...

...
M.

wtorek, 12 maja 2015

Best day ever ;]

Zawsze mam dziwnie ambiwalentne uczucia, kiedy po wyjątkowo refleksyjnym/smętnym/długim/nic nie wnoszącym poście, mam więcej wejść niż zwykle ;].
A mimo to dziś też napiszę luźny, banalny post.
O tym, co robiłam przez weekend i jak spędziłam ostatnie dni.
Czasem dopada mnie myśl, czy aby na pewno kogoś z Was interesuje, gdzie byłam, co robiłam i w jakim jestem nastroju, o ile oczywiście nie jesteście moją mamą lub chłopakiem ;].
Mimo to - ja tam lubię pisać o takich banałach, więc chyba piszę ten wstęp tylko po to, żebyście mogli przerwać czytanie, jeśli nie jesteście zainteresowani.
Zwłaszcza, że wpis jest długi, bo dość dawno nie zwierzałam się ze szczegółów swojego życia ;].

Co u mnie słychać?
Jestem jeszcze w miarę rozluźniona i wypoczęta po weekendzie.
Spędziłam go jak zwykle - bez szaleństw, ale i bez nudy. 
Pół soboty przesiedziałam w domu, przyglądając się jak siostra robi syrop z pędów sosny (znalazła się specjalistka od ziołolecznictwa i domowych mikstur ;D) i w kawiarni, gdzie piłam gorzką mrożoną kawę z przyjaciółką, z którą rozkminiałyśmy głównie tematy zdrowotne.
Wiecie - takie tam pogaduchy przy kawie i truskawkowym koktajlu dwóch dwudziestoparoletnich chorowitych koleżanek jako forma sprawdzianu, czy nasza znajomość przetrwa kolejne pół wieku, żebyśmy jako staruszki mogły wylądować przy tym samym stoliku i tym samym zestawie napoi i przedyskutować swój artretyzm, reumatyzm i sklerozę przy wtórze kłapania sztucznych szczęk ;].
Później skoczyłam na chwilę do cioci, jeszcze później przyjechał do mnie K.
Ostatecznie wylądowaliśmy na grillu u jego znajomych, z którymi dość mocno teraz trzyma, bo wkupił się w ich team nabywając motor, kask, kurtkę i buty do jazdy ;).
Żeby chytrze wymigać się od roli kierowcy, sączyłam jabłkowe piwo i liznęłam parę lizów śliwkowego Krupniku (w sprzedaży z pyszną śliwkową pomadką do ust ;P). Oczywiście nawet nie powąchałam karkówki, jedząc jabłko i banana i ostentacyjnie przepijając je truskawkowym smoothie ;].
Ani ja ani K. nie upiliśmy się szczególnie, więc dalej nie wiem, czy po % K. zyskuje jakieś wady i usterki fabryczne, niewidocznie na trzeźwo ;P. U mnie jest w sumie na odwrót - wszystkie wady ujawniają się na trzeźwo, natomiast po alkoholu jestem cicha, grzeczna, milcząca i spowolniona. Czyli łatwiejsza i mniej skomplikowana niż zwykle. No i mniej wredna, kiedy stworzenie błyskotliwej (łamane przez złośliwej) myśli zajmuje mi nieporównywalnie więcej czasu.

W niedzielę z kolei udało mi się poćwiczyć trochę z Mel B., próbowałam też ogarniać sześciany i matryce Ravena przed Multiselectem (mój humanistyczny umysł po pięciu latach humanistycznych studiów LEŻY, kiedy trzeba wykonać jakieś działania i obliczenia matematyczne...), pojechałam z tatem na zakupy i zagłosowałam w wyborach, biegnąc do gimnazjum wśród bombardujących kropli deszczu.
Dość motywujący był jednak fakt, że kiedy ja stawiałam krzyżyk przy nazwisku swojego kandydata (du**, nie przeszedł...), K. smażył w tym czasie naleśniki w mojej kuchni.
Wyobraźcie sobie taki obrazek - wracam do domu przemoknięta, z mokrymi pasmami włosów przyklejonymi do czoła, otrzepuję się z wody, strząsając z siebie milion zimnych kropli, wchodzę do kuchni, a tam na talerzu piętrzą się świeżutkie naleśniki, a mój luby szuka szpinaku i fety do zrobienia farszu. Dodatkowo w domu jest ciepło i cicho, słychać tylko szum lodówki i chrapanie mojego kundelka śpiącego w koszyku i wyciągającego w górę wszystkie cztery kończyny...
Mmm... ;]
Wiadomo, że można różnie wykreować sobie wizję chłopaka, czekającego, żeby rozgrzać dziewczynę po ulewie, jednak kiedy wracam do domu razem z pozostałymi członkami mojej rodziny - najbardziej cieszy mnie widok faceta dzierżącego patelnię i mówiącego, że zaraz zrobi mi obiad ;P.
Po szpinakowym obżarstwie zalęgliśmy na moim łóżku z pełnymi brzuchami i laptopem z włączonym filmem ("Więzień labiryntu", gdyby ktoś pytał). Potem K. zasnął, a ja dokańczałam film, który zaczęłam w Rzeszowie ("Zostań jeśli kochasz"). Następnie pakowałam się, budząc równocześnie półprzytomnego K., który przed odjazdem musiał jeszcze odrobić swoje bezczelne spanie, naprawiając mi łóżko (cóż poradzę, że lubię wykorzystywać ludzi ;D).
Spać poszłam wyjątkowo szybko, by wyjątkowo szybko zwlec się z niego przed piątą rano.
Jak zawsze wstając nad ranem, dokuczały mi mdłości, ale o dziwo - udało mi się zjeść dwie mikroskopijne kanapeczki z bagietki, co graniczyło z cudem, bo na ogół do dziesiątej nic mi nie wchodzi ;].
Kolejnym cudem było to, że nie spałam ani minuty przez całą drogę do Zaczernia. Możliwe, że jednak podświadomie coś tam się denerwowałam, bo zwykle potrafię zasnąć na odcinku 10 km... ;).
Multi jak to Multi. Ponad 300 zadań na komputerze, z których te dotyczące mnie i mojej osobowości trzaskałam strasznie szybko (intuicyjnie, zgodnie z pierwszą myślą), a na matematyczne brakowało mi czasu (mózg miałam zlasowany już po kilku zadaniach, wymagających liczenia ;D). Na refleks i zapamiętywanie szczegółów narzekać nie mogę, czego nie mogę powiedzieć o umiejętności uzupełniania tych nieszczęsnych sześcianów ;D.
Potem było pięć minut przerwy na ławeczce i rozmowa z panią psycholog. Wymaglowała mnie solidnie, wypytała, wydręczyła i wynaciągała za język.
Rodzice zawieźli mnie na mieszkanie i śmignęli do domku, a ja - ponieważ przepadło mi bawienie dziecka - śmignęłam do łóżka.
I to w pełnym ekwipunku - w dresach i bluzie.
W dodatku pod kołdrę i kocyk... ;D.
Spałam tak praktycznie do oporu, czyli do momentu, kiedy musiałam wstać, zjeść odgrzanego w mikrofali naleśnika (co tam, że miejscami gorący, miejscami letni - był pyszny) i lecieć do pracy.

A dziś cieszyłam się wolnością aż do za kwadrans druga.
Czas wykorzystałam doszczętnie, śpiąc do wpół do dziesiątej, jedząc leniwe śniadanie i idąc niespiesznym spacerkiem do biblioteki. Bilans tej wycieczki to jedna stara książka z metodologii, jedna masakrycznie obtarta (czyt. do krwi) stopa, jedna jasnopopielata torebka nabyta w secondhandzie, prezent dla K. z okazji 24 urodzin (mam młodszego od siebie chłopaka, dacie wiarę? ^^. Sto lat, Młodzieńcze !!! ;D ;D ;D), którego nie mogę tu zdradzić, bo nie będzie niespodzianki i brak bluzek z Małą Mi, których szukałam na rynku.
Potem oczywiście nie miałam zbyt wiele czasu, więc poza umyciem głowy i przygotowaniem sałatki na wynos nie zdążyłam zrobić NIC.

Na szczęście w pracy było cudownie.
Tzn. że zdarzały się same cuda ;P.
Oprócz tego, że po wejściu do zerówki nie mogłam okiełzać grupy i dopiero wzięcie tej hałaśliwej hałastry na plac zabaw zaowocowało spokojem, cały dzień obfitował w cudowne wydarzenia.
Dzieciarnia hasała po drabinkach, szalała na karuzelach, skakała na trampolinach i biegała po placu zabaw, wnosząc w górę tumany kurzu i sypiąc się piaskiem po włosach, a ja wraz z główną nauczycielką zerówki i praktykantką kontemplowałyśmy chwilę relaksu siedząc w półcieniu i mając oko na tę rozbrykaną gromadkę.
Cudem oczywiście było to, że nikt nie nabił sobie guza, nie rozbił kolana i nie spadł ze zjeżdżalni.
Kolejnym cudem był fakt, iż udało mi się zjeść małą miseczkę z barszczem (jeden ciepły posiłek - zaliczony), a także to, że choć nalewałam i rozdawałam zupę, nie oblałam się ani jedną czerwoną kroplą ;].
O trzeciej przytulaśne i słodziaśne maluszki zrekompensowały mi rozwrzeszczane i krnąbrne sześciolatki.
Choć uważanie, by ich zawsze lepkie/mokre/brudne łapki nie zetknęły się z moją bluzką, która pechowo była śnieżnobiała z morelowym nadrukiem i napisem "Best day ever" nie było łatwe, to udało mi się nawet uniknąć plam z barszczu, herbaty i dzięki Ci Panie - farbek plakatowych.
A potem była stara szara codzienność, czyli jak zawsze wszystko na raz.
Dawanie kleju, nożyczek, taśmy i innych cudów, które dzieciaki wymyślają.
Zbieranie podpisów od rodziców, czyli łapanie śpieszących się rodzicieli, tłumaczenie im na co i po co potrzebujemy ich autografów (zgoda na wycieczkę).
Prowadzenie jednego kilkuletniego delikwenta do łazienki, by po trzech minutach inne dziecko (pytane wcześniej czy nie chce siusiu) łapało się za portki i prosiło o "toilet".
Udzielanie rodzicom informacji o Dniu Rodziców, przypominanie o zabraniu wierszyków do nauki, mówieniu o zrobieniu bądź nie zrobieniu przez dziecko kupy i inne takie...
Później było już tylko z górki, bo wystarczyło pilnować, żeby dzieci nie pozabijały się przy użyciu drewnianych łyżek, plastikowych kręgli i tekturowych książeczek, wyjaśnianie zawiłych problemów przedszkolaków ("Ja go ugryzłem, bo on mnie wczoraj uszczypnął") i sprawianie, by ogólnie były lepsze, grzeczniejsze, mądrzejsze, bardziej empatyczne i czyściejsze niż kiedy rodzice przyprowadzali je do przedszkola przed siódmą rano...
No i jeszcze pilnowanie, żeby dzieci przebrały się z kimon (karate) w normalne ubrania (czyt. koszulki z nadrukami My Little Pony, Anną, Elsą, tudzież obiema).
I jedzenie sałatki greckiej, w tak zwanym międzyczasie ;]. Wprawdzie trochę to trwa, kiedy trzeba się co chwilę odrywać, tłumaczyć coś dzieciom albo uśmiechać się wyrozumiale do rodziców (i uważać przy tym, żeby nie zobaczyli fragmentów koperku na zębach), ale jest wykonalne.
Zwłaszcza, kiedy pracuje się do 18.00 ;).


Tak więc teraz, zdjąwszy z siebie bialutką niepoplamioną koszulkę z wymownym napisem "Best day ever" i przyodziawszy na siebie krótkie "ćwiczeniowe" szorty w ulubionym różowym kolorze, zasiadam przy stole, zajadam podwieczorek i chilloutuję się słuchając Eda Sheerana i pisząc.
Bo nawet jeśli dzień jest do bólu zwyczajny i zalatany, to jednak jest całkiem miły.
Może i nie dowiedziałam się, że wygrałam milion złotych... Albo co tam złotych - dolarów albo funtów (lepiej stoją), nic mi nie wiadomo na temat zekranizowania mojej książki, nie otrzymałam Nagrody Idealnej Blogerki (coś czuję, że nie spełniłabym połowy kryteriów, z zawiłymi tytułami i długaśną treścią na czele...), dziany tatuś nie kupił mi samochodu, a mama co najwyżej obiecała, że jutro wypożyczy dla mnie książkę w bibliotece pedagogicznej...
Do tego chłopak, korzystając z pogody pojechał na motor.
Siostra wczoraj zrypała mnie, że zawracam jej głowę telefonem, więc póki co nie będę do niej dzwonić.
Współlokatorka gdzieś wyszła.
Do mamy już dzwoniłam, a że nie muszę już co chwilę dopytywać, jak miewa się Borysek, bo Borysek nie żyje, nie będę się jej naprzykrzać.
Do nikogo innego też nie mam ochoty dzwonić, bo w sumie to mam gardło zdarte od gadania i dawania reprymend dzieciom.
Jestem trochę zmęczona, trochę obolała i bardzo senna.
A jutro od rana mam zajęcia, seminarium dyplomowe, na które nie mam nic nowego i świadomość, że po zajęciach znów wpadnę do domu, zjem coś albo i nie i ponownie polecę do pracy.
Oczekiwać kolejnych cudów.
I spędzać kolejny best day ever ;].
Tak więc życzę wszystkim równie udanych, zwyczajnych dni jak moje ;). Spokojnych, udanych, pracowitych, ale i satysfakcjonująco szczęśliwych! ;].

PS Nadmienię tylko, że w trakcie pisania zdążyłam jeszcze pogadać przez telefon z K., przebrać szorty na długie czarne dresy, a cienkie stopki na ciepłe skarpetki i wypić dwie herbaty z grubaśnymi plastrami cytryny ;). Jest mi więc błogo, ciepło i przyjemnie i żadne problemy i zła tego świata są mi nie straszne ;].

http://likely.pl/zdjecie/815968/dziewczyna-w-trampkach



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz