...

...
M.

wtorek, 3 marca 2015

Podnieść szczęście ;]



Wróciłam właśnie na mieszkanie.
Mokra i zmarznięta.
Z wilgotnymi włosami przyklejonymi do czoła.
Z siatką pełną zakupów.
Z wywieszonym językiem i uśmiechem na ustach.
Zamiast na wykład, pojechałam do koleżanki do szpitala, zamiast siedzieć w cieplutkim MPK-u, spędziłam 40 minut na przystanku.
Trochę zmarzłam, trochę zmokłam.
Ale przeczytałam też trochę książki i wytłumaczyłam jakiemuś kierowcy, jak dojechać na dworzec, co lubię robić, o ile wiem, gdzie kogoś pokierować ;P.
Potem ogrzałam nogi na grzejniku w MPKu.
Następnie pogubiłam się na szpitalnym korytarzu.
Używając swojego uroku osobistego zaczepiłam chyba z cztery osoby, pytając je jak dojść na patologię ciąży.
Poznałam trzy ciężarne współlokatorki mojej koleżanki.
Pogadałam z nimi o hemoroidach, zgagach, bólach partych i ciążowych ogrodniczkach.
Pogratulowałam sobie w duchu, że pisałam artykuły o antykoncepcji i że pilnie się ich trzymałam ;P.
Odetchnęłam z ulgą, że to nie ja muszę leżeć w szpitalu, znosić bolesne zastrzyki, martwić się o zdrowie dziecka, taszczyć przed sobą brzuch i bać się porodu.
Wracałam do siebie i miałam strasznie dobry nastrój. I to nie tylko dlatego, że nie muszę szykować wyprawki ;P.

Mogłabym powiedzieć, że mam dobry nastrój, bo zbliża się moja pierwsza wypłata.
Mogłabym powiedzieć, że mam dobry dzień, bo właśnie kupiłam sobie grafitowo – niebieski komplet do ćwiczeń na siłownię i cieszę się, że wreszcie będę mieć odpowiedni, oddychający strój, a nie skudłaczone legginsy i rozciągniętą bluzkę.
Mogłabym powiedzieć, że chodzę zadowolona, bo za parę dni mam urodziny....
Ale wiem, że to nie do końca prawda.
Właściwie to powód mojego szczęścia jest inny.
I w zasadzie – banalny.
Nie chodzi o to, że cieszę się z małych rzeczy, bo cieszyłam się z nich wcześniej.
Chodzi o to, że doceniam małe rzeczy, przewartościowuję inne sprawy, hierarchizuję potrzeby i cieszę się nawet z tego, co nie zawsze jest dobre.
Cieszę się na przykład z tego, że wchodzę po schodach bez zadyszki i zawrotów w głowie, nie muszę bać się o swoje zdrowie i wydawać majątku na badania i lekarzy.
Cieszę się, że idę do pracy, nawet jeśli muszę wstać o 6 rano.
Cieszę się, że dzięki nielimitowanym rozmowom mogę dzwonić i utrzymywać kontakt z bliskimi/ z przyjaciółmi/ ze znajomymi, choć wiem, że teraz większość osób ma nielimitowane i nie podnieca się z tego powodu jak ja ;P.
Cieszę się, że znów śmigam na siłownię, powoli wracając do formy.
Cieszę się, jak przydarzy mi się coś niemiłego, ja nie miotam pod nosem przekleństw, nie złoszczę się i nie narzekam, tylko wyciągam z tego lekcję.
Cieszę się nawet wtedy, kiedy zrobię coś głupiego, bo przynajmniej wiem czego wystrzegać się w przyszłości.
Cieszę się, jak się na kimś sparzę, bo widzę, że nie wszyscy są warci zaufania.
Cieszę się, kiedy się na kimś przejadę, bo wtedy uświadamiam sobie, że tak naprawdę można liczyć tylko na siebie.
Cieszę się, spotykając na swojej drodze dobrych ludzi. 
Ludzi prostych, zwyczajnych, niepozornych. 
Bez Nobli na koncie, bez tytułów doktorów. 
Ludzi, zarażających optymizmem, pasją, dobrą energią. 
Ludzi, z którymi chce się przebywać i od kogo chcę się czegoś nauczyć.
Cieszę się, jak zrobię dla kogoś coś dobrego, bo sama czuję się wtedy lepiej.
Cieszę się, kiedy ktoś niesłusznie mnie o coś podejrzewa lub oskarża, bo przynajmniej dociera do mnie, że nie wszyscy muszą mnie kochać i że choćbym stawała na rzęsach – niektórych po prostu nie da się zadowolić.
Cieszę się, kiedy udaje mi się uporać z jakimś problemem, porażką,  przeciwnością losu.
Cieszę się z tego, bo wiem, że dzięki temu jestem silniejsza.

Cieszę się z tylu różnych rzeczy, że czasami zastanawiam się, czy to znak, że jestem chora czy może raczej że świat i ludzie są chorzy, bo szukają sobie problemu tam, gdzie go nie ma ;].
I może łatwo mi mówić, bo mam fajnych rodziców, którzy pomagają mi finansowo na studiach i fajną pracę, która daje mi fajne zarobki.
Może łatwo mi mówić, bo mam stypendium naukowe odłożone na koncie, zero długów, zobowiązań czy większych wydatków.
Może dlatego, że stać mnie na lepsze buty, markowe ubrania, jeśli tylko mi się spodobają i sportowe ciuchy, w których mogę chodzić na siłownię, na którą też mnie stać.
Ale tak naprawdę to nic.
I tak naprawdę to najbardziej cieszy mnie to, że mam coraz lepszy kontakt z moją siostrą, z którą leżymy razem w łóżku w niedzielne poranki, gadamy w łazience podczas suszenia włosów i dzwonimy do siebie co parę dni, gdy wyjeżdżam na studia.
Cieszę się, że mam pełną rodzinę.
I że wszyscy jej członkowie są zdrowi.
Że mam świetne przyjaciółki i fajnych znajomych, z którymi mogę szczerze pogadać, zwierzyć się, spędzić miło czas i pośmiać się za wszystkie czasy.
Że mam sprawne wszystkie narządy, zdrowe nogi, mocne serce i twardą du**.
Że są ludzie, którym na mnie zależy i tacy, na których zależy mi.


I że mimo wszystkich rzeczy, które mi się we mnie nie podobają, z cyckami, gadulstwem, rozkładaniem na czynniki pierwsze wielu niepotrzebnych pierdół i roztrzepaniem na czele, to jednak cieszę się, że jestem tym typem, który nie tylko widzi szczęście pod swoim nosem, ale i jeszcze umie się schylić, ponieść je i się z niego cieszyć.

PS Co automatycznie nie robi ze mnie osoby idealnej i mądrej, bo wciąż za dużo myślę o figurze, za często bujam w obłokach, jestem za bardzo charakterna i dalej marzy mi się ta strasznie droga błękitna bluza, którą jak znam życie - w końcu sobie kupię...  ^^.



http://rashelthink.blox.pl/2010/01/Sztuka-zycia-to-cieszyc-sie-malym-szczesciem.html

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz