...

...
M.

czwartek, 28 maja 2015

Ciasteczkowy Potwór ;]

Dziś będzie absurdalnie, bo wczorajszy dzień obfitował w absurdalne wydarzenia.
Choć właściwie to te absurdy zaczęły się już w zeszły piątek, bo...
 
Do południa bawiłam dziecko.
Dziecko, które mnie zna i u którego byłam już kilkakrotnie.
I które zwykle na mój widok reagowało machaniem rączkami i szczerzeniem pierwszych ząbków...
No niestety.
Tym razem zamiast mnie wolało tatusia, który wrócił zza granicy i na każdą próbę wzięcia przeze mnie na ręce reagowało płaczem.
Ponoć poprzedniego dnia tak samo robiło na widok tatusia, wymuszając rączki mamusi, ale wcale mnie to nie pocieszyło...
Zaczęłam się nawet głośno zastanawiać, jak wezmę Małą na spacer, skoro nie dała mi się tknąć.
"Wsadzę ją do wózka tyłem, tak żeby Cię nie widziała" - oznajmił wesoło tatuś, wzruszając ramionami.
Yhyyy...

Spacer był całkiem miły.
W koszu pod wózkiem chrupki kukurydziane, soczek w niekapku, mokre chusteczki i kocyk.
Dziecko zapakowane w śpiworek.
Niania wyposażona w telefon, jabłko i wodę.
Pogoda niezbyt przyjemna, ale przynajmniej nie padało.
Mała siedziała grzecznie w wózku, ani jej nie było słychać.
Wzięłam ją na miasteczko politechniki i... spotkałam się z mega absurdalnymi spojrzeniami, rzucanymi mi ukradkiem przez studentów.
Niektórych.
Dla innych byłam niewidzialna ;).
Faceci omijali mnie spojrzeniem tak gwałtownie, że woleli przyglądać się pracującym śmieciarzom i starszym panom spacerującym z pieskami niż patrzeć na wózek z niemowlakiem ;).
Usiadłam sobie na ławeczce pod Polibudą i podkarmiałam O. chrupkami.
Potem wróciłyśmy do domu i - choć wtedy w mieszkaniu było już oboje rodziców - dziecko bawiło się ze mną w pokoiku starszego braciszka i nawet nie patrzyło w ich stronę ;].

Później pognałam na MPK-a, zjadłam coś i poszłam do pracy.
W ciągu pierwszej pół godziny mojej pracy jedno z dzieci zarzygało pół przedszkola, a drugie dostało (drugiego tego dnia) krwotoku z nosa, produkując zakrwawione ręczniki jednorazowe w takim tempie, że zaczęłam się zastanawiać, czy za chwilę nie będę musiała zdjąć bluzki i tamować krwotoku w staniku...
Sprzątaczka usiłowała zmyć wielką wymiocinową plamę na korytarzu, starając się równocześnie porozklejać plakaty ostrzegawcze, żeby nikt w nią nie wlazł.
Native speaker przynosił kolejne ręczniczki krwawiącemu i próbował uspokoić go, mówiąc do niego swoim amerykańskim angielskim.
Krwawiący wciąż krwawił obficie.
Dzieci splotły wkoło niego ciasny krąg z fascynacją przyglądając się, co wydmuchuje z nosa.
Czterolatka zarzygiwała łazienkę.
Jej siostra bliźniaczka przyglądała się, jaki kolor ma niestrawione i zwrócone jedzenie, "zdobiące" korytarzową wykładzinę i głośno mnie o tym informowała.
A ja próbowałam odsuwać małych gapiów od akcji ratunkowej, pocieszająco głaskając krwawiącego i płaczącego M. po plecach i równocześnie robić opanowane i kompetentne wrażenie i rodziców, odbierających dzieci ;).

Po godzinie byłam już solidnie wymęczona...
Ale jakoś wytrzymałam przez kolejne dwie.
Zaraz po pracy śmignęłam na mieszkanie, zjadłam prawie sałatkę grecką (pomidor, feta, sałata - bez mieszania, przegryzane grahamką) i wpadłam z domu z dwiema torbami.
Ponieważ tego dnia miałam za mało atrakcji, wymyśliłam sobie jechać do Oławy z koleżanką i jej rodzicami.
Do lekarki, która leczy naturalnymi metodami.
Pół drogi rozmawiałam z panią nauczycielką przedszkola z o 30 lat większym niż ja doświadczeniem, a pół spałam.
A potem była lekarka, jej naturalne zalecenia i naturalne substancje, mające zrobić ze mnie Mistrzynię Odporności.
Aloes, witamina C, nalewka z orzecha i prądy, które mają wytrząsnąć ze mnie wszystkie grzyby, pleśnie, pasożyty, bakterie i wirusy, które miały odwagę zasiedlić mój organizm...
Póki co biorę jedynie sproszkowaną naturalną witaminę C, którą rozpuszczam w ciepłej wodzie i popijam małymi łyczkami, krzywiąc się niemiłosiernie. Aloes i orzecha kupię jak będę mieć czas. Prądy... Hmm... Prądy chyba sobie odpuszczę ;).
W razie bólu gardła (choć to zalecenie usłyszałam od mamy. Dwadzieścia lat temu ;P) jem czosnek.
I to tak chamsko - rozgryzając ząbek, pozwalać rozlać się po podniebieniu pieczeniu i połykać przy lekkim odruchu wymiotnym... ;].
Ale - czego się nie robi dla zdrowia...
Absurdalny był też koszt wycieczki, bo medycyna niekonwencjonalna, podróż, hotel, wegetariański obiad we wrocławskiej galerii, szarlotka naszpikowana jabłkami ze Starbucka, szara cienka bluza w jaskółki i kino kosztują ;).
Absurdalne było też to, że choć większość drogi przespałam, byłam sakramencko zmęczona ;).
A w niedzielę tatko zawiózł mnie do Rzeszowa, bo w sumie nie wiem czemu, ale grunt, że mnie zawiózł ;P.
Co też zakrawa na lekki absurd ;D.

A wczoraj?
Wczoraj trzy razy wracałam się do domu, żeby zabrać pieniądze na zakupy.
Za pierwszym razem poszłam do łazienki, wyszłam z bloku, trzepnęłam się w czoło i znów wróciłam po kasę.
Za drugim - bo wzięłam nie ten portfel co trzeba.
Za trzecim - bo jednak w tym pierwszym miałam kasę, a w drugim nie...

Potem założyłam zimową kurtkę, w której też pewnie wyglądałam absurdalnie, ale było mi przynajmniej ciepło.
Skarpetki też miałam grube, więc nie mogłam wziąć Air Maxów (wyglądałabym przecież jak wieśniara ;P...), tylko jesienne botki.
Cienkich stopek na zmianę zapomniałam i kiedy w przedszkolu założyłam miętowe tenisówki, niebieskie skarpetki frotte brutalnie wypełzły mi z nich, wyglądając jakbym miała Ciasteczkowe Potwory zamiast stóp.
Oczywiście szybko zapchałam brązowe legginsy do środka, co nie zapobiegło niestety wydostawaniu się turkusowych kłaczków przez dziurki na sznurówki...
Między nauczycielkami ubranymi w eleganckie garsonki, kiecki i białe bluzki (występy z okazji Dnia Rodziców) musiałam wyglądać jak pomoc domowa w miętowej bluzeczce, miętowych tenisówkach (z materiałem frotte spozierającym przez szczeliny...) i legginsach.
Szczęście w nieszczęściu w pokoju nauczycielskim miałam "awaryjny" chabrowy sweterek o przyzwoitej długości.
Spięłam go z przodu identyfikatorem z moim pięknym imieniem i nazwiskiem, poprawiłam fryzurę (kucyk) i już wyglądałam o tonę poważniej ;).


Dziś z kolei obyło się już bez żadnych absurdów.
Uczelnia, spożywczak, drugie śniadanie, chwila oddechu i do pracy, rodacy ;).
Wieczorem planowo mam zająć się dokańczaniem projektów na zaliczenie i pisaniem pracy.
O ile dziś w przedszkolu nie będzie jakiejś akcji, która odbierze mi apetyt, siły witalne i chęć do robienia czegokolwiek bardziej wymagającego niż leżenie na łóżku pod kocem i wsłuchiwanie się w szum wiatru za oknem ;P.


http://foteliki-pod-lupa.pl/tag/ciasteczkowy-potwor/feed/


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz