...

...
M.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Półśpiący post ;]

Wiecie co?
Nie mam kompletnie pojęcia, o czym pisać, bo nie wiem co piszę ;P.

Obudziłam się właśnie po dwugodzinnej drzemeczce, głowę mam zamroczoną snem i jestem przymulona ćmieniem w skroniach.
Język mi skołowaciał i próby obracania nim w gębie kończą się fiaskiem.
Ogólne osłabienie ogarnęło też palce, które dziwnie nie mogą się rozkręcić i ciągle plączą się po laptopie...

Najlepiej wychodzi mi ziewanie i mruczenie.

A za godzinę chcę iść na zumbę ;].
Nie tańczyłam chyba od miesiąca.
Cały weekend nasłuchałam się zumbiarskich piosenek, a moje nogi same pląsały w powietrzu, nawet podczas czytania thrillerka psychologicznego w niedzielne popołudnie.


Ogólnie to nosiło mnie okropnie i dziwiłam się, że K. nie ma mnie jeszcze dość ;].
A jeśli nawet miał - nie dał tego po sobie poznać.
Musicie wiedzieć, że poza momentami wyciszenia, kiedy jestem chora, słaba, zmęczona, senna, smutna, przygnębiona albo - refleksyjna, jestem prawie zawsze żywa, ruchliwa i energiczna.
Szybko mówię, dużo się śmieję, szybko chodzę, dużo biegam.
A jak nie mogę - to mnie roznosi.
I dosłownie chodzę po ścianach ;).
Nie trzeba mi kawy ani alkoholu.
Choć po nich efekt jest jeszcze lepszy - wtedy do ogólnego pobudzenia dołącza rozfazowanie.
I wtedy zaczyna się zabawa ;).

Ale w sumie ja nie o tym.
Zaświeciłam światło w pokoju, może to pobudzi mnie bardziej do życia.
To i stukot czerwonych pazurów na klawiaturze.
Bo przez weekend malowałam paznokcie na krwistoczerwony kolor ;).
Wzięło mnie na udawanie damy i szarpnęłam się na kupienie kilku różnych kolorów lakierów.
Szkoda tylko, że zapomniałam, jak trudno jest mi się skupić na idealnym pokrywaniu lakierem paznokci i jak trudno jest wysiedzieć na tyłku, w oczekiwaniu na wyschnięcie lakieru ;).

Co innego robiłam przez weekend?
Siedziałam na tyłku ;D.
Ach.
Wreszcie takie nicnierobienie w 100%.
Porządki i pierogi - owszem, ale zero odwiedzin, zero weterynarzy, bibliotek, zakupów, sprzątania klatek, ogarniania pokoju, zmiany pościeli, składania ciuchów czy whatever.
Pisałam pracę, piłam rooibosa i pierdziałam w stołek.
Tfu - w pufę ;P.
W sumie nie miałam jakoś specjalnie czasu na czytanie ani pisanie, ale za to pomalowałam szponki (już mi odpryskuje lakier, a taki był niby porządny, czytaj - drogi...).
Byłam też w Słodkim Domku, gdzie umówiłam się z mamą Toś.
Stęskniłam się za Małą, no i postanowiłam trochę poniańczyć blisko roczną pannę Toś.
Łażenie w pół zgięta po placu zabaw, wyperswadowywanie jedzenia śmieci z ziemi, namawianie do rezygnacji ze wspinaczki na elementy placu przeznaczone dla dzieci 7+ i picie mrożonej kawki.
Mmm... ;).
Do tego cmokanie Toś w czółko, przytulanie i ściskanie, mówienie: "Ale jesteś już duuuża!" z równoczesnym obcałowywaniem jej buzi i spacerek po okolicy z wózkiem.
A potem gonitwa do domu, prysznic i jazda do kaplicy.
Zmarła babcia mojej przyjaciółki, a z racji pracy nie mogłam być na pogrzebie.
Moment wyciszenia, rozmowa z przyjaciółką i jej rodzicami.


Wieczorem z kolei przyjechał do mnie K. i wieczór upłynął nam pod znakiem wyjadania z Thermomixu malinowo - bananowego sorbetu, który zrobiłam w ilości jak dla wielodzietnej rodziny ;).
A niedziela?
Śniadanie na wypasie, bo zrobione przez K. Sałatka grecka, awokado, odtłuszczone serki, hummus, pomidorki koktajlowe z mozzarellą i ciemne bułeczki.
I kilka herbat z kilkoma plasterkami cytryny podsuwane to przez K., to przez jego młodszego brata.
I nudzenie się na kanapie, kiedy K. oglądał programy motoryzacyjne ;P.
A potem obiad, zakupy, pakowanie i wyjazd do Rzeszowa.
Kino, czyli "Szybcy i wściekli"- film, który podobał mi się mimo, że nie widziałam poprzednich części, na którym wzruszyłam się widząc zmarłego już Paula Walkera i nie wycisnęłam ani jednej łzy na zakończeniu.

I szpital.
Bo zapomniałam powiedzieć, że ostatnio mamy z K. Misję Mleko i wozimy znajomym bliźniaczkom wcześniaczkom mleko do rzeszowskiego szpitala ;].
Wczoraj, podając się za ich ciocię (^^) weszłam na oddział noworodkowy i podglądałam dziewczyny w inkubatorach.
Wielkością zaczynają przypominać moją lalkę bobas, którą bawiłam się jako siedmiolatka i mają jednakowe, czarne czupryny na główkach wielkości małej pomarańczy ;).
Razem ważą tyle, co standardowy noworodek, czyli jakieś 3 i pół kilo ;).
Nie co bądź ;P.


Uf.
Trochę odgoniłam od siebie senność.
Jeszcze tylko umyję pandzie rozmazane oczy i doprowadzę to gniazdo na głowie do jako takiego porządku.
A potem idę się zumbować ;].


PS Miłego tygodnia!!! ;].


       http://likely.pl/zdjecie/282164/dziewczyna-przy-oknie



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz