...

...
M.

wtorek, 17 marca 2015

Bielszy odcień bieli ;]

Zeszły tydzień był ciekawy.
Nie mogę nawet powiedzieć, że byłam zajęta.
Zajęta to ja jestem jak biegam z pracy na uczelnię, z uczelni na zumbę, z zumby na orbitrek, a z orbitreka na zakupy.
Zajęta mogę być jak nie wiem czy zrobić wpis na bloga czy może lepiej przygotować się na zajęcia z dziećmi.
Zajęta jestem w domu, kiedy sprzątam, zajmuję się szynszylem, spotykam z bliskimi albo gdzieś pędzę.
Wtedy jestem zajęta.
Tamten tydzień był jednym wielkim szaleństwem ;P.
Nie pisałam.
Nie myślałam.
Nie ogarniałam.
Wracałam po ośmiu godzinach pracy z dzieciorkami i nie wiedziałam, jak się nazywam.
Hałas, ból głowy, zmęczenie, znużenie, przemęczenie.
Byłam przeciążona informacjami.
Każde dziecko wymagało mojej uwagi.
Jedno było smutne.
Inne przeziębione.
Jeszcze inne znudzone.
Każde trzeba było przytulić, pocieszyć, zabawić.
Z każdym rodzicem porozmawiać.
Każdego wysłuchać.
Każda mama miała jakieś zastrzeżenia, jakieś uwagi, jakieś prośby.
Podczas każdej rozmowy trzeba było wypaść profesjonalnie.

Podczas pracy z dzieciarnią też było intensywnie.
Dzieci nie siedziały przy stolikach i nie czekały z uśmiechami na obiad czy robienie wyklejanki.
Dzieci uciekały i rozbiegały się po sali, a okiełzane, krzyczały siedząc przy stolikach i robiły większy harmider niż rój pszczół.
Prowadzenie zajęć było wyzwaniem, posiłki były wyzwaniem, wyjście na spacer było wyzwaniem.
Dopiero teraz poczułam, czym jest bycie nauczycielką ;P.


No, ale...
Chyba wspominałam o tym we wcześniejszym poście, więc nie ma co smęcić.
Dzieci są kochane, ale męczą.
Mówiłam to już będąc nianią i teraz mogę tylko pokiwać głową, że wszystko to racja ;).
Nikt mi nie każe pracować z dziećmi.
Przecież sama tego chcę i poniekąd wydaje mi się, że na tyle rozumiem dzieci, że nadaję się do roli nauczycielki ;).
A każda praca męczy.
Nie męczące jest chyba tylko siedzenie i nic nie robienie ;].
Choć czuję, że akurat mnie by to zmęczyło ;D.

W weekend też odpoczywałam aktywnie i nie obijałam się ani przez chwilę ;].
W sobotę zjadłam na śniadanie szarlotkę, przepijając ją kawą mrożoną, bo umówiłam się na pogaduchy ze znajomym w kawiarni.
Potem obskoczyłam całe miasto w poszukiwaniu gorzkiej czekolady z chilli, a zamiast tego znalazłam babcię, na którą zobowiązałam się poczekać.
Nawet nie wiecie ile u starszych pań trwa wysyłanie kartek świątecznych na poczcie, kupowanie zniczy, mięsa w spożywczaku i winogron w warzywniaku...
I jak długo gramolą się przez przejście dla pieszych (w połowie jezdni światło zmienia się na czerwone...), a jak powoli idą przez Planty.
Nie umiem chodzić powoli, więc spacer z babcią był dla mnie katorgą ;P.
Na ramieniu niosłam kwiecistą torbę pełną schabowego, podskakiwałam nerwowo, zmuszając się do wolniejszego kroku i śmiać mi się chciało samej z siebie ;).

Dopiero kiedy wróciłam do domu, dotarło do mnie, że od jakiegoś czasu boli mnie głowa.
Jak walnęłam się na łóżko, tak obudziłam się dopiero kiedy dostałam smsa, że mój absztyfikant przyjeżdża na pierogi ;P.
Powitałam go więc w stylu "Na Rozchochrańca" z poduszką odbitą na policzku i oczkami wielkości jednogroszówek.
Bo skoro zdziwione oczy są jak "pięć złotych", to moje chorobowe oczka musiały być wielkości grosza ;).
Utrzymanie głowy w pionie było zadaniem ciężkim, acz wykonalnym.
Utrzymanie oczu na poziomie oczu rozmówcy - niemożliwe.
A ponieważ za bardzo się starałam, po chwili do ciężkiej głowy i wywracających się ocząt dołączyły mdłości.
Ha!
Ale w sumie to niech widzi, że ma chimeryczną dziewczynę ^^.
I że umiem marudzić jak zawodowa maruda ;P.
Niestety najwyraźniej nie jestem aż tak marudna jak mi się zdawało albo on jest wyjątkowo odporny.
W każdym razie - nie przestraszył się zbytnio.
Bardziej przestraszył się jak zzieleniałam na twarzy, wychodząc z auta na jego podjeździe ;D.
A że sumie czułam się trochę słabo, nie miałam nawet siły rzucić sarkastycznej uwagi.
Wieczór upłynął mi mdławo i miętowo, bo piłam miętę za miętą, ale kolejny dzień już od rana zaczął się idealnie.
Idealnym nastrojem, idealną pogodą, idealnym samopoczuciem.
W sam raz na przedobiadową wycieczkę.
I w sam raz na przeobiadową kawkę mrożoną, szarlotkę i nieswoje lody ;P.
Na długi spacer z psem.
Na pogaduchy z moją i jego rodzinką.
Kurczę.
Chyba muszę wprowadzić jakiś znak umowny, bo trochę drętwo pisać tak zaimkowo ;).
Niech będzie K.
Banalnie, ale cóż ;P.
Tak więc w niedzielę byłam jeszcze z K. na lodowisku, gdzie jeździłam sztywna jak drewniana kukła i bałam się puścić ręki K., ale za to ani razu się nie wywaliłam ;P.
Potem pojechaliśmy do Rzeszowa.

No i wszystko byłoby super, gdyby nie to, że wczoraj rozłożyło mnie choróbsko.
I to na łopatki...
Zaczęło się od łamania w kościach, bólu we wszystkich mięśniach i chrypki.
Masakrycznej chrypy wręcz ;P.
Poszłam do pracy na rano i starałam się jak najmniej mówić.
Ale oczywiście całkiem milczeć się nie dało, bo zarówno dzieci, jak i ich rodzice wymagają, by porozumiewać się z nimi inaczej niż językiem migowym ;].
Potem wróciłam do domu i przeprowadziłam lekcję języka angielskiego, podczas której czułam się jak najgorsza nauczycielka na świecie ;P.
Z tak tragicznym głosem trudno o idealną wymowę... ;]
Po korepetycjach położyłam się na pięć minut.
A obudziłam po trzech godzinach.
Po to, by po chwili znów zasnąć.
I by potem obudzić się z mdłościami.
Spędzić najgorszy kwadrans życia na łazienkowej podłodze.
Trzymać się wanny, żeby nie rozbić głowy o płytki.
Trząść się jak osika.
Zawinąć w koc i kołdrę, a mimo to być zimna jak lód.
Przestraszyć współlokatorkę bladą twarzą w bielszym odcieniu bieli.
I położyć się spać targana gorączką, dreszczami, mdłościami i zimnymi potami.

Dziś już jest lepiej.
Zrobiłam się ciut bardziej żółta niż biała, a przecież żółć wygląda zdrowiej niż upiorna biel.
Z łóżka wygrzebałam się po dziesiątej.
Pod prysznicem ledwo ustałam, ale ustałam.
Poszłam na wykład.
Odwołałam dzisiejszą pracę.
Udało mi się zjeść całego banana gdzieś w okolicy pierwszej w południe.
Wypiłam miętę.
I usilnie staram się nie poddać i nie położyć do łóżka.
Wyglądam jak zdechlak i czuję się też jak zdechlak.
Obrót o 180 stopni, jeśli porównam się z sobą, kiedy biegam na siłowni ;].

Mam tylko nadzieję, że szybko się z tego wykaraskam.
Nie chcę, żeby ten tydzień upłynął mi na zamulaniu i chorowaniu... ;/
Nie mówiąc o tym, że przepada mi karnet na siłownię i kończy się czas, kiedy można się obijać, a powinno pisać pracę...



PS Idę się położyć. Póki co nie znalazłam lepszego leku na zawroty głowy niż łóżko... ;]






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz