...

...
M.

poniedziałek, 30 marca 2015

Troski i beztroski ;)

Poczułam wiosnę ;).
To nic, że dziś rano stłukłam ceramiczną mydelniczkę, szykując się przed szóstą do pracy.
To nic, że idąc do przedszkola musiałam opatulać się chustką i kapturem, bo wiało i padało.
To nic, że pierwsze dziecko przyszło do przedszkola za trzy siódma, więc nie było czasu na obudzenie się i wypicie choćby dwóch łyków gorącej herbaty, bo musiałam bawić się w sklep i podziwiać kasę fiskalną zrobioną z pudełka po Reebokach.
To nic, że do kubka z wystudzoną już herbatą wpadła mi bazia, wrzucona tam przez największego trzyletniego łobuza.
To nic, że wciąż nie jestem do końca zdrowa. Że chociaż oczy już nie pieką, zaczęłam kaszleć, znów pochrypywać, ledwie przełykać ślinę i ponownie smarkać.
I że po pracy, a przed korkami musiałam się drzemnąć, bo bolała mnie głowa.
I że boli nadal, a mimo to nie chcę się położyć, bo szkoda mi na to czasu ;P.
Wszystko to nic, bo wreszcie czuję, że kończy się paskudna zima! ;].
Wprawdzie wszyscy mówią, że w tym tygodniu czekają nas jeszcze opady (i to nawet jakieś deszczowo - śniegowe...), ale nawet to nie przeszkadza mi w tym, że...

Zaczęłam nosić lżejszą czarną kurtkę. Wciąż niby zimową, ale zdecydowanie nie tak ekstremalną jak sportowa szaro - miętowa.
Kupiłam lekką, zwiewną apaszkę pod kolor wiosennego płaszczyka (w sumie na zdjęciu kolor był trochę inny, no ale...). Apaszka ma motyw jaskółek, więc też jest dość mocno wiosenna ;].
Zamówiłam sobie na necie sukienki (i trzymam kciuki, żeby rozmiary pasowały...).
Zrzuciłam kozaki - zaczęłam nosić botki.
Przez weekend paradowałam w szarej dresowej sukience i czarnych legginsach.
W trosce o figurę nie dałam się namówić na skonsumowanie sobotniego urodzinowego torta (nikogo tym zresztą nie dziwiąc), niedzielnych lodów (ostatnie leczenie gardła lodami skończyło się antybiotykiem i dwoma tygodniami wyjętymi z życiorysu...) i dokładki obiadu (makaron ze szpinakiem i fetą made by Mr K.).
Cały weekend spędziłam poza domem.
Sobotę kolejno - u weterynarza z Borysiastym, w bibliotece, szukając lekkiej lekturki na wiosnę, na zakupach z K. (trzy pary nowych kolczyków...) i wyżej wspomnianych urodzinach.
Niedzielę - w Bieszczadach (zero niedźwiedzi, jeden lisek), u K. i u babci.
Widziałam dwa zwiastujące wiosnę pająki jednego dnia i nie urządziłam z tego powodu Akcji - Panika, tylko spokojnie, lekko tylko machając rękami i spłycając oddech, zawołałam na ratunek K.
Wpadłam w szał wiosennych porządków i zrobiłam błysk w lodówce, szafce z jedzeniem, herbatami, lekami, ciuchami i notatkami.
I tylko odrobina rozsądku powstrzymała mnie, żebym nie zaczęła układać kolorystycznie bielizny i skarpetek ;P.
Weekend był więc miły i beztroski.



A troska?
Cóż...
Ostatnio mniej alergicznie na nią reaguję.
Zwykle dość... charakternie podchodziłam do wszelkich objawów (nad)opiekuńczości, z góry traktując ją jako coś złego.
Teraz nie dałabym rady.
Za bardzo zalały mnie jej fale, napływające z każdej strony ;).
I choć może to trochę banalne, mimo wszystko - to jest bardzo, bardzo miłe.
Babcia K. przez weekend podsuwała pod nos lekarstwa i tabletki na gardło. Dała mi do Rzeszowa mrożone truskawki i jeszcze trochę, a spakowałaby pół spiżarki. A tak w ogóle to przytula mnie przy każdej najmniejszej okazji (a może to ja się do niej przytulam ;P).
Moja babcia dała mi pieniądze, mówiąc, żebym nie żałowała sobie na jedzenie i kupiła coś na odporność (^^). A mam babcię, która praktycznie NIGDY nie daje pieniędzy. Zwłaszcza bez okazji ;]
Mama kupuje mi do jedzenia co tylko sobie wymyślę, jak przyjeżdżam na weekend do domu (i przeważnie jest to połowa warzywniaka ;D).
Tato macha na mnie ręką i bez słowa chwyta za miotłę, widząc, że znowu gdzieś lecę.
A K. to już jest całkowicie mistrzem w sprawianiu, żeby czasem niczego mi nie brakło ;P.
Oczywiście ta cyniczna i zdystansowana część mnie powątpiewająco pyta: "Ciekawe, jak długo jeszcze..." albo zastanawia się, kiedy opadną mu klapki z oczu i dostrzeże, z jakim złośnikiem ma do czynienia, ale ta niedopieszczona i grzeczna szczerzy się i myśli: "Tak mi dobrze, tak mi rób", kiedy jestem obsypywana niespodziankami, których nie będę opisywać, żeby Wam smaka nie robić ;].
Wzbraniam się rękami i nogami, pilnuję się jak mogę i staram, jak umiem, a mimo to, jak K. z szelmowskim uśmiechem mówi: "Przez weekend zrobię z Ciebie Ciepłą Kluchę", wiem, że może mieć trochę racji...



PS I bardziej od tego, że zaraz trzeba będzie odsłonić trochę ciała po zimie, a ja wciąż nie mam siły ćwiczyć, że choruję co najmniej raz w miesiącu i że zaczyna się sezon na pająki, boję się, że skoro K. jest tak ambitny zarówno w gotowaniu, jak i w zmiękczaniu mojej upartości, szybko może wybić mi z głowy bycie "al dente" ^^.


http://supersluby.blogspot.com/2012/01/przytul-mnie.html







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz