na oczy.
W głowie wciąż mi huczy od dziecięcych wrzasków.
Bolą mnie ręce od dźwigania maluchów i sadzania ich na huśtawki.
Bolą mnie ramiona od huśtania i bujania całej gromady przedszkolaków.
Boli mnie kark od kręcenia głową, żeby mieć oczy naokoło głowy.
Boli mnie głowa od hałasu.
Bolą mnie nogi od biegania.
I boli mnie gardło od wymuszania dyscypliny.

Ogólnie to jestem wymęczona, a równocześnie pobudzona.
I myślę, że to nie zasługa kofeiny z kawowego cukierka…
Okej.
Wiem, że przecież tak wygląda praca z dziećmi.
Wiem, że chciałam i chcę z nimi pracować.
Wiem, że kiedy zostanę wypłatę, będę uszczęśliwiona i usatysfakcjonowana.
Wiem, że pieniądze z pewnością mi się przydadzą.
I wiem, że zaraz też mi przejdzie to osłabienie.
Że jutro znów wstanę z entuzjazmem.
Że ucieszę się, kiedy dzieci przybiegną do mnie z okrzykiem: „Miss M.!!!”.
Że będę z siebie dumna, kiedy powierzą mi na ucho jakiś sekret, wejdą na kolana i powiedzą mi, że mnie kochają albo kiedy będą się żegnać przez piętnaście minut zanim zdecydują się pójść do domu.

Ale czasem też można trochę ponarzekać i się pożalić na pracę, zwłaszcza kiedy leci się z nóg, prawda? ;]

PS Ok. Idę się pocieszać ;P. Prysznicem. Książką. Edem Sheeranem. I zieloną jaśminową herbatą ;].
A Wam wrzucam zdjęcie mojej zaplątanej fryzury, którą zrobiła mi koleżanka z pracy (;*).Choć wyglądam na nim, jakbym siedziała w oczekiwaniu na karę śmierci ;D ;]. 



wtorek, 10 marca 2015

Na zastępstwo ;]




- Pani A. jest chora. Czy może Pani ją zastąpić od jutra do piątku po osiem godzin dziennie? – usłyszałam wczoraj przez telefon, kiedy gwałtowna melodia "Piratów z Karaibów" wybudziła mnie ze śróddniowej drzemki.
Po powrocie z przedszkola, gdzie przez trzy godziny na moich kolanach raz po raz lądowało kolejne spłakane trzyletnie dziecko po tygodniowej nieobecności/weekendzie z rodzicami, nie potrafiłam zrobić nic innego, jak walnąć się na pościel w czarno białe baranki.
I po odebraniu komórki nie umiałam zrobić nic innego jak wychrypieć:
- Czy mogę prosić o pół godzinki do namysłu?
Sprawdziłam szybko grafik uczelni.
Wtorek - wykład.
Środa - ćwiczenia i seminarium.
Czwartek -  wolne.
Piątek - wykład i ćwiczenia.
Zastępstwo w przedszkolu miało obejmować zajęcia w tej „najgorszej” grupie.
Najbardziej rozbrykanej.
Najbardziej nieposłusznej.
Najbardziej męczącej.
Ale możliwość zarobienia fajnej sumy w tydzień mogła to zrekompensować... ;].
- Taaak. Proszę mnie wpisać na to zastępstwo – powiedziałam pewnie do telefonu.

Tak więc od dziś zaczęłam.
Od dziesiątej do szóstej.
Począwszy od pilnowania dzieciarni przy ubieraniu, spaceru z czternastką budrysów, przez batalie w łazience, rozróby przy obiedzie i szykowanie czteroletnich łobuzów na karate.
No i reszty czynności, których nie mam siły wymieniać ;P.
Grunt, że zdołałam coś zjeść, coś wypić i pójść do WC tyle razy, ile musiałam, bez siedzenia przy biurku ze skrzyżowanymi nogami ;P.
Wróciłam do domu pół godziny temu.
Resetując się powolnym spacerem w rześki, chłodny wieczór.
Łeb mi pęka od nadmiaru łez, hałasu, dziecięcych żali, marudzeń i próśb.
Usłyszałam dziś milion razy, że któreś z dzieci mnie kocha.
Dostałam cztery laurki.
I niezliczoną ilość uścisków.

Padam na pysk.
Ale cieszę się, że jutro też idę do pracy.
Bo naprawdę ją lubię ;).
I własną pensję też lubię.
Ale teraz muszę się wyżyć na bieżni.
Bo inaczej zwariuję ^^.


PS Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mężczyzn, Mężczyźni! ;] ;*. 


http://dziecko.niania.pl/przedszkolak/artykul,5323.html

poniedziałek, 9 marca 2015

W dzień urodzin ;]

W przeddzień urodzin dostałam bardzo pozytywną wiadomość, która zrobiła z moich oczu ping pongi, a ze źrenic wielkie czarne jeziora ;).
Chociaż nie była to wiadomość z cyklu: "Zawał na 24 urodziny", bo już wcześniej byłam na nią przygotowana ;).
W dniu urodzin pierwsze życzenia dostałam równo o północy ;).
Na żywo, na szybko, na ulicy.
Zapewne ku uciesze moich sąsiadów ;P.
Rano zostałam zbombardowana esemesami.
Za które bardzo, bardzo dziękuję ;].
Zostać obudzona miłymi słowami od osób, które pamiętają - bezcenne.
W dniu urodzin pierwsze słowa, jakie usłyszałam brzmiały: "Zostawiłaś wieczorem laptopa i torbę na przedpokoju. Czemu zawsze musisz robić taki bałagan? Posprzątaj to szybko! Bla, bla, bla", co ostudziło mnie bardziej niż deszcz konfetii, którego się spodziewałam ;P.
No okej.
Może nie spodziewałam się deszczu konfetii.
Ale deszczu wyrzutów też nie ;P.
Chociaż zaczynam już się powoli przyzwyczajać do tego, że o moich urodzinach i imieninach się zapomina. Tłumaczę sobie to w ten sposób, że przynajmniej nie będę się miała za pępek świata i nie będę się czuła najważniejsza, ale mimo wszystko w urodziny człowiek ma prawo czuć się przez chwilę pępkiem świata, więc... ^^.
W dniu urodzin mama pookurzała za mnie cały dom, robiąc mi największą niespodziankę, jaką mogła mi zapewnić.
Potem pojechała ze mną na zakupy i do weterynarza.
Tzn. tylko jako kierowca ;P.
Z szynszylastym.
W dniu urodzin byłam zmęczona już o dwunastej.
W południe ;D.
Po długim łażeniu po supermarkecie z szynszylem pod bluzą.
Po ogarnianiu serwetek, ciastek, jedzenia i rurek z dziewczęcym motywem dla gości poniżej 18 roku życia.
Po siedzeniu na poczekalni w lecznicy dla zwierząt i pilnowaniu, by collie, beagle i yorki nie wyczaiły, że trzymam gryzoniastego w ramionach.
W dniu urodzin nie miałam czasu poćwiczyć z Mel B, za to mogłam ponosić ciężary (zakupy), polatać z mopem i poćwiczyć zdolność multitaskingu, kiedy zamiatałam troty szynszyla, składałam ciuchy z prania i w międzyczasie kroiłam warzywa na sałatkę, ramieniem trzymając telefon i dziękując za życzenia ;).
W dniu urodzin odwiedziły mnie same najbliższe osoby w liczbie dziesięcioro dorosłych i trójki małoletnich.
Najmłodsza uczestniczka imprezy miała dwa miesiące ;P.
W dniu urodzin wreszcie przekonałam się, że niemowlak to dla mnie pryszcz, a podnoszenie, układanie do snu i przekładanie malutkiego dziecka na rękach to nic prostszego.
Podobnie jak uspokajanie, usypianie i kołysanie niemowlęcia przy jednoczesnym zabawianiu gości ;].
Ma się tę wprawę dzięki Toś ;P ^^.
W dniu urodzin chciałam wszystkim zrobić dobrze.
Z każdym pogadać, każdego docenić, z każdym spędzić trochę czasu.
Nie dało się ;P.
Zniosłam dziewczynkom kredki i puzzle ze strychu, pograłam z nimi w Memo i poganiałam je wkoło kominka, ale miałam wyrzuty, że nie siedzę z gośćmi przy stole.
Siedząc z gośćmi przy stole miałam wyrzuty, że nie noszę Małej na rękach i że jej mama musi sama się nią zajmować, a przecież musi to robić 24 h/dobę.
Zajmując się Małą miałam wyrzuty, że nie zamieniłam słowa z przyjaciółką.
Zamieniając słowo z przyjaciółką w zaciszu jadalni, miałam wyrzuty, że nie miałam czasu dłużej pogadać z kuzynką...
Itp. Itd.
"Zjedz coś" - słyszałam co chwilę i miałam ochotę popukać się w czoło, bo od tego latania całkiem zapomniałam o czymś takim jak apetyt ;P.
Piłam tylko soczek pomarańczowy między rozmowami z dorosłymi, a zabawą z dziećmi, a drinka sączyłam przez cały wieczór i w efekcie nie miałam ani fazy ani głupawki ;].
W dniu urodzin sprezentowałam dziewczynkom opaskę do włosów i czapeczkę, bo postanowiłam sobie, że moją nową tradycją będzie dawać prezenty z okazji urodzin :P.
I tak nie miałam czasu zrobić tego co chciałam, czyli odwiedzić Toś, ciocię - babcię i znajomych staruszków, ale poprawię się za rok.
Jak będzie mnie stać na wynajęcie ekipy organizującej urodziny i animatorów zabaw dla dzieci ^^.

W dniu urodzin byłam przeszczęśliwa, że mogę spędzić czas w miłym znajomym gronie.
I że telefon mi się urywa.
I że mam pomocników do znoszenia naczyń.
I chętnego do ich mycia ;P.
No i że wszyscy znali mnie tak dobrze, że dostałam to, co lubię.
A więc zamiast czekoladek - dwa ananasy.
Jeden z czerwoną kokardą ;P.
I wódkę ananasową ;D.
Plus wielkie, soczyste mango.
Bukiet czerwonych róż.
I kolorowych tulipanów ;].
Miętową bluzkę z Małą Mi (^^).
Miętową kopertkę z pieniędzmi na miętowy zegarek.
Miętowo - szaro - białą apaszkę.
Kubek do zaparzania ziółek z chińskiej porcelany z miętowymi motywami ( :D).
Ziołowo - owocową sypaną herbatkę na "Spokojny Sen".
Domowej roboty crunchy z orzechami i żurawiną w gustownym szklanym słoiku.
Owoce, owoce, owoce.
I kopertkę od babci ;).
Mmm... ;D.
Od razu widać, że wszyscy dobrze mnie znają ;].
Nie dostałam nic różowego, nic błyszczącego, nic kiczowatego, nic niepotrzebnego, nic słodkiego i nic świętoszkowatego ;D.

A jak się czuję w wieku 24 lat?
Normalnie, zwyczajnie, bez zmian.
Tylko bardziej mi miętowo ;P.


PS Jeszcze raz dziękuję wszystkim za życzenia. Zwłaszcza te osobiste na żywo, telefoniczne i wysłane w prywatnych wiadomościach. Ale te facebookowe też są miłe, szczególnie od tych, od których się ich kompletnie nie spodziewałam ;).
Dziękuję za pamięć. I szczere, trafione życzenia ;). Dziękuję ;).

http://www.mjakmama24.pl/rodzice/uroczystosci/urodziny/kogo-zaprosic-na-urodziny-dziecka,494_4761.html





czwartek, 5 marca 2015

Poranek przed ;]



Jeśli czekacie na kolejny wpis z cyklu „Mądrze i refleksyjnie” to macie pecha ;].
Bo ja mam ochotę na rozczochrano – piżamowo – herbaciany wpis, który nie będzie niósł żadnego przesłania ani dawał mądrych rad ;P.
Wreszcie doczekałam się poranka, kiedy nie wstaję z myślą: „Muszę zrobić to, to i to”.
Wreszcie doczekałam się poranka, kiedy nie budzi mnie budzik, a w głowie nie kołacze się: „Szybko, bo spóźnisz się do pracy”.
Wreszcie doczekałam się poranka, kiedy nie lecę na zajęcia, w pośpiechu ładując do torebki długopis i zeszyt.
Wreszcie mam wolne, a do pracy idę na piętnastą.

Uwielbiam takie poranki jak dziś.
Z leniwym przeciąganiem się w łóżku.
Z mierzwieniem już i tak dostatecznie zmierzwionego prześcieradła.
Z zakopywaniem się w barankową pościel.
Z ziewaniem na całą rozwartość szczęki.
Z rozczochranym odbiciem w lustrze.
Ze śniadaniem, jedzonym w łóżku.
Leniwie, powoli, bez pośpiechu.
Z robieniem herbaty w ładnym kubku, w którym wszystko smakuje lepiej.
Z zakwasami w mięśniach po wycisku z poprzedniego dnia.
Z siedzeniem w swojej ulubionej czarno – białej piżamie z GOOD na pupie i słuchanie cichego szemrania laptopa i stukotu swoich palców na klawiaturze.
Z rozpuszczonymi włosami, niepomalowanymi rzęsami.
Z jaśminową zieloną herbatą.
Z dobrą książką.
Z dobrym nastrojem.

Myślę, że mogę śmiało podsumować ten tydzień, bo w zasadzie już się kończy ;).
A że ten tydzień był naprawdę miły, aż grzech go nie opisać ;P.
Przede wszystkim był o wiele spokojniejszy, bo nie musiałam już pisać tekstów.
Wolne chwile pożytkowałam więc inaczej niż siedząc i ogarniając artykuły.
Był o wiele przyjemniejszy, bo znów miałam siły, żeby na siłowni udawać króliczka od Energizera.
I był o wiele fajniejszy, bo kupiłam sobie parę ładnych rzeczy.
Za pieniądze, których nie wydałam na leki, badania i lekarzy :D ;D ;D.
Kupiłam oczywiście kolejną miętową rzecz – i jest nią kubek w białe kropki…
W sumie to miałam zamiar kupić kalendarz – organizer w Empiku, ale że nie było takiego jak szukałam, to skusiłam się na miętę ;].
Ludzie, schowajcie przede mną wszystko co miętowe!
Nabyłam też trzy nowe pary kolczyków.
Ptaszki, koniczynki i znaki nieskończoności (położone ósemki, jakby ktoś nie wiedział).
Z kolczykami nie miałam zamiaru tak szaleć, ale po tym, jak podczas przymierzania jednej pary, niechcący upuściłam kolczyka, który wpadł między kolorowe papiery ozdobne i miła pani ekspedientka musiała wespół w zespół wyciągać ze mną jedną trzecią pudła papierów, żeby go znaleźć, postanowiłam zadośćuczynić i kupiłam wszystkie trzy pary, które zdjęłam ze stojaka ;P.
I tak oto stałam się szczęśliwą nabywczynią kolejnych pierdółek do uszu ;).
Co oprócz zakupów?
M. zrobiła wszystkim suprise - ściągnęła sportowe bluzy i ubrała legginsy + założyła sukienkę ;P.
Kurczę.
Gdybym wiedziała, że wywołam tak powszechne zdziwienie, wcześniej zdecydowałabym się na ten krok ;D.
Niby nic – niebieska a’la dżinsowa tuniczka z kieszonkami, grzeczne kolczyki nutki i rozpuszczone włosy.
Ale ile się nasłuchałam o magicznej przemianie ;P.
Fiu, fiu ^^.
Nawet dzieciaczki w przedszkolu stwierdziły, że Miss M. wygląda bardzo ładnie i ma „piękną fryzurkę”, chociaż nie wiem, czy zdawały sobie sprawę, że ta piękna fryzurka to efekt umycia i rozczesania włosów, bez zbędnych zabiegów pielęgnacyjnych :D.
W każdym razie postaram się zmotywować do częstszego rozpuszczania włosów i noszenia czegoś innego niż dżinsy, szare sportowe koszulki i bluzy z kapturami ;].
Z pewnością pomoże mi w tym fakt, że w szafie mam praktycznie same bluzy, a od niedawna jestem posiadaczką czarno – miętowych Air Maxów, którym po prostu nie mogłam się oprzeć i że jak tylko dostanę wypłatę, chcę zamówić błękitnego sportowego kangurka… ;].
Wiem, że pasuje mi spożytkować choćby część wypłaty na kupienie czegoś eleganckiego, w czym można chodzić do pracy, więc pewnie w przyszłym tygodniu pójdę na zakupy, podczas których będę szukać jakiejś sukienki/tuniki/koszuli, ale praca pracą - poza nią mogę się nosić jak chcę ^^.
No nic.
Leniwy poranek, leniwym porankiem, a teraz zbieram się na siłownię.
Miłego, leniwego i spokojnego przedpołudnia życzę! ;P.

PS Jest zajawka na miętę, nie da się ukryć ;D ;D ;D.