...

...
M.

piątek, 3 kwietnia 2015

I love Friday ;]

Zrobiłam sobie kilkudniową przerwę od blogowania.
Raz, że nie miałam czasu pisać.
Dwa - nie było za bardzo o czym.

Ten tydzień był tak naprawdę mało ciekawy.
Choć ostatnio mam wrażenie, że wszystkie tygodnie takie są ;).
Nigdzie nie wychodzę, nie robię nic nowego.
Ale szczerze?
Bardzo mi się to podoba ;P.

Ta rutyna działa na mnie uspokajająco.
A "nic nierobienie" jest bardzo przyjemne ;).

Mam wrażenie, że kiedy spada moja forma, wystarczająco dużo zachodu wymaga ode mnie studiowanie i praca.
Wolny czas poświęcam na ogarnianie tego, co powinnam ogarnąć, a kiedy złapię chwilę wolnego - chcę posiedzieć z książką i wielkim kubkiem herbaty, a nie wychodzić z domu.
Zwłaszcza w taką pogodę ;P.
Dobrze chociaż, że muszę chodzić do pracy i na uczelnię.
W przeciwnym razie pewnie nie wyściubiałabym nosa za drzwi i tylko oglądałabym przez okno, jak wygląda połączenie deszczu ze śniegiem z czwartego piętra mieszkania ;).

Z jednej strony bardzo się cieszę, że kończę już studia.
Wprawdzie samo chodzenie na zajęcia, spotykanie się ze znajomymi, notowanie treści wykładów (i podczytywanie Findera pod ławką...), praca w grupach - bardzo mi się podoba.
Podobnie jak kontakt z ludźmi, poznawanie nowych osób, uczenie się nowych rzeczy i fakt, że trzeba się lepiej ubrać, pomalować i wyjść z domu.
Mimo wszystko kiedy przychodzi pora zaliczeń, robienia pogmatwanych projektów albo pisania pracy - mam dość edukacji ;).
Wiem, że byłoby mi łatwiej studiować, gdybym nie pracowała, bo przez pozostałe lata studiów zajmowałam się głównie nauką. Dorabianie sobie korkami czy bawienie dzieci nie kolidowało zbytnio ze studiami.
Wtedy miałam czas na odręczne notatki, dopieszczone referaty, piątki w czasie sesji, a nawet koła naukowe czy konferencje, na widok których teraz odwracam wzrok w drugą stronę ;].

Mimo wszystko - praca, a co za nią idzie - satysfakcja, kontakt z dziećmi, znajomi z pracy, no i wynagrodzenie są nie do przereklamowania ;).
Codziennie mam powód, żeby wstawać rano (wcześniej bądź później), bo wiem, że idę do pracy.
Na brak wyzwań, nowych zadań i emocji też nie narzekam.
Codziennie uczę się czegoś nowego, od rozmowy z trudnym rodzicem, przez uczenie dzieci słów angielskiej piosenki, po robienie wymyślnych fryzur na głowie pięciolatek.
Codziennie jakieś dziecko daje mi wyraz swojej sympatii.
Wdrapuje mi się na kolana, przytula, obłapia mnie łapkami w udach, wtula  się we mnie, zanim pójdzie do domu albo po prostu mówi, że mnie kocha ;). Co smakuje równie dobrze zarówno powiedziane po polsku, jak i po angielsku ;D.
Codziennie uczę się nowych zasad obcowania w pracy.
Bycia koleżanką z pracy, dzielenia się, dzielenia obowiązków, spełniania zaleceń szefostwa.
Codziennie muszę się wykazać.
Czy to pedagogicznym podejściem, czy sprytem, czy kreatywnością.
Czasem też asertywnością albo dystansem do siebie.
No i fakt, że nie muszę się martwić, że wydaję wszystkie pieniądze na owoce i leki, bo mam stały przypływ gotówki, którą mogę spożytkować na ciuchy i książki też jest znamienny ;).
Naprawdę cieszę się, że pracuję ;).

Przez te parę dni nie pisałam też, bo skoro ostatnie posty dotyczyły zestawu moich chorób, wypadałoby uspokajająco napisać, że wszystko jest okej.
A nie do końca było okej ;D.
Przez cały tydzień kładłam się w ciągu dnia, bo bolała mnie głowa.
Miałam straszny katar i męczył mnie kaszel.
Mimo to gdzieś w połowie tygodnia zaczęłam już powoli wracać do siebie, co odczułam po energii, jaka mnie czasem roznosiła.
Ale właściwie dopiero wczoraj poczułam się na tyle silna, że poszłam na siłownię.
Kupiłam sobie nowy karnet i wreszcie wróciłam na stare śmieci.

Przerażają mnie te kilkutygodniowe przerwy w treningach.
Mam wrażenie, że zaczynam wszystko od nowa.
Postępy, które poczyniłam, kondycja którą sobie wypracowałam...
Zaczynam praktycznie od zera.
Od niezbyt intensywnego orbitrekowania, chodzenia na bieżni, ćwiczeń na macie.
Mam nadzieję, że stopniowo, małymi kroczkami odbuduję formę i swoją odporność.
Po jesiennej mykoplaźmie, lutowej infekcji nerki i marcowym miksie anginy, rotawirusa i zapalenia spojówek - mam już dość chorób do końca roku.
Mam dość spania w ciągu dnia, tracenia kasy na leki, budzenia się w nocy targana kaszlem i braku apetytu, który później nadrabiam ;P.
Mam dość słuchania pytań: "Jak się czujesz?", choćby były zadawane w jak najlepszej wierze.
I mam dość siedzenia w domu, kiedy mogę robić coś ciekawszego ;).


Ten tydzień poświęciłam więc na dochodzenie do zdrowia (głównie przez intensywne spanie w ciągu dnia i zażywanie drogiego leku wspierającego układ immunologiczny, na który wysępiłam receptę ;P), ogarnianie grupowego projektu, pisanie pracy magisterskiej i odbudowywanie formy przez spacery i siłownię.
Wolne chwile spożytkowałam na gotowanie (naprawdę, zaczęłam jeść coś więcej niż zupę krem z marchewki ^^), sprzątanie (i to takie porządne - z odkurzaniem za łóżkiem, wymiataniem śmieci zza kuchenki, odkurzaniem, myciem, szorowaniem kuchni i łazienki), pisanie (w minimalnym zakresie, tylko po to, żeby nie oszaleć od rozsadzającej mnie weny i myśli, że zapomnę jak się pisze, jeśli nie będę tego robić przez kilka dni z rzędu), czytanie ("Człowiek firmy" - kolejny thrillerek Findera. Jak zawsze mnie nie zawodzi ;)).
Czyli gdyby nie te resztki choroby, byłoby idealnie ;].


Dzisiejszy piątek spędziłam więc na siłowni i na porządkach.
Podczas ćwiczeń dokończyłam czytać książkę.
Podczas porządków wypociłam z siebie całą chorobę.
Mam przynajmniej taką nadzieję ;P.
Na projekt i pracę brakło mi czasu...


Teraz zbieram się do moich dzieciaczków ;).
A wieczorem jak zwykle wrócę na mieszkanie odprowadzana przez amerykańskiego kolegę z pracy, który zawsze daje mi cynamonowe gumy albo domowej roboty brownie, wypiję coś ciepłego, spakuję klamoty do toreb i wrócę do domu na weekend.
I na Święta, w które zamierzam spędzić z bliższą i dalszą rodzinką ;).
I przez które nie zamierzam się martwić żadnymi projektami ;P.
Chyba, że projektem "Upojne, leniwe Święta" ;).

PS Wesołych Świąt dla wszystkich!!! ^^. Odpocznijcie, nabierzcie sił, bawcie się dobrze w domowej atmosferze ;].





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz