...

...
M.

czwartek, 23 kwietnia 2015

Parasolki

Chyba musieliście być wczoraj w niemałym szoku, widząc zdjęcie łzy trzęsącej się na rzęsie i tytułu bez radosnego emotikona, skoro weszliście tu tak tłumnie...

Mimo wszystko dobrze, że o tym napisałam.
Dostałam strasznie dużo wsparcia, miłych słów i pocieszenia, którego potrzebowałam.
Od niektórych osób spodziewałam się, że mnie zrozumieją i przytulą, bo określałam ich mianem Przyjaciół, więc nie zdziwił mnie zalew pocieszeń z ich strony.
Od niektórych miałam nadzieję usłyszeć coś miłego, ale się nie doczekałam.
Jeszcze inni zaskoczyli mnie, pisząc jak mi współczują i że mnie ściskają, choć nie wpadłabym na pomysł, że przejmą się mną i moim szynszylastym.
Tak to właśnie bywa.
Zaskakujące niemiłe sytuacje często robią nam selekcję prawdziwych przyjaciół...

Moja rodzinka i znajomi też wykazali się na tym polu.
W poniedziałek tato kilkakrotnie zaglądał do Borysa, głaskał go i mówił do niego.
Poza tym prawdopodobnie był z nim na parę minut przed tym, jak Borysiasty odszedł.
Może to naiwne, ale strasznie chcę wierzyć, że Młody nie czuł się wtedy opuszczony i samotny.
Że czuł się kochany i szczęśliwy na tyle, na ile kochany i szczęśliwy może być szynszyl ;).
Moja mama od początku moich studiów magisterskich karmiła go i się nim zajmowała, jak umiała najlepiej.
Zdawała mi przez telefon relacje, jak Borys się miewa i robiła za "dobrą babcię" czasami robiąc mu wybieg, a czasami skarżyła się, że jest nieposłuszny, niegrzeczny i nieokiełzany.
Nawet siostra, która nie była jakoś specjalnie fanką szynszyli, też zmartwiła się, kiedy okazało się, że Borys nie żyje.
I wszyscy, dosłownie wszyscy roztoczyli nade mną parasol ochronny.
Zupełnie jakby wiedzieli, że akurat teraz potrzebuję tyle wsparcia, ile jest to możliwe...
Dziękuję Wam bardzo i bardzo, bardzo mocno to doceniam.
Cieszę się, że mam takich przyjaciół i bliskich ludzi wkoło ;****. 


Z innej beczki - po raz pierwszy mam takie dziecinne zagrywki, że zamiast tych ponad stu wejść na bloga, białych Conversów, miętowych Air Maxów, kasy na koncie, stypendium i innych materialnych rzeczy, myślę sobie: "I tak wolałabym, żeby Borys żył".
Gdyby życie było na sprzedaż, wiem, że wyjęłabym z konta wszystkie pieniądze, żeby kupić mu rok, dwa, całe życie.
Bo co tak naprawdę mogę kupić za te pieniądze?
Nowe buty?
Spodnie?
Książkę...?
To dowodzi tylko temu, że choć - wiadomo, pieniądze są fajne i fajnie się je wydaje, ale mimo wszystko nie kupimy za nie przyjaźni, uczucia, czasu ani niczyjego życia.
Czy to ukochanego zwierzaka, czy bliskiej osoby.
I choć zdaję sobie sprawę z tego, że za chwilę dopadnie mnie proza życia, zacznę żyć na własne konto, płacić rachunki, martwić się, czy wystarczy mi kasy etc. to jednak muszę pamiętać o tym, co naprawdę jest ważne, bezcenne i niepowtarzalne.
Bo niektóre chwile, sytuacje już nie wrócą.
I nawet, jeśli "dorosnę" i przestanę mieć te dziecinne cechy, które czasem drażnią otoczenie, a czasem mnie samą, to nie chcę tracić tej umiejętności dostrzegania tego, co liczy się najbardziej.
Nawet dostrzegania szczęścia w puszystym kłębku futra, które nie daje pieniędzy, sławy, sukcesów, korzyści, a wymaga opieki, czułości i czasu.
I które najwięcej daje tym, że po prostu jest, a kiedy już przestaje 'być", wtedy zostaje na zawsze wkodowane w pamięć, wspomnienia i serce, ucząc czym jest zaufanie, poświęcenie i bezinteresowność.




http://natemat.pl/69117,teczowa-alejka-w-portugalskim-miasteczku-gueda





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz